Showing posts with label życie w Stanach. Show all posts
Showing posts with label życie w Stanach. Show all posts

Friday, May 11, 2012

"Pamiętajcie o ogrodach, przecież stamtąd przyszliście..."

Copyright (c) http://www.123rf.com 123RF Stock Photos


"Pamiętajcie o ogrodach 

Przecież stamtąd przyszliście 

W żar epoki użyczą wam chłodu 

Tylko drzewa, tylko liście 

Pamiętajcie o ogrodach 

Czy tak trudno być poetą 

W żar epoki nie użyczy wam chłodu 

Żaden schron, żaden beton 



Kroplą pamięci 

Nicią pajęczą 

Zapachem bzu 

Wiesz już na pewno 

Świeżością rzewną 

To właśnie tu 



Pamiętajcie o ogrodach... 



I dokąd uciec 

W za ciasnym bucie 

Gdy twardy bruk 

Są gdzieś daleko 

Przejrzyste rzeki 

I mamy XX wiek" 


Fragment wiersza Jonasza Kofty. 


Jakiś czas temu w notce Naturalna rewolucja, czyli zdrowie z prostych rozwiązań zwierzyłam się Wam z moich przemyśleń dotyczących tego co my robimy źle, jak źle traktujemy siebie i świat (no dobra, aż tak poetycko to nie było) i jakie ma to konsekwencje później także dla nas. Powiedziałam Wam też, że mam kilka postanowień spowodowanych falą złych myśli. 

Co się zmieniło? Wszystko i nic. Wszystko jest tak samo i wszystko jest inaczej. Coli nie tknęłam od kiedy zagryzłam pośladki ;) i sobie obiecałam, że z nami koniec. Zaczęłam się faktycznie lepiej odżywiać (generalnie, czasami wpadnę na jakiś durny pomysł i potem odchorowuję w nocy) i zaczęłam regularnie chodzić na długie spacery (co generalnie trudne w Kalifornii nie jest, pogoda sprzyja). 

Ale to nie wszytsko. Jako że namolnie szukam pracy i nic z tego szukania jak na razie nie wynikło (aaaaaaaa!), zmuszona byłam z małżem pod pachą przeprowadzić się do domu jego rodziny na czas znalezienia wreszcie czegoś sensownego. Ma to swe dobre jak i złe strony (ekhem, nietrudno zgadnąć), ale... No i to jest właśnie to ale. Mamy ogródek. Duży, ładny, zapuszczony. Oto co Linuś z małżolem w nim nawyprawiali ostatnimi czasy :) 

Pozwólcie, że Wam przedstawię:

Kolegę koperka (po prawej stronie Mięta, trzymają sie wiecznie razem ;)



Koleżankę Kolendrę (swoją drogą, bardzo popularną tutaj!):


Państwo Szczypiorkowie :)


Bazylia:


Majeranek trzyma się już całkiem nieźle:


Po prawej stronie rosną nam bakłażanki, a z tyłu, z fioletowymi kwiatkami, tajska odmiana bazylii.

Gwiazda sezonu, Papryczka Chilli! (Mamy też papryczkę jalapeno, paprykę czerwoną i pomarańczową)


Już kwitnące cukinie (powiem Wam szczerze. że prędkość ich wzrostu mnie przeraziła, z niczego wykluły nam się trzy giganty):


Jeżyna (widoczne już pierwsze dojrzewające owoce! Yay! sasasasasa :D)


Dystyngowane pomidorki :D Wśród odmian pomidorów mamy też cherry tomatoes (te malusie), pomidory zielone (uwielbiam smażone zielone pomidory - fried green tomatoes!) i tzw. tomatilllos - specjalność kuchni meksykańskiej. Zobaczymy co z tego wyniknie :)



A tu jeszcze cebulka z czosnkiem:


No dooobra, wiem, że nie każdy ma w sobie krew ogrodnika... no ale musiałam się pochwalić, musiałam. Najbardziej lubię gotować sobie coś i wyjść do ogródka po np. szczypiorek. Jednak warzywa prosto z ogrodu to zupełnie inna bajka. Taaaaa... życie bezrobotnego ;) Zaznaczam, że wszystko nam tak urosło w przeciągu 2 - 3 miesięcy. To dopiero było zdziwienie! (Dla mnie, dla nikogo innego tu). 

Pochwaliłam się. Dobra, przyznawać się, kto jeszcze coś hoduje? ;)

Sunday, January 1, 2012

Pustynne i semipustynne impresje

Nowy rok imigranta. Ale przynajmniej amerykańska ziemia nie jest mi obcą.

Zauważyłam, że sporo z Was wyraziła zainteresowanie wrażeniami i zdjęciami ze Stanów. Moje pierwsze tygodnie tu były prawdziwą przygodą, tym bardziej, że zwiedzałam pod okiem osoby tu urodzonej, wychowanej i wiecznie podróżującej po tym kraju. Z osobą, która zna kraj od wewnątrz podróżuje się inaczej - znajduje się małe, nieznane turystom miejsca i ukryte szlaki, piękne ale niedocenione widoki, atrakcje o którym nietubylcom się nie śni. Do dziś regularnie przegladam zdjęcia z tych naszych pierwszych szalonych eskapad. Mój ówczesny chłopak, obecnie mąż, bardzo chciał mnie przekonać, że życie w USA jest bajką i chytry człek pokazał mi tylko to co piękne, zachwycające i warte zobaczenia zanim mi się, w bardzo malowniczym miejscu, oświadczył. Spryciarz, co?

Dziś, zaczynając mój kolejny rok tu i zaczynając, mam nadzieję, profesjonalne życie tu, lubię wracać myślą do tych dni kiedy to wszystko to był począatek. Stany przerażały swoim ogromem (matko, dostałam ataku paniki w pierwszym kalifornijskim sklepie!), przyspieszonym trybem życia, mieszanką kulturową itd. Chętnie do tego wracam, żeby zobaczyć jaki postęp zrobiłam od tej pory.

Postanowiłam podzielić się z Wami kolejną porcją zdjęć - tym razem zdjęć krajobrazów typowo pustynnych. Kiedy byłam jeszcze w szkole, pamiętam, że na geografii próbowano nas nauczyć (znaczy wbić nam do łbów metodą zzz ;) różne typy krajobrazów pustynnych i semipustynnych. Nigdy nie mogłam zrozumieć o co chodzi - dla mnie pustynią była Sahara, dużo piasku i nic.

Po przylocie do Stanów Zjednoczonych nagle wszystko stało się jasne. Ilość przeróżnych krajobrazów pustynnych w Stanach jest co najmniej zadziwiająca. Są one szczególnie typowym elementem krajobrazu w stanach takich jak: Nowy Meksyk, Arizona, Nevada, Utah, południowa Kalifornia, partie Teksasu.

Wszystkie zdjęcia zostały zrobione przeze mnie, dlatego są podpisane znakiem wodnym.

Niesamowicie ciekawym zjawiskiem pustynnym jest erozja, która jest powodem wielu dziwnych formacji pustynnych, jak np. Monument Valley w Arizonie:



Co mnie także niesamowicie zdziwiło to różnorodność formacji skalnych oraz odcieni tychże skał:




Co mnie także bardzo zaskoczyło to partie wyglądające jak spalona ziemia (Arizona/ Nevada):







Colorado River, powód wielu obecnych parków narodowych (tak tak, odpowiedzialna także za wydrążenie Wielkiego Kanionu!), zdjęcie wykonane w Utah:








Spora część zdjęś wykonana została z samochodu. Tak, takie widoki można zobaczyć przejeżdżając po autostradzie! Co mnie jednak denerwuje to fakt, że często bardzo trudno się dobrze przyjrzeć, już nie wspominając o zdjęciach.

A tutaj coś odrobinę innego: krajobraz z drzewkami Joshuego (zdjęcie z Południowej Kalifornii). Ponoć te drzewka rosną tylko w 2 partiach świata, w południowej Kalifornii i zdaje się Jerozolimie (ale tu głowy sobie nie dam uciąć):



Mam nadzieję, że podobały Wam się zdjęcia.

Wednesday, December 28, 2011

Stany a Stany: różne oblicza

Dzisiaj trochę z innej beczki czyli kilka zdjęć i nic więcej.

Często spotykam się ze zdaniem Amerykanów, że jak wyjadą za granicę i mówią, że są ze Stanów, to Europejczycy od razu myślą, że z Nowego Jorku albo z Los Angeles. Od bidy uznają też Boston, Seattle i Chicago. Bo dla większości Europy Stany to wielkie drapacze chmur i eksluzywne sklepy i wygląda to mniej więcej tak:



albo tak:





albo chociaż tak:




lub tak:





Kiedy tak naprawdę Stany to 2 wybrzeża i masa powierzchni pomiędzy! Stany mogą być piękne, zachwycająace, dołujące, deprymujące, ekscytujące, malownicze. Chcę Wam teraz pokazać różne oblicza Stanów, często nieznane Europejczykom. Wszytskie zdjęcia zostały zrobione przeze mnie podczas wielu podróży po Stanach, nie wyrażam zgody na ich kopiowanie i powielanie. Jeśli chcesz użyć zdjęcia bez znaku wodnego do własnych celi, proszę napisz do mnie i zapytaj :)


Np. bezkresne drogi:



Krajobrazy pustynne, królujące w południowej części kraju:










lub malownicze zbiorniki wodne:



i Parki Narodowe:








Oczywiście, obok tego masa małych miejscowości, mniej lub bardziej deprymujących i nie kojarzących nam się ze Stanami ani trochę. Nie ma to jak zróżnicowanie, co?

Friday, December 23, 2011

Wesołych!

U mnie na blogu dziś bardzo bardzo świątecznie. Pierwszy raz w życiu będę miała święta z taką pompą i zadęciem. Normalnie stara baba i się cieszy jak dziecko ;) Ten czas spędzam u teściów, chciałam Wam dziś pokazać jak wygląda taki dość tradycyjny amerykański dom podczas świąt. Poza tym pora na świąteczne TAGi, do których zaprosiła mnie Kotwilka (http://kotwilka.blogspot.com)- śliczne dzięki, akurat się wkręciłam w klimat!

Ready For Christmas! :))

1. Ulubiony świąteczny film
National Lampoon's Christmas Vacation (1989) - W krzywym zwierciadle: Witaj, święty Mikołaju. Zawsze tarzam się ze śmiechu jak go (po raz setny) oglądam, bo jest taki prawdziwy! Nie ma to jak święta w rodzinnej atmosferze ;)

2. Ulubiony świąteczny kolor?
Czerwony i może złoty też

3. Ubierasz się odświętnie czy spędzasz święta w piżamie?

To zależy, w zeszłym roku spędziłam je w piżamie w snieżynki i czapką św. Mikołaja na głowie ;) W tym roku świąteczny obiad będzie nieco bardziej tradycyjny i spędzony z większą ilością ludzi, to i przystroić by się jakoś wypadało :)

4. Jeśli w tym roku mogłabyś kupić prezent jednej osobie, to kto to by był?

To pytanie jest okropne! Ja w tym roku zakupiłam tonę prezentów całej rodzinie w Polsce, wysłałam nawet paczkę do mojej najbliższej przyjaciółki w UK i kupiłam też prezenty rodznie tu, więc wybranie czegoś dla tylko 1 osoby byłoby bardzo ciężkie. No ale pewnie wybrałabym męża ;)

5. Otwierasz prezenty w Wigilię czy w świąteczny poranek?

Do tej pory zawsze w Wigilię, aleeee... w Stanach nie obchodzi się Wigilii, święta trwają 1 dzień i jest to 25 XII i wtedy właśnie otwierane są prezenty.

6. Czy kiedykolwiek zbudowałaś domek z piernika?

Nie, ale tym razem zamierzam, jest to bardzo amerykańska tradycja :)

7. Co lubisz robić podczas przerwy świątecznej?

Wstyd się przyznać, ale od jakiegoś czasu gadam na necie ze znajomymi, dla których nie miałam za dużo czasu, no i teraz także siedzę "przy stole" z rodziną z Polski - stawiają laptopa na moim miejscu przy stole i tym sposobem uczestniczę w rozmowie :D

8. Jakieś świąteczne życzenia?

W tym roku chciałabym się zaklimatyzować w nowym miejscu. I mieć możliwość przylecenia do Polski w Nowym Roku...

9. Ulubiony bożonarodzeniowy zapach?

Cynamon i ciasteczek korzennych - mniam!

10. Ulubione świąteczne jedzenie?

Hmm... do tej pory chyba barszcz z uszkami, ale co będzie teraz to nie wiem.


Tag nr 2: Pięć noworocznych kosmetycznych postanowień:

1. Przestanę nałogowo wciąż próbować nowe kosmetyki i nowe firmy kosmetyczne, zwłaszcza jeśli mam już podobne kosmetyki, ale innej firmy. Nie będę się dawać nabierać na ciągle nowe promocje. W tym roku naprawdę zaszalałam z tym i był to chyba jedyny taki rok.


2. Podobnie do Kotwilki - łapy precz od twarzy!!

3. Utrzymam moje paznokcie i nie zacznę ich obgryzać. Nie po to tyle na nie pracowałam.

4. Doprowadzę do porządku paznokcie u stóp. Jestem z nimi fatalna - skubię, bawię się nimi, drapię dookoła, no dramat po prostu. Moje stopy wyglądają koszmarnie. Czas z tym skończyć.

5. Filtry. Naprawdę, jestem okropna. Mieszkałam przez 2 lata w klimacie niemalże tropikalnym i nie mogłam się nigdy smusić do regularnego stosowania nawet w lecie. Naprawde nad tym popracuję!


W takim razie sama do zabawy przy obu tagach zapraszam:

1. Sorbeta
2. Braworkę
3. Wiwierkę
4. Wszystko co mnie zachwyca :)

A teraz słówko o amerykańskich przyzwyczajeniach. Wiedzieliście, że typowe amerykańskie candy canes (te cukierkowe laseczki czerwono-białe) są miętowe?! Padłam jak spróbowałam! Ponieważ tradycyjne candy canes są miętowe, miętowy smak i zapach są kojarzone z tradycyjnymi świętami. świętokradztwo! :D Ale wyjaśnia to czemu w niektórych miejscach można zamówić kawę miętową w okolicy świąt ;)

Kolejną rzeczą są tzw. gingerbread men - czyli cisteczka korzenne w kształcie ludzików. Również typowa rzecz świąteczna - co można zobaczyć m.in. w domowych dekoracjach.

W świątecznym domu nie może także zabraknąć typowych skarpet świątecznych. Z wrażenia wysłałam parę do Polski! :)

Jakieś ciekawe świąteczne tradycje, którymi chcielibyście się podzielić? :)

Thursday, December 22, 2011

o przeprowadzce słów kilka


Kochani, po pierwsze witam wszystkich nowych Obserwatorów i pozdrawiam starych (w sensie dawnych!) :) Bardzo mi miło wszystkich witać w moich skromnych progach.

Tyle Wam ostatnio smęciłam o przeprowadzce, że postanowiłam opisać wrażenia w kilku słowach. Więc po pierwsze, przeprowadzam się z 1 wzbrzeża na drugie i jazda w poprzek Stanów trwała 5 dni. Po drugie, zrobiliśmy sobie z Małżem malusią jednodniową wycieczkę - prezent i odbiliśmy trochę od trasy do Wielkiego Kanionu. Po trzecie, tyle można by o sposobie podróżowania w Stanach powiedzieć, że chyba zacznę nową serię o podróżach na moim drugim blogu (o emigracji na wesoło). Tu tylko pragnę napomknąć, że kilka zakupów kosmetycynych także okazało się niezbędnych w drodze i mam trochę do opowiedzenia o nich. Także wiem już co kosmetycznego dostanę pod choinkę od Małża i przez tę wiedzę mało się dziś (ekhem ekhem) nie posikałam ze szczęścia ;) No ale o prezentach PO świętach ;)

No to dziś notka nieco inniasta, bo zdjęcia z gatunku podróżniczych.

Wszystkie zdjęcia są zrobione przeze mnie, a nie skradzione z netu (de facto z dzisiaj). W Wielkim Kanionie było pieruńsko zimno, ale bardzo klimatycznie i świątecznie. I zobaczcie co udało nam się sfotografować po drodze - odrobinę dzikiej zwierzyny!



Zdjęcie może wydawać się nieprawdopodobne, ale biorąc pod uwagę fakt, że w Wielkim Kanionie obowiązuje zakaz polowania i że grasują w nim pumy, z dwojga złego rogacizna woli ludzi niż szpony drapieżników - wcale ale to wcale im się nie dziwię ;)Szczerze mówiąc są one tak przyzwyczajone do ludzi, że spokojnie sobie łażą między szlakami.

A tu jeszcze małe zdjęcie z Arizony - słynne wiejące pustkami amerykańskie bezdroża. Czasami da się nie zobaczyć cywilizacji przez wiele wiele mil. Szczerze mówiąc martwi mnie tak modne ostatnio wszechobecne krytykanctwo USA. Nie żeby nie mieli oni nic za uszami - co to to nie. Problem polega na tym, że często krytykują ludzie, którzy o USA nie mają zielonego pojęcia, coś usłyszą, coś przecztają albo, nie daj boże, spędzą tu miesiąc i myślą, że wiedzą jak tu każdy żyje. Prawda jest taka, że Stany to jest ogroooomny kraj i każde z 50 ich części ma odrobinę inną kulturę, nierzadko ludzi, nawyki, kuchnię, akcent, mieszankę kulturową, problemy. Swoją drogą, wiedzeliście, że Stany są 2 razy większym krajem od całej Europy? (bez Rosji).
Przeciętny Stan jest wielkości europejskiego państwa. To tak jak słyszę, że Europa to czy Europa tamto to zawsze umieram ze śmiechu. Na przykład ponoć Europejczycy są niesamowicie tolerancyjni. I niesamowicie do przodu. I większość z nich jest niewierząca. Albo np. zalegalizowaliśmy trawę. Hmmm, taaaak? A to ci heca! A tak serio to Amerykanie są równie winni generalizowaniu co Europejczycy. I tak samo u nas z niewiedzą. Kto wie, ten wie, ale przeciętny Europejczyk pojęcia zielonego nie ma gdzie jest Oklahoma czy którakolwiek Dakota, a rozmowa o np. Charlotte doprowadza ich do wywracania oczami.
No dobra, przestaję marudzić, obiecuję. W powietrzu unosi się już powoli magia świąt i, szczerze mówiąc, totalnie mi się udzieliła. Wkrótce odpowiem też na swiątecznego TAGa, który przywędrował ode mnie z bloga kotwilki, nie zabraknie też kilka notek o kosmetykach.

Chyba też czas na podsumowanie (u mnie nietestowanego na zwierzętach) kosmetycznego roku 2010, co? Swoją drogą, już od prawie 2 lat nie używam kosmetyków testowanych na zwierzętach, czas szbko leci, nie ma co! A na razie pozdrawiam Was i do usłyszenia (poczytania)!

Friday, November 4, 2011

Wyprzedaż a sprawa polska ;)

Sezon choróbsk rozpoczęty, zaniedbałam bloga ponieważ od tygodnia cierpię katusze z powodu zapalenia oskrzeli (chociaż do roboty musze pomykać, a jakże)oraz paskudnym wysypem opryszczki. Do tego wszystkiego tona leków.Sick In Bed

Dzisiejsza notka w stylu pogadankowym na wesoło, czyli pod lupę pójdzie moja przyjaźń z wyprzedażami.



Jeśli chodzi o Wasz entuzjazm dotyczący tuszy do rzęs, to bardzo mnie on ucieszył. dajcie mi tylko odrobinę czasu na odpowiednie światło i porobienie notek oraz trochę czasu na wypróbowanie i porównanie wszystkiego, co mi wpadło w łapki. Jak na razie mam już jeden tusz, który wybiega bardzo naprzód i kilka, które go gonią ;)

Dziś chciałam napomknąć słówko o tym jak to się właściwie stało, że stałam się taką fanką kosmetyków cruelty - free i wyprzedaży. Bo wbrew temu co się wydaje to miało swoją głębszą przyczynę i zaczęło się moją dość nieoczekiwaną przeprowadzką do USA. Dla wszystkich, którzy nie znają szalonej historii mojego życia z mojego drugiego bloga - przeklejam moją notkę tu :)

W sumie jak patrzę wstecz na moje pierwsze miesiące w Stanach to widzę teraz, że były pewne znaki na niebie i ziemi wskazujące, że moja nudna i monotonna egzystencja bez pomysłu na siebie i wegetowania zmieni się w pełną przygód, odkrywania życia na nowo i wesołych spostrzeżeń drogę przez życie. Ta znaki były, ale jakoś, w nadmiarze wrażeń, umknęły mojej czujności.

Tak sobie myślę o dniu, w którym teściowa dowiedziała się, że w istocie jej syn chce wziąć ślub, nota bene ze mną, czyli osobą, którą teściowa znała... no, powiedzmy, jak dobrze patrzeć z miesiąc. Pomijając fakt, że mogła mieć poważne zastrzeżenia, że jej syn nie zna mnie zbyt dobrze, ale teściowa była po prostu rozentuzjamowana i, że tak powiem - ufająca wyborom syna. Patrząc na mnie zapytała kiedy ten ślub chcemy.
- W tym miesiącu, w następnym? - w tym momencie ja, zakrztuszając się herbatą, wybałuszyłam tylko głupio oczy. Bo to, że miałabym brać ślub miesiąc po zaręczynach nie przyszlo mi do głowy w najdzikszych nawet snach. Ale to jeszcze nic w porównaniu do tego co przeszło przez moją głowę kiedy usłyszałam głos mojego świeżo upieczonego narzeczonego. A wiesz Mamo, że to jest świetny pomysł i, odwracając się do mnie - co myślisz, Linko?

Tym oto sposobem, po półtora miesiąca w Stanach, kiedy miałam tylko odwiedzić rodzinę mojego chłopaka, którego spotkałam studiując za granicą, wykonałam telefon, który na zawsze odmienił moje życie. Celowo wybrałam środek nocy w domu, co by rodzina nie była zbyt trzeźwo myśląca i nie zorientowała się o co tak naprawdę chodzi.
Dzyń, dzyyyyń...
- Taaaaaak? - usłyszałam w słuchawce zaspany głos Mamy.
- Mamo? Przepraszam, że dzwonię o tej porze, ale muszę Ci coś powiedzieć. Ja.... nie wracam do domu za 1,5 miesiąca.... Znaczy ja... w ogóle nie wracam. Zaręczyłam się.


Jaki z tego morał? Ano taki, że przeprowadzki się nie spodziewałam ani na nią nie liczyłam ani w ogóle nie byłam na nią przygotowana ;) Ponieważ nie byłam na nią przygotowana, nie miałam też za wiele do roboty... a ponieważ nie miałam za wiele do roboty, nie czułam się zbyt dobrze. Początki emigracji nigdy nie są łatwe, a pokonanie szoku kulturowego zabiera nieco czasu. Dlatego też wszystko mi się na początku nie podobało i na wszystko narzekałam.

Któregoś pięknego dnia wstałam jak zwykle w złym humorze i powiedziałam sobie: dobra, dosyć. Pora zacząć znajdować dobre strony emigracji. Od czegoś trzeba zacząć. No więc postanowiłam znaleźć coś, co powodowałoby u mnie napady euforii i zadowolenia. Najprostsza rzecz? Zakupy. Skoro tyle osób chciałoby mieć możliwość robienia zakupów w Stanach to coś w tym musi być, prawda?




Po przyjrzeniu się generalnie sklepom w USA - a przecież ja o tych sklepach nie wiedziałam NIC! Ani gdzie kupuje się co ani w jakich cenach ani co warto ani czego nie warto - odkryłam, że promocje są integralną częścią życia w Stanach. Ogromne promocje (w stylu do 80% obniżki) zdarzają się w mniej więcej 2 razy w roku, ale na regularne obniżki można natknąć się zawsze i wszędzie - np z powodu usuwania starej kolekcji bądź robienia miejsca na nowe kosmetyki. Poza tym istnieją specjalne sieciówki - outlety takie jak TJ Maxx, Ross, Stein Markt i inne, których jedynym sensem istnienia jest sprzedawanie przecenionych rzeczy.


Po rozmowie z kilkoma kobitkami w pracy skierowałam moje kroki skierowałam do sklepu TJ Maxx, który jeszcze wtedy chyba nie wszedł jeszcze do Polski (swoją droga jako TK Maxx). Już po pierwszej wizycie zaświeciły mi się oczy. Pomijając ciuchy i inne tego typu gadżety, ich kącik z kosmetykami pełen był kosmetyków naturalnych nietestowanych na zwierzętach i to w sensownych cenach. Na dodatek takich, o których nigdy w życiu nie słyszałam, a które zapowiadały się bardzo ciekawie. Nic tylko wybierać, przebierać i wypróbowywać nowe rzeczy.



Tym oto sposobem rozpoczęłam mój długotrwały romans kosmetyczno - wizażowy, który także otworzył mi oczy na kwestie makijażu (niezbyt przeze mnie dotychczas wcielaną w życie) oraz codziennej pielęgnacji. Strzałem w 10 okazało się też odkrycie podforum minerałkowego - kocham minerały :) Zasubskrybowałam też sporo kanałów na YT i zaczęłam szkolić się w makijażu. Po jakimś czasie wpadłam też na myśl, że skoro tyle czasu spędziłam szukając informacji o testowaniu kosmetyków na zwierzętach i sprawdzaniu każdej nowo odkrytej firmy, może przydało by się założyć bloga i podzielić się obserwacjami z Dziewczynami które rozpoczynają swoją przygodę z tym tematem. Resztę już znacie :)

Lipstick Kisses

To jest więc historia mojego romansu z wyprzedażami. Macie też swoją historię czy to po prostu jakoś samo tak wyszlo? :)

Sunday, October 30, 2011

Halloween na spokojnie

Mam zamiar może zmienić odrobinę charakter tego bloga i przeprowadzić taki mały eksperyment, jak by to się miało do bloga jako bloga kosmetycznego. Jeszcze nie wiem czy podoba mi się ten pomysł, ale rozważam go jako opcję ;) Dziś wzięło mnie na krótkie rozważania dotyczące Halloween.




Wszyscy gdzieś imprezują i próbują się wcisnąć w kostium szalonej wiedźmy, śmierci, kruka tudzież morderczego clowna a ja się zastanawiam czy w Polsce w ogóle znana jest inna, bardziej rodzinna odsłona tego święta. Tak się zresztą zaczęło - Halloween nie jest w Stanach tym, czym u nas są Zaduszki, jest przeddniem Dnia Zmarłych. Oczywiście początek ma w pogańskich, prawdopodobnie celtyckich zwyczajach. Może coś jak nasze, uwiecznione w mickiewiczowskim poemacie, Dziady, może nieco inaczej. Ogólnie jednak jest to święto Duchów, przemian z jesieni w zimę, krótszych dni, zimna, przemijania, kostiumów, jedzenia, masek i oczywiście też pośrednio zmarłych. Wbrew temu, co się wydaje, jest to bardzo nastrojowe Święto, podczas którego ludzie przystrajają domy, mieszkania (a także biura) w pomarańczowo - czarne gadżety typu pająki czy wiedźmy. Nie powinno też zabraknąć wydrążonych dyń. Niekoniecznie musi być to straszne, choć oczywiście odrobina strachu nie szkodzi. Generalnie Halloween jest Świętem przyjaznym dzieciom, obchodzonym poprzez tak zwane Trick-or-Treating. Dzieci chodzą w małych grupkach od domu do domu i proszą o cukierki (psota albo cukierek). Coś jak nasi kolędnicy (swoją drogą, odwiedzili Was kiedykolwiek prawdziwiw kolędnicy? Bo mi się, jako żyję, nie zdarzyło).

Nie wiem kiedy to Święto zrobiło się pełne alkoholu i imprez i nie wiem dlaczego doszło do nas w takiej spłyconej postaci - fakt jest faktem, że Halloween nie jest do końca takim, jakim się go widzi w Polsce. Na zdjęciu powyżej moja lampka nocna, którą wyciągam w okolicy października ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...