Ostatnio wykończyłam masę kosmetyków i powoli czas przynajmniej niektóre z nich podsumować. O kremie do rąk ShiKai Pomegranate Hand $ Body lotion pisałam już na moim poprzednim blogu. Szczerze to w tej recenzji, po około roku używania, nie napiszę nic nowego. Tak wyglądała moja nowiuśka tubka kremu:

A tu znaczek The Leaping Bunny i lista składników (ale niestety nie cała, ponieważ nie zauważyłam, że aparat uchwycił tylko połowę listy ;)a opakowania niestety już nie posiadam)

Nic nowego nie napiszę. Krem zachwycił mnie od pierwszego użycia przepięknym zapachem i bardzo miłą konsystencją. Błyskawicznie się wchłania i zostawia miłe uczucie na rękach. Można używać też jako balsamu do ciała, ale ponieważ krem jest dośc drogi i ponieważ sama nie przepadam za balsamami, używałam go sporadycznie. Głównie w podróży, bo bez niego się nie ruszałam nigdzie. Co do właściwości pielęgnacyjnych, to zależą one od tego jak bardzo suchą skórę dłoni posiadamy. Ja mam okropne problemy z dłońmi, permanentnie mi pękają i w zasadzie nawet środki apteczne sobie z nimi nie radzą. Poza tym bardzo często myję ręce. Bez kremu dłonie pękają mi do krwi. na początku byłam z działania bardzo zadowolona, po jakimś czasie chyba jednak skóra przyzwyczaiła się do działania i byłam zadowolona mniej. Tak czy siak - uwielbiam ten krem za całokształt i na pewno kupię ponownie. Zresztą - jak w tytule - jestem totalnie uzależniona od zapachu ;) Tak wygląda moje umęczone próbami wydobycia z niego jeszcze czegoś opakowanie. Ale się skurczybyk nie poddał, trza było ciąć operacyjnie ;)

Cena 9$ za 8 oz. (ok. 240 ml). Zużywałam prawie rok pomimo regularnego użycia - to chyba nieźle, co? ;) Można też kupić w wersji do torebki - w tym wypadku zapłacimy 1$ za 30 ml. Absolutny hit jak dla mnie. Jest to jeden z moich zdecydowanie ulubionych kosmetyków cruelty - free.



