Showing posts with label Lavera. Show all posts
Showing posts with label Lavera. Show all posts

Wednesday, March 14, 2012

Kosmetikmord

Uuuuuf, czas wreszcie wrócić do wirtualnego świata. Lot do Stanów, jet lag (zmiana czasowa), kompletna zmiana pogody (z zimowej na szorty i bluzkę), zmiana diety (dużo świeżych owoców, dużo warzyw i lekkie posiłki) odbiły się na moim samopoczuciu. Na domiar złego nie miałam w domu internetu i parę dni zajęło znalezienie odpowiedniej firmy zajmującej się tymi sprawami.

Ale już jestem i czas, kiedy mnie nie było wykorzystałam do granic możliwości na sprzątanie, układanie, pozbywanie się niepotrzebnych rzeczy i po prostu uwijanie gniazdka. To, co przeżyłam przy wypatroszaniu oudeł mnie po prostu przeraziło. Nigdy nie trzymajcie kosmetyków upakowanych gdzieś ciasno nie wiedząc co macie, bo ani się spojrzycie a będzie z tego niezła sterta. Dlatego postanowiłam założyć TAGa- zabawę. Tag tak właściwie nie został wymyślony przeze mnie, tylko jakiś czas temu szalał na niemieckim You Tubie. Jest to pewna forma projektu denko, ale odpowiednio zmodyfikowana (wersja dla prawdziwych chomików).



Kosmetik Mord

Zasady: w tej zabawie chodzi o to, żeby wybrać 10 produktów, które chcecie wreszcie wykończyć z powodu tego, że:

- nie lubicie go i bardzo trudno Wam go używać, w związku z tym wolałyście kupić mu już zastępstwo i używacie nowego produktu, a ten siedzi i się marnuje

- bardzo lubicie dany produkt, ale jakoś nie udało Wam się używać go do tej pory regularnie

- kupiłyście produkt, którego nigdy nie używałyście z postanowieniem, że wreszcie zaczniecie, ale oczywiście nic takiego się nie stało, a produkt grzeje miejsce na półce

- macie kilka produktów spełniających tę samą funkcję i przez to zrobił się straszny bałagan

- chcecie wreszcie spokojnie się przyjrzeć prawdziwemu działaniu kosmetyków bez interferencji ze strony innych używanych specyfików

Cały problem polega na tym, żeby postanowić sobie solennie, że do czasu wykończenia tychże 10 produktów nie można kupić nic, co spełniałoby tę samą funkcję co te właśnie produkty. Czyli nieważne jak bardzo lubimy naturalne mydełka, jeśli jedno z nich bierze udział w akcji Mord to do czysu wykończenia tego (bądź 2 lub więcej mydełek jeśli chcecie oba wykończyć) nie wolno kupić nowego mydła, nawet jakby był przeceniony/nasz ulubiony/był kuszącą nowością na rynku.

Do zabawy zapraszam osoby mające niewykończone zapasy kosmetyczne i problemy z ogarnięciem kosmetycznego rozgardiaszu - jeśli tylko ktoś ma na taki eksperyment ochotę. Można zgłaszać zarówno produkty pielęgnacyjne, jak i kosmetyki kolorowe.

No to zaczynam - 10 produktów do wykończenia ( dosłownie i przenośnie, w końcu rozchodzi się o kosmetyczny mord! ;))


1. Mleczko oczyszczające, mleczko do demakijażu i tonik 3 w 1 firmy Korres

Korres 3 w 1



































Mleczko kupiłam podczas pobytu w Polsce na wyprzedaży (prawie 50%-owa obniżka). Jest naprawdę świetne i bardzo lubię je używać, tylko jakoś zapomniało mi się podczas kupowania, że mam w domu kolejne 3 czy 4 mleczka i inne specyfiki do demakijażu. Postanowiłam, że muszę zużyć to, bo po pierwsze - jest lepsze od innych, po 2 - ma naturalny skład (ma co prawda w nim PEGa, ale niczego się poza tym strasznego nie doszukałam), a po trzecie było droższe od innych specyfików, które posiadam. Do czasu aż zobaczę denko nie daję się skusić żadnym innym kosmetykom tego typu.

2. Balsam do ciała Lavera


Laverze poświęciłam już jedną z moich pochwalnych notek. Kosmetyk bardzo przypadł mi do gustu i naprawdę chcę go wykończyć, tym bardziej, że nie był tani. Oczywiście po przylocie złapałam się za głowę widząc zapas przynajmniej 5 innych balsamów. Tamtych za bardzo ich nie lubiłam, więc kupiłam coś, co lubię - a półki dalej zawalone. Wykończenie chociaż tego to byłby bardzo dobry krok na początek, potem zacznę sięgać po inne balsamy. Trzymajcie kciuki, balsamy nie są mją mocną stroną, zdecydowanie wolę olejki.

3. Zmywacz do paznokci Sensique.


Kupiłam, obdarzyłam umiarkowaną miłością i jakoś nigdy nie skończyłam, szukając jakiegoś amerykańskiego odpowiednika cruelty - free. Po co mi taka resztka na półce?

4. Krem do twarzy Organix Cosmetics, którego recenzję można przeczytać TU


Uważam go za naprawdę dobry krem do twarzy i w sumie nie wiem czemu go do tej pory nie skończyłam. Służy mi już od kilku, o ile nie kilkunastu miesięcy. W ferworze wyszukiwania promocyjnych cen zdążyłam jednak kupić już dwa nowe kremy, podczas gdy miałam jeszcze inny otwarty (gdzie ja miałam oczy, że nie zauważyłam, że mam już 3?!). Obecnie mam w domu krem z Organixa, z Eco Cosmetics (Venus), Nature's Gate (z witaminą C) i kupiony o 70% przeceniony krem Weledy. Prawdę powiedziawszy załamałam się zupełnie jak to zobaczyłam.

5. Moja smrodliwa odżywka do włosów z Hugo Naturals, o której wspominałam kiedyś na moim poprzednim blogu.


Z uwagi na to, że zapas odżywek do włosów mam co najmniej tak imponujący jak zapas kremów do twarzy, postanowiłam wreszcie rozprawić się z nimi po kolei i raz na dobre. Właśnie po przylocie wykończyłam odżywkę z Alby Botanici (recenzja wkrótce) i odkryłam kilka innych napoczętych, co wywołało u mnie wybuch złości. Txym bardziej, że ta odżywka jest już do połowy zużyta.

6. Mydła peelingujące z Earth Therapeutics.


O nich też wspominałam jednym słowem w którejś z notek. Zakaz kupowania podobnych produktów dotyczy dla mnie nie tylko mydeł peelingujących, ale jakichkolwiek mydeł, szczególnie w kostce! Przede wsyzstkim te mydła są bardzo przyjemne w użyciu i lączą w sobie efekt mycia z efektem peelingującym. Prawdę powiedziywszy nie powinnam prawdopodobnie kupować też żadnego nowego peelingu zanim z nimi nie skończę.

7. Balsam do ust Wholefoods


Jeden z moich absolutnie ulubionych, a niewystarczająco używanych z uwagi na inne niedobitki balsamów walające się po domu. Nawet nie mogę w 100% stwierdzić jego skuteczności, bo od czasu do czasu używam jednego z innych 7, które leżą gdzieś na półce. Do przetestowania czeka też malinowy balsam JR Watkins. Kolejnym wyzwaniem jest to, że chyba nigdy nie udało mi się zużyć żadnego sztyftu do końca, każdy wcześniej mi się przeterminował albo roztopił na słońcu.

8. Tusz do rzęs Stila. (Uwaga: obecnie Stila znajduje się na liście testujących na zwierzętach firm- lipiec 2015)


Kupiłam go z parę miesięcy temu i wciąż czeka na swoją kolej. Naprawdę jestem ciekawa jak wypadnie w porównaniu do tuszu Tarte, UD i Pop Beauty. Poza tym chciałam jej spróbować od dawna, a zamiast tego kupiłam kilka tuszy do testów w Polsce. Czas ją wreszcie otworzyć i gruntownie przetestować.

9. Eeeeeech... masło do ciała c. Booth. (Sprzeczne informacje obecnie uniemożliwiają jednoznaczne określenie czy firma Booth jest firmą przyjazną zwierzętom - lipiec 2015)


Masło to jest dla mnie prawdziwym zgryzem. Kupiłam bo rzekomo Boots miał nie być testowany na zwierzętach. Poza tym mają także znaczek króliczka na opakowaniu, a kupiłam go wtedy, kiedy jeszcze wydawało mi się, że to wystarczy. Po jakimś czasie jednak zaczęłam czytać i... nie wiem, naprawdę nie wiem czy jest to firma przyjazna zwierzętom. Wpadł mi w ręce ich mail, w których pisali jakieś strasznie zawikłane wymówki odnośnie tego, dlaczego na amerykańskich opakowaniach mają króliczka, a na europejskich nie (bo w Europie żeby takiego króliczka umieścić muszą być pewni, że ich produkty nie były testowane - wybaczcie, ale wtf?? A w USA tak se po prostu mogą umieścić?). W związku z tym przez jakiś czas miałam do produktu spore uprzedzenia. Produkt jednak zakupiony został, siedzi w kuferku z kosmetykami i kusi zapachem. Poza tym jestem osobą, która nie przepada za masłami do ciała (albo wręcz ich nie znosi), w związku z tym stanowi to dla mnie duże wyzwanie. Do zużycia wciąż została ok. połowa opakowania, a poszukiwania odnośnie polityki nietestowania trwają.

10. Hydrolat oczarowy i różany.

Wciąż mam pół buletki jednego i drugiego, a data ważnoście się zbliża, zbliża.... Koniecznie muszę wygrać ten wyścig z czasem.

Tyle ode mnie na razie, a tymczasem idę się kłaść i powoli szykuję w myślach nowe notki :) 

Monday, February 6, 2012

Zimowe walki skórne

Po spędzeniu kilkunastu dni w temperaturach zamrażalnikowych stwierdzam posępnie, że moimi radami dotyczącymi pielęgnacji w zimie to ja mogę się co najwyżej za uchem podrapać Skype Emoticons  Człowiek się po prostu odzwyczaja od zimy jeśli mieszka przez jakiś czas w innym klimacie. W zimie to ja mogłam co najwyżej długie portki nosić (w przeciwieństwie do jesieni, w której nosiło się letnie sukienki), ale żeby mi kuperek odmarzał nieważne co bym robiła to już zupełnie inna bajka!

Fatalnie prezentował się też stan mojej skóry. Wyschłam jak sucharek i sama sobie nie potrafiłam pomóc. No ale czego to się spodziewać jak człowiek ma lekki kremik do rąk a balsamu w ogóle nie miał bo przecież miesiąc bez tego spokojnie przeżyję. Aha, przeżyć to może przeżyję, ale istnieje ryzyko że będę się drapać nie paznokciami, a otwartą dłonią, poniważ tak popękała mi skóra na rękach.

Kurację zaczęłam od podstaw, czyli wpakowania do szafy mamy drogeryjnych mydeł w płynie. Mówcie sobie co chcecie, ale takie mydła mi po prostu doprowadzają stan skóry do opłakanego stanu. Pierwsze co poszło w ruch, to zmiana mydła na Białego Wielbłąda Barwy (jest to roślinny odpowiednik Białego Jelenia). Konieczna jednak była bardziej zdecydowana interwencja. Do interwencji wybrałam sklep Matique.
Po pierwsze dużo o sklepie słyszałam i chciałam go wypróbować, po drugie mieli bardzo fajny balsam do skóry i promocję na pewien inny kosmetyk. Łącznie koszt samej przesyłki za 2 produkty wyniósł mnie 6,50 zł  (list polecony), co mnie przekonało do zakupu. Sklep zrobił na mnie miłe i profesjonalne wrażenie, przesyłka wysłana była dosłownie dzień czy 2 dni po złożeniu zamówienia, wszystko elegancko napisane w mailu. Paczka dobrze zabezpieczona, w środku próbki. Jak na razie naprawdę żadnych zastrzeżeń. A teraz co do zawartości samej przesyłki. Na pierwszy rzut poszło coś dla wołającej o pomoc skóry całego ciała:


Lavera jest firmą ekologiczną i nie testującą na zwierzętach. Posiadają certyfikat NaTrue (ale nie pytajcie mnie co dokładnie to oznacza, bo nie jestem wielką fanką systemu ich różnicowania stopni ekologiczności). Do zakupu zachęcił mnie różany zapach. Cena 33,90 zł za 150 ml. Na tle innych balsamów nie wyglądało to najgorzej. Kosmetyk nadaje się dla wegan.



Nie chcę tutaj zaczynać receznji tego kosmetyku ponieważ za krótko go używam, jednak muszę opisać swoje pierwsze wrażenia. A wrażenia są takie, że przepadłam z kretesem. Jestem jedną z tych osób, która nie używa balsamów (tylko na łydki po podrażnieniu i to jeśli muszę) bo ich nie znoszę. Konsystencji, uczucia lepkości, warstwy na skórze. Próbowałam wielu balsamów drogeryjnych i w sumie już kilku balsamów bardziej w kierunku wyższej półki lub naturalnych, próbowałam maseł, lotionów, a i tak nie mogłam znaleźć nic co by mi pasowało. Zostałam przy olejkach do ciała. Olejki jednak na taką zimę okazały się niewystarczające.
Tu jednak dostałam skórnego katharsis. Konsystencja tego kosmetyku jest cudowna, luksusowa, jakby miękka. Przypomina mi wszystkie stare reklamy telewizyjne Cocolino, z dużym puchatym misiem na tle puchatego prześcieradła czy białego ręcznika i uczuciem delikatności i lekkości. Zapach obłędny. Rozsmarowaniego  to czysta przyjemność, przy czym balsam wchłania się błyskawicznie, pozostawiając skórę zrelaksowaną i dopieszczoną. Ten produkt ma wszelkie szanse zostać moim kosmetycznym odkryciem roku 2012 ( i tak, naprawdę wiem, że mamy dopiero luty Skype Emoticons ). Nabrałam taką chrapkę na produkty Lavera, że pojęcia nie macie (jak i ja sama ledwie je mam, normalnie ślinka mi cieknie na sam widok ich kremów do rąk i dezodorantów.  Zaczynam podejrzewać, że dostałam pomieszania zmysłów w sensie dosłownym, zmysłu smaku ze zmysłem wzroku ;).

Dla zainteresowanych zdjęcie konsystencji:


Przy okazji pochwalę się próbeczką kremu, która była dołączona do paczki.


Za wiele o tej firmie na razie nie wiem poza tym, że ma EcoCert i że twierdzą iż ich produkty nie są testowane na zwierzętach. No i poza tym wiem też to, co wyniknęło z mojego 4krotnego użycia, bo jak zapewne widzicie, wycisnęłam z próbki wszystkie soki, pastwiłam się nad nią do ostatka Free Icons . Powiem tak: baardzo bardzo mnie ten krem zainteresował. Na moje zmasakrowane ręce pomógł od razu, ma również przyjemną konsystencję i ciekawy zapach. Chyba się bliżej przyjrzę tej firmie, bo kusi, aj kusi.

A tu jeszcze skład dla zainteresowanych:


Miłego wieczoru, idę się balsamować przed snem ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...