Showing posts with label pogadanki. Show all posts
Showing posts with label pogadanki. Show all posts

Sunday, January 4, 2015

Jak oszczędzić na kosmetykach, a zawsze dobrze wyglądać i być zadbaną?

No więc jak to tak naprawdę było z tym niekupowaniem kosmetyków? Myślę, że mój post mógł być trochę źle zrozumiany. To nie jest tak, że jednego dnia wstałam i postanowiłam zostać minimalistką i przestać kupować kosmetyki. Zacznijmy od tego, że ja nie jestem w ogóle minimalistką. Oczywiście nie zaprzeczę, że rok niekupowania kosmetyków nauczył mnie dość sporo i także spowodował, że powoli zaczęłam interesować się ideą minimalizmu, ale nie znaczy to, że jestem obecnie minimalistką. Rok niekupowania kosmetyków nie wynikał z niczego innego niż z potrzeby zużycia moich zapasów i chęci ograniczenia nieposkromionego wydawania pięniędzy. Nie oznacza to także, że w tym roku nie dostałam nowych kosmetyków, ponieważ prawda jest taka, że im mniej kupowałam, tym więcej kosmetyków dostawałam jako prezenty urodzinowe, świąteczne, rocznicowe itp. Przykład na zdjęciu:



No ale rok zużywania wszystkiego, co mam w szafkach, nauczył mnie kilku rzeczy o sobie, o kosmetykach, a także o branży kosmetycznej.

1. Droższy kosmetyk nie zawsze równa się lepszemu kosmetykowi. Istnieje ogromna różnica pomiędzy kosmetykami z wyższej półki, a kosmetykami, które naprawdę są lepsze. Jeśli coś Ci naprawdę służy, używaj tego. Jeśli tylko myślisz, że coś "powinno" Ci służyć, bo jest drogie... to się zastanów co Tobą kieruje. Na pewnym blogu ostatnio przeczytałam, że przed kolejnym bezmyślnym zakupem powinniśmy zawsze zadać sobie pytanie: co ja tak naprawdę próbuję kupić? Zazwyczaj staramy się kupić obietnicę wiecznej młodości. Co tak naprawdę próbuje sprzedać nam kolejna modelka, która reklamuje szampon pólnaga, ale w szpilkach? Obietnicę sukcesu, obietnicę bycia atrakcyjną i pożądaną.

Reklamy działają na nas podświadomie w sposób, o którym nie mamy pojęcia. Zanim kupisz kolejny super drogi szampon, krem pod oczy czy super anty-zmarszczkowy krem, zadaj sobie pytanie co tak naprawdę starasz się kupić? Czy gdyby podszedł do Ciebie jakiś magik i powiedział, że sprzeda Ci magiczny krem za 5tys zł, który spowoduje, że będziesz wyglądać 10 lat młodziej, to byś go kupiła? Prawdopodnie nie, bo podświadomie wszyscy wiemy, że nie można odwrócić procesu starzenia się i geny mają prawdopodobnie znacznie więcej mocy decydującej, o tym, jak będziemy wyglądać w wieku 60 lat, niż niż nowy ekskluzywny krem. No chyba że jesteśmy gotowi poddać się operacji plastycznej. Tylko jeśli tak to dlaczego jesteśmy skłonni wydać te 5 tys zł na przestrzeni 5 lat, ciągle kupując odmładzające kremy? Podlicz ile byś zaoszczędziła, gdybyś przestała kupować kosmetyki poza absolutne minimum. Podliczyłaś? Jesteś w szoku jak i ja byłam?

Wiele osób mówi, że nasza Biochemia Urody sprzedaje kosmetyki z lepszymi składami niż wiele bardzo drogich kremów z wyższej półki, a jednak ludzie wciąż przepłacają za kremy, bo dają się nabrać na prosty trik. Ludzie płacą za złudę luksusu w ładnym opakowaniu. Wydaje nam się, że taka ułuda luksusu kupi nam status społeczny, prestiż i szacunek innych. Po necie ostatnio chodzi takie bardzo sławne powiedzenie Willa Rogersa: "Too many people spend money they haven't earned, to buy things they don't want, to impress people they don't like" (Zbyt wielu ludzi wydaje pieniądze, których nie zarobili, na rzeczy, których nie chcą, żeby zaimponować ludziom, których nawet nie lubią). Jesteś pewna, że Ciebie to nie dotyczy? Ani trochę? Nie starasz się pokazać eks-chłopakowi co stracił, zrywając? Ani koleżance z liceum, która nie uważała, że jesteś cool? Na pewno nigdy nie przyszło Ci to do głowy?

2. Przyjrzyj się sobie i zadaj sobie pytanie które z produków kosmetycznych tak naprawdę powodują, że czujesz się pewniej siebie. Naprawdę potrzebujesz rozświetlacza pod łuk brwiowy? Jesteś pewna, że niebieski cień do powiek sprawia, że wyglądasz lepiej? Jasne, że fiolet ma sprawiać, że zielone oczy są bardziej podkreślone, ale czy na pewno TY dobrze w nim wyglądasz?
Przyjrzyj się sobie. Gdybyś miała wybrać 5 najważniejszych kosmetyków, to co byś wybrała? Bez czego czułabyś się nieswojo? Dla mnie najważniejszymi kosmetykami są zdecydowanie (kolejność nieprzypadkowa): 1) korektor pod oczy, 2) tusz do rzęs, 3) podkład, 4) kredka do oczu bądź ciemny cień, 5) neutralny, niepołyskujący cień. Jeśli mogłabym dodać jeszcze coś, to z pewnością wybrałabym bazę pod cienie. Mogę żyć bez rozświetlaczy, bronzerów, pudrów, drogich perfum, różyków, maseczek do twarzy, peelingów, kremów do stóp. kremów do skórek, zalotek, cieni do brwi, żeli do brwi, lakierów do paznokci a nade wszystko nie wiem po co w ogóle mam błyszczyki do ust, skoro w ogóle ich nie używam!

Znajdź te kosmetyki, które naprawdę sprawiają, że czujesz się lepiej i zainwestuj w nie kosztem niekupowania tych, bez których naprawdę możesz się obyć. Przestań słuchać koleżanek, reklam, pań sprzedających, blogów. Skup się na sobie, w końcu kosmetyki kupujesz po to, żeby czuć się lepiej. Lubisz mocniej podkreślone oczy? Zainwesuj w nieosypujący się cień albo dobrą kredkę do oczu oraz tusz. Kup porzadny, nieuczulający i najlepiej mineralny podkład do twarzy. Powiedziałam mineralny, ponieważ one się nie przeterminowują, ale wybór w końcu powinien należeć do Ciebie.

3. Wymieniaj się kosmetykami z koleżankami, kupuj kosmetyki na spółkę, zamiast kupować kosmetyki, o których jakości nie masz pojęcia, sprawdź czy ktoś znajomy ich nie ma i czy nie pozwoliłby Ci spróbować. Oddaj rzeczy, których nie używasz osobom, których nie stać na ich kupienie albo wymień się z innymi.

4. Zawsze pamiętaj, że jeśli coś nie pasuje innej osobie, to nie znaczy, że nie będzie pasować Tobie. Każdy z nas jest inny. Zamiast się zniechęcać do kosmetyku, bo nie lubi go siostra, zapytaj czy mogłabyś sama go przetestować. Jeśli też go nie lubisz, podaj dalej. W ten sposób znacznie mniej rzeczy się zmarnuje (środowisko kochani, wszystko, co zostało wyprodukowane, zużyło jakieś zasoby naturalne) a w przyszłości może ktoś inny oszczędzi Ci pieniądze.

5. Zastanów się które z produktów kosmetycznych naprawdę poprawiają Ci humor albo samopoczucie, które naprawdę potrzebujesz, a które to zwykły marketingowy gadżet. Ja, dla przykładu, oddałam ostatnio 4 różne opakowania tzw. solid perfum - perfumy w kremie. Nigdy ich tak naprawdę nie używałam... po prostu podobała mi się sama idea takich perfum oraz ich opakowanie!

6. Niektóre kosmetyki można zużyć do innych rzeczy. Np. stare balsamy do ust używam na popękane w zimie ręce, a niezbyt udane kosmetyki do włosów typu szampon czy odżywka używam zamiast pianki do golenia. Dla mnie różnicy nie ma, a jeszcze raz, staram się by nic się nie marnowało.

7. Sporo produktów chemii gospodarczej może być zastąpione zwykłymi, tańszymi produktami do czyszczenia jak ocet winny i soda oczyszczona. (Przykład: uzbieraj skórki od pomarańczy i wrzuć je do czystego słoika. Zalej zwykłym octem, tak, by przykrył skórki i zostaw na parę tygodni, ok.4. Po tym czasie będziesz mieć super efektywny i ładnie pachnący środek do czyszczenia kuchni i łazienek. Spróbuj! Ocet jest niezastąpiony!) Zaoszczędzone pieniądze możesz dorzucić do funduszu na kosmetyk. Jeśli wciąż nie stać Cię ma kupienie sobie kosmetyków, które naptawdę chciałabyś mieć i byś używała na co dzień, poproś męża/koleżanki z pracy/rodzinę o dołożenie Ci pieniędzy na gwiazdkę. Lepiej mieć 5 dobrych sensownych kosmetyków niż drobne prezenty od ludzi miejących dobre intencje. 5 zł tu, 5 zł tam i byłby fajny kosmetyk.

8. Osobom, których naprawdę nie stać za bardzo na kupowanie kosmetyków radzę śledzić na bieżąco blogi urodowe, Na wielu blogach można znaleźć rozdania i losowania kosmetyków. W końcu się uda coś wygrać :)

Jeśli masz manię kupowania kosmetyków " z ciekawości", polecam zaprzestanie kupowania nowych kosmetyków na jakiś czas albo do czasu gdy zużyjesz, co masz. Jest to bardzo otwierające oczy doświadzczenie i wbrew temu, co się wydaje, może być początkiem reflekcji i innych, ważniejszych zmian życiu. 

Wednesday, January 2, 2013

Przemyślenia, prezenty, podsumowania, postanowienia, porady



Tak dawno nie pisałam tu na blogu, że w zasadzie to jakoś mi dziwnie zaczynać.  Ale brakowało mi bloga i brakowało mi miejsca na moje wynurzenia po polsku.  Od razu lojalnie uprzedzam, że ten post będzie tylko marginalnie o kosmetykach, głównie będzie prywata i przemyślenia.  Od razu również mówię, że post będzie chaotyczny, długi i nudny jak flaki z olejem  Notka kosmetyczna powinna nastąpić zaraz po poście o bla bla bla ;)

No więc Święta minęły i choć w tym roku były one z dala od domu, to jak dla mnie były wyjątkowo magiczne.  W zasadzie świętowałam przez miesiąc z choinką, gotowaniem polskich potraw, kupowaniem prezentów (już od października :D), świąteczną muzyką w tle. 

To był bardzo... nudny i niesamowicie ciekawy zarazem rok.  Kosmetycznie to w zasadzie nic się w nim nie działo, choć oczywiście nie obyło się bez pewnych dodatków do istniejącej już kolekcji kosmetyków pod koniec roku (przykład poniżej). 


Ale prawda jest taka, że w tym roku zakupy kosmetyczne ustąpiły miejsca zakupom "stylowym", że tak to zgrabnie ujmę, czyli szeroko pojętemu pojęciu własnego stylu - ubrania, buty, biżuteria, apaszki, torebki itd.  Dobijam już powoli do trzydziestki i zauważyłam, że czas na zmiany.  Przeglądając sporo stron w internecie odnośnie stylu i szyku (ostatnio miałam chwilę i naszło mnie też parę refleksji), natrafiłam na masę pustych haseł oraz na jedno zdanie, które mi coś uzmysłowiło - że nasza garderoba nie tylko powinna odzwierciedlać kim jesteśmy, że powinniśmy się w niej czuć dobrze i dobrze wyglądać, że powinna być zadbana, niepoplamiona i wyprasowana kiedy trzeba, ale, a może głównie - powinniśmy się zastanowić jaką wiadamość swoim wyglądem wysyłamy innym.  Jak chcemy być przez innych postrzegani.  Chcemy być postrzegani głównie jako osoba atrakcyjna? Jako osoba modna? Zadbana? Poukładana, elegancka, kobieca, stylowa? Niedbająca o takie drobnostki jak moda? Wiedząca jak dobrać strój do okazji? Itd., itp.

Druga rzecz to taka, że zadecydowałam w tym roku marnować mniej czasu w necie, a więcej poświęcać na samorozwój, przez co mam na myśli głównie książki i naukę kolejnych języków obcych. Ja wiem, że wszyscy mają generalnie takie pomysły raz na jakiś czas i nie zawsze tak to wychodzi, jak się planuje, zresztą sama postanowiłam nie stawiać sobie poprzeczki zbyt wysoko, ale pozbywać się głupich nawyków. Zaczynam od czytania lekkiej literatury, potem zamierzam powrócić do czytania literatury pięknej  (Steinbeck, Vonnegut, Dickens, Marquez, Saramago, Hasek, Dostojewski, Tołstoj - wszyscy "oni" leżą na półkach i się kurzą jak ja szwędam się po stronach internetowych, często nie mających nic do zaoferowania poza ładnymi zdjęciami, na które zawzięcie klikam). Wywaliłam kilka blogów z ulubionych ponieważ, przy bliższym oglądnięciu, nie były one wcale ulubione, tylko przypięte tam "na później", ażeby kiedyś tam na nie zajrzeć, z bóg-wie-jakiego powodu. Postanowienie to nie obejmuje jednak blogów, które faktycznie lubię i na które zaglądam, bo przecież nie chodzi o to, by odmawiać sobie każdej odrobiny przyjemności z blogowania, tylko o bezsensowne tracenie czasu.


W ciągu ostatnich tygodni zainteresowałam się też, ponownie, tematem minimalizmu. Jedno jest pewne - minimalistką z prawdziwego zdarzenia to ja nie jestem, dorobiona do trendu filozofia mi nie pasuje (w kilku książkach przeczytałam, że minimalizm to antykonsumpcyjna rewolucja, to cywilne nieposłuszństwo itd., itp. Ok, każdy może uważać co chce, ale nie dopisujmy wielkich słów do prostych koncepcji, bo to spłyca koncept i sprawia, że temat wieje groteską), ale... jest w tym trochę racji. W tym szaleństwie jest metoda, moi Drodzy, w naszym pokoleniu coraz więcej szans na bezsensowne kupowanie - markowe ciuchy, 50-te torebki, 20-sta para butów, niepraktyczna wszak, ale taaaaka cudna. Mnie to grozi ciągle, każdego dnia i z każdego kąta, bo zauważyłam w tym roku, po podjęciu pracy, że kupuję najzwyczajniej w świecie - bo mogę. Bo mnie stać, bo ciuchy są tanie w Stanach, bo to tak fajnie stale mieć coś nowego. Kupiłam parę miesięcy temu sukienkę Maggy London. Cudo, po prostu cudo, marzenie mojej kobiecej duszy, a do tego oczywiście w outlecie, więc w cudownie sensownej cenie. Nie miałam jej ani razu na sobie, bo kiecka na wyjścia do sklepu nadaje się tak średnio, wyglądałabym jakbym właśnie wyszła z imprezy, teatru albo ważnego rodzinnego spotkania, a ja od jakiegoś czasu (od czasu liceum pewnie) nie lubię chodzić ubrana po ulicy jak ubrana na imprezę. Czy ja uwielbiam tę kieckę? Absolutnie; co gorsza, co jakiś czas wyjmuję ją z szafy, żeby sobie na nią popatrzeć.  Czy to był taki mądry zakup? No nie wiem, tym bardziej, że kilka tygodni później znalazłam inną, bardzo podobną sukienkę Maggy London w tym samym outlecie i oczywiście ją też pokochałam i wróciłam z nią do domu... Teraz mogę sobie je obie wyciągać i podziwiać.
Wniosek z tego jeden: jako osoba nielubiąca przesadnego marnotrastwa, zwłaszcza zasobów oraz osoba uważająca się za w miarę rozsądną, muszę poćwiczyć nad umiejętnością rozróżnienia co mi jest a) potrzebne, b) przydatne, c) użyteczne, (czyli będzie używane a nie tylko przywleczone triumfalnie do domu jako trybut mojej próżności), d) sensownej jakości, a nie kupione bo tanie - zazwyczaj dostajesz to, za co płacisz). W opanowywaniu manii posiadania "tochcenia" - to chcę, to chcę!- nie pomagają mi też blogi czy strony z opisami produktów i kuszącymi zdjęciami.

No i na koniec - moja metodologia. (Pomysł nie jest mój, wyczytałam go w jakimś ebooku na Amazonie, ale zdecydowanie zabrzmiał sensownie). Zmiany będę wprowadzać powoli i bez stresu, bez stawiania sobie poprzeczek niemożliwych do osiągnięcia. Może jedna zmiana na miesiąc, może na kilka tygodni.

To tyle ode mnie wynurzeń niekosmetycznych. Tym, co wytrwali - życzę miłego wieczoru i gratuluję, a jeśli zostałam sama na placu boju, to samej sobie życzę miłego wieczoru :D
 

Monday, October 8, 2012

Mania olejowania

Na początek to ja się Wam muszę porządnie wyżalić, aka wyjojczeć.  Mam nadzieję, że się nie narażę niektórym z Was, ale jakoś tak czuję, że chcę zabrać głos w debacie pt. moda.

Im więcej siedzę w temacie, tym bardziej czuję, że zaczynam mody, jako zjawiska społecznego, nie cierpieć.  Określenie fashionistka doprowadza mnie do śmiechu - a cóż to za cudak? Określenie charakteru? Negatywne czy pozytywne? Toż to rzeczownik, proszę was, - to jak jest? Jestem Polką, jestem emigrantką, jestem fashionistką?  Chodząc po różnych blogach też nie zawsze wiem jak mam się ustosunkować do panującego w blogosferze/necie pojęcie mody.  Pal to licho jak chodzi o zabawę ubraniami i kombinowanie stroju, ale jak słyszę, że coś jest wiocha/tandeta/kicz, to mnie trzepie.  Najgorsze jest jednak określenie "moda jak z bazaru".  Powiem szczerze, że śmiać mi się chce, bo od kiedy zarabiam w USA to stać mnie na modne marki typu Ralph Lauren, Tommy Hilfiger, Guess, Pierre Cardin, Anne Klein, Calvin Klein, Donna Karan, Maggy London czy inne, nawet droższe,  i równie dobrze mogłabym określić te wszystkie krzyczące jak to w Polsce panuje moda bazarowa tym samym hasłem - ubrania jak z bazaru, jeśli się je porówna do kosztownych ciuchów z butiku.  Ktoś ma zabawę z ciuchami - fajnie, ale żeby robić z tego kwestię życia lub śmierci, pochodzenia ( "a bo to takie wiejskie"), statusu społecznego ("zajeżdża taniochą i tandetą") to już chyba lekkie przegięcie.  Pomijam fakt jak widzę takie babeczki co to wszystkich zjeżdżają, a same nie widzą, że coś im nie pasuje, ale jest modne - to trzeba nosić!, to wywracam oczami.  Nie każdemu pasują rurki i nie każdy dobrze wygląda w botkach, color (pisownia amerykańska, celowo nie piszę colour) blocking czasami wygląda ok, ale w niektórych sytuacjach nie pasuje. Itd itp.  Trochę dystansu do siebie, świecie modowy!  Posiadanie własnego stylu, wyrażanie własnego charakteru w sposobie ubierania - nie ma w tym nic złego, niech Wam wyjdzie na zdrowie.  Ale wywyższanie się nad innymi, bo ktoś jest modny - jaka to zasługa i jaka to cnota, to "fashionistkowanie"?

No dobra, wygadałam się ;) Teraz pora na na tematy kosmetyczne, bo dawno już o tym nic nie było.  Dziś o mojej (nie znów tak) nowej miłości do olejków.  Jak zapewne wiecie, na blogach kosmetycznych wszelakiej maści od dawna głośno o olejkach przeróżnych firm, o różnym bukiecie zapachów, składów i przeznaczeniu.  Kto śledzi mnie od czasu, kiedy blog był bardziej żywotny ;), ten wie, że Linus i balsamy/masła do ciała nie pałają do siebie zbyt ciepłymi uczuciami i w linusowym sercu zdecydowanie znajduje się miejsce na jakiś inny specyfik do pielęgnacji skóry.  A że kosmetykami wielofunkcyjnymi, skórno-włosowymi, wzgardzić się nie da... Stąd uwaga linusowa skierowana została na oleje.

Temat nie jest mi całkowicie nowy.  W swojej kolekcji posiadałam już olej kokosowy (2 różnych firm) , migdałowy (także 2 różnych), rycynowy i olej z pestek malin ( skombinowane z przeróżnymi olejkami eterycznymi, a także zmieszane same z sobą).  W moje łapki wpadła też jaśminowa Amla, której zapach na włosach oczarował mnie na wiele ładnych tygodni.  Niestety, pomimo długiego używania, bardzo ciężko mi wyrobić sobie zdanie na temat różnych olei, wybrać faworytów i jednoznacznie ocenić: to pomaga, a to nie.  Ponieważ nie obdarzyłam żadnego z olei płomiennymi uczuciami, postanowiłam, że... no cóż, że warto może uzbroić się w kilka innych olejków, a nuż któryś z nich okaże się ideałem?  Oczywiście, jak to Linus, wpadłam w szpony promocji i wyprzedaży, w związku z czym za połowę ceny zakupiłam kilka różnych rodzai olejków.  Na początku chodziło mi przede wszystkim o włosy - przez jakiś czyas zdecydowanie za mało o nie dbałam i wiedziałam, że pora intensywnie zabrać się za maski, odżywki i olejowanie.  Z myślą o włosach najpierw "popełniłam" zakupy włosowe podczas mojej wizyty w TJ Maxxie. 


Serum do włosów oparte na olejkach?  Muszę powiedzieć, że wyglądało zachęcająco.  Chwilowo mam dość bawienia się w mieszanie olei i czytanie co dobre dla jakiego typu włosów - po prostu nie starcza mi na to czasu.  Wiem wiem, pewnie wyszłabym na tym lepiej i miałabym bardziej naturalny skład... No ale znając mnie, to i tak nie potrafiłabym użyć specyfików w przepisanym czasie, więc trochę konserwantów to akurat mnie się pewno przyda... 

Skład możecie przeczytać sobie na zdjęciu poniżej.  Po lewej stronie znak króliczka i zapewnienie, że firma nie testuje na zwierzętach ( tak wiem, lista to to nie jest... ale zawsze to większa szansa, że faktycznie są, jak się deklarują, cf). 


Kolejnym olejkiem, na który napadłam w sklepie, był olejek do włosów w sprayu.  Doszłam do wnioksu, że to po prostu najlepsze, najwygodniejsze wyjście, przynajmniej na razie, jak dbać o moje włosy mogę w zasadzie tylko w biegu.  Pierwszym produktem tego typu był ten oto specyfik:




Podobał mi się pomysł mgiełki do włosów, gdyż dał mi nadzieję, że być może, dzięki odpowiedniej końcówce, nie przeciążę sobie włosów olejami (ileż to razy napaćkałam się tak, że nawet szampon nie mógł sobie poradzić z tym... Wciąż mam nadzieję, że to jest dobre rozwiązanie dla osób jak ja, olejujące "od serca").

Także możecie przybliżyć sobie skład (bo całoście to niestety nie widać :/) :


Ale, ale, tu moja przygoda się oczywiście nie kończy, ponieważ jak Linus wpadnie w manię testowania, to już wpadnie... Któregoś dnia wybrałam się na zakupy do supermarketu i wpadłam na 50% wyprzedaż produktów firmy J.R. Watkins.  Olejki Watkinsa chciałam wypróbować już jakiś czas temu, ale jakoś ciągle było coś - a to wydawały mi się za drogie, a to miałam inne rzeczy do kupienia na liście, a to mąż kręcił nosem (olej do ciała? Będziemy mieli steki z Linusa czy jak?? :D) i inne takie. Oto co udało mi się upolować:


Cytrynowy olejek do ciała i kąpieli. 

Skład: grapeseed oil, macadamia ternifolia seed oil, apricot kernel oil, avocado oil, lemon peel oil, safflower seed oil, aloe barbadensis leaf extract, tocopheryl acetate. 

Brzmi interesująco i pachnie zabójczo.

Kolejne 2 olejki są wynikiem mojego niezdecydowania odnośnie zapachu.  Po przyniesieniu do domu myślę, że moim ulubieńcem został grapefruit, ale olej kokosowy i miód także nie brzmi strasznie ;) Oba to olejki do ciała w sprayu, a oto ich skład: 

apricot kernel oil, isopropyl myristate, 100% natural fragrance, tacopherol



A tu jeszcze cała Watkinsowa rodzinka:



Czekam na opowieści o waszych doświadczeniach z olejkami, zwłaszcza próbami z nowymi firmami.  Wiem, że na rynku jest obecnie masa olei oraz mieszanek olei i, jak dotąd, nie spotkałam się z jednoznacznie negatywnymi opiniami na temat jakichkolwiek z nich.  Niektóre działają słabiej, inne macniej, niektóre pięknie pachną, inne po prostu śmierdzą... ale jednak nikt nie mówi, że ich działanie to kompletna bzdura.  Domyślam się jednak, że na konkretne efekty to jednak trzeba trochę poczekać, szczególnie na włosach - no a mi, niestety, często brak cierpliwości.  Pomagają mi zapachy, za którymi przapadam - mam nadzieję, że będzie tak i w tym wypadku. 

Wednesday, June 27, 2012

Kosmetycznie, dietetycznie




Witam wszystkich, wciąż śledzących mojego bloga :*

Kochani, jak sami wiecie, ostatnio w kręgach CF nastroje bywały różne. nawet i mnie się udzielił powszechny niepokó i pytanie krążące niejako w powietrzu pt. Co dalej?

Sprawa wygląda tak,  że nic dalej. Moje zdanie na temat testowania kosmetyków ma zwierzętach się nie zmieniło, więc idę po rozum do głowy i powracam w znów optymistycznym humorze. Przyznam szczerze, że trochę mnie ostatnie tygodnie zmaltretowały; jak nie problemy w domu, to problemy z pracą, jak problemy z pracą, to problemy pieniężne, jak problemy pieniężne - to problemy z rodziną. Ale szczerze? Będzie dobrze, tego nauczyła mnie at,osfera w Stanach. Kocham tę mentalność! Co by się nie działo, to się w końcu przecież poukłada, trzeba tylko się nie załamywać.

Kiedy nie pisałam bloga, dokonałam zaskakującego odkrycia,  że wciąż przybywa mi czytelników. Jest to o tyle właściwie zaskakujące, że obecnie blogi pisze masa dziewczyn, które codziennie dodają notki, bardzo często robią rozdania i  łatwo się znudzić blogami, które tego nie robią. Tym bardziej Wam dziękuję za uwagę. Przy okazji odkryłam,  ze wiele z Was prowadzi lub zaczyna prowadzić własme blogi, na których wspominacie o testowaniu na zwierzętach - super, kibicuję Wam z całego serca.

Żeby zupełnie nie zbaczać z tematów kosmetycznych, to Wam powiem, że znów zaczęłam rozglądać się po mniejszych firmach kosmetycznych... i nie jest źle. W ogóle nie jest źle, zwłaszcza, że sporo takich firm nie testuje. Tak samo, jak nie testuje większość polskich firm. Z pewną pokorą wróciłam też do firm mineralnych.

Earth Science jest firmą naturalną, niezbyt tanią, ale nieprzyprawiającą cenami o palpitacje serca, interesującą. Oczywiście, jak przystało na firmę pojawiającą się tym blogu, nie testują swoich kosmetyków na zwierzętach. Na zdjęciu powyżej znajduje się ich maska do włosów olive&avocado. Jest to maska nad maskami, jedna z niewielu, które stawia moje kłaki na nogi nawet jak prawie spalę sobie włosy.... :> (Nie pytajcie o szczegóły, mały wypadek przy domowym farbowaniu.... :>) Ja widzę różnicę w kondycji włosów już po 3 użyciach, aczkolwiek ostatnim razem konieczne było potrzymanie jej na moim blondyńskim łbie aż godzinę :> No w każdym razie ja polecam wypróbować. Jak mnie na moją głupotę pomogła, to i Wam musi pomóc, rady nie ma ;) Maseczka jest dość przyjemna w aplikacji i ma bardzo delikatny zapach. Nie zawiera też parabenów.

Dziś notka nieco pomieszana, kosmetykowo - dietowa, z naciskiem na dietowa. Nie wiem jak Wy, ale Linusiątko to ma niestety taką przywarę, że jak ma dołek to zaczyna wcinać masowo jak małe prosiątko i to zazwyczaj wiele rzeczy, które mu wpadnie w łapki. Zwłaszcza rzeczy, które nie powinny być uważane za zjadliwe :> Na efekty takiego stanu co prawda nie musiało zbyt długo czekać, ale na łocy przejrzało dopiero jak próbowało udokumentować fotograficznie podróż przez kilka Stanów z Kalifornii do Midwest. Ło matko, to naprawdę JA? No więc - dieta. Tym razem nieco bardziej zaplanowana niż poprzednim razem. W ruch poszły znów moje ukochane książki z serii Flat Belly Diet (o których wspominałam w tej notce - KLIK!) i jeszcze raz stwierdzam to samo - ta dieta jest absolutnie cudowna, rewelacyjna i w ogóle niezastąpiona. Przede wszystkim - działa i to dobrze działa, jest zdrowa, jest sensowna i można ją stosować całe życie, bo jest po prostu zdrowszym sposobem odżywiania się. Ponieważ zwróciłam uwagę na to, że sporo z Was interesuje się dietami i sposobem na zdrowe odżywianie, chciałabym przytoczyć Wam kilka uwag, które mi się nazbierały po naprawdę milionie wypróbowanych diet (teraz myślę, że wiele razy moja potrzeba pójścia na dietę była kompletnie wyssana z palca jakąś bzdurną wymarzoną wagą :>)

Rady dotyczące sensownej  i skutecznej diety wg Linusiaczka:

a)  dieta musi być nie tylko urozmaicona, ale i różnorodna. Przez różnorodność rozumiem nie tylko dietę zbilansowaną, ale też eksperymentowanie z różnymi kuchniami świata (u mnie sprawdziło się świetnie). O dziwo, ja po kilku tygodniach na takiej diecie nie czuję tęsknoty za śmieciowym czy nawet wysokokalorycznym jedzeniem. Osobom szukającym interesujących książek kucharskich polecam skierować swoje oczy na zagraniczne strony typu ebay.com czy amazon.com. Szczególnie polecam to wegetarianom i weganom - wybór wegetariańskich ksiązek kucharskich w Polsce jest, jak dla mnie, po prostu zatrważający. Natomiast amazon aż roi się od ciekawych książek kucharskich tego typu.

Moje ostatnie odkrycia kulinarne (ogólne, niewegetariańskie) to:



Zawiera 500 przepisów dietetycznych, które są pyszne i po prostu trudno uwierzyć, że niskokaloryczne. Wśród nich przepisy na wypieki (np. jagodowo cytrynowe muffiny!), kanapki, zupy, sałatki, przystawki, dania bezmięsne i mięsne.

Oraz:

Zbiór przepisów z całego świata.


Do znalezienia przepisy afrykańskie, chińskie, japońskie, indonezyjskie, tajskie, hinduskie, bliskowschodnie, marokańskie, włoskie, hiszpańskie, francuskie, północnoamerykańskie, karaibskie, meksykańskie i kreolskie. Ślinka cieknie, co? :)

Obecnie leci do mnie wietnamska książka kucharska - potrawy wietnamskie to moje ostatnie odkrycie dzięki cudowniej (i taniej) knajpce w LA. Powinna być już jutro - normalnie zacieram łapki!

Czemu tak naciskam na różnorodność? Żeby dieta kojarzyła się z nowyki smakami, żeby do posiłków dietetycznych podchodzić z wypiekami na twarzy, a nie ciągle się katować myślą: jestem na diecie, jestem na diecie, tego mi nie wolno, tego nie mogę... Wierzcie mi, przechodziłam przez różne fazy: nawet gotowałam specjalnie niesmaczne jedzenie, żeby nie chcieć zjeść za dużo :> Tfu tfu! Do dziś mnie też ciarki przechodzą na myśl o zupie kapuścianej :o Ale tak serio serio - to to nie działa, po prostu nie działa. Dieta, jak durnie by to nie brzmiało, musi sprawiać przyjemność.

b) Ruch. Z tym ruchem to jest tak, że.... ruch jest ważny, temu zaprzeczyć się nie da. Ruch jest zdrowy. Ale ruch musi być przyjemnością i musi być naturalnym dodatkiem. Sprzeciwiam się zapisywaniu się na 10 treningów z róznych dziedzin jeśli nie jest to wasz typowy styl życia. Na diecie ruchu powinno być więcej, ale być tak rozplanowany, żeby można było kontynuować ćwiczenia bez nerwów i bez zbytniego obciążenia nawet i po skończonej diecie, czyli nawet jak spędzamy 10h w robocie czy w środku sesji. Dlatego też jak dla mnie półgodzinny rześki spacer (marszowym tempem) plus 10 min ćwiczeń z ciężarkami co 2 dzień (nie ja to wymyśliłam, to zalecenia Flat Belly Diet) brzmią jak plan możliwy do zrealizowania nawet jak nie będę miała prawie w ogóle czasu czy nawet (tfu tfu) ochoty.

c) Kalorie. Babki, nie głodzić się! Nie wierzyć w bzdury, że na diecie trzeba być głodnym, nie jeść nic słodkiego i wyeliminować całkowicie pewne rzeczy, to może prowadzić do zaburzeń. Zbyt małą ilością kalorii bardzo łatwo rozwalić sobie system trawienny (ta dam, zgadnijcie na czyich błędach Linus się tego nauczył? :> Prawie 2 lata zajęlo mi przywrócenie się do normalności, przez jakiś czas tyłam na naprawdę minimalnych porcjach jedzenia.) Nie róbcie tego sobie. Szczerze mówiąc, nie uważam, żeby można było zejść poniżej 1500 kcal i cieszyć się łatwością diety. (Oczywiście te uwagi nie tyczą się osób na diecie wegańskiej, szczególnie witariańskiej, ale te osoby to akurat rzadko szukają porad dotyczących zbędnych kalorii ;)

d) 4-5 posiłków dziennie - jak najbardziej ma sens. Nie doprowadzić się do napadów wilczego głodu.

e) Nie  iść na miasto ani do sklepu na głodnego! To się nigdy nie kończy dobrze. W razie wątpliwości dobrze jest mieć przy sobie coś zdrowego do przegryzania - osobiście polecam garść orzechów. (Ale garść, a nie 2 paczki ;)

f) Flat Belly Diet zaleca używanie do każdego posiłku tłuszczy roślinnych. Takimi tłuszczami są orzechy, pestki, oliwa z oliwek (bądź np olej z pestek winogron czy orzechów włoskich), ćwiartka awocado albo oliwki. Takim tłuszczem jest też gorzka czekolada. Oczywiście wszystko z umiarem - ilość orzechów w posiłku powinna się wahać między 2, a 4 łyżkami, ilość zalecanego avocado to ćwiartka, ilość czekolady to pewnie ok. 50 g. Jednak to wystarczy, żeby można było poczuć różnicę w poziomie głodu. Podkreślam jednak, że należy od czasu do czasu zjeśc coś słodkiego - oczywiście własnej roboty albo np własnie kawałek gorzkiej czekolady, żeby wiedzieć ile kcal się naprawdę zjada - żeby nie patrzeć maślanymi oczami na każdą pokusę w sklepie.

g) Nie wiem dlaczego to u licha działa, ale działa! Polecam Wam układać posiłki, które nie tylko smakują, ale także wyglądają apetycznie, najlepiej złożone z intensywnych kolorów - zielonych części warzyw, czerwonych i pomarańczowych warzyw oraz owoców, żółci niektórych zbóż. Ja nie wiem CZEMU, ale coś w tym jest.

Flat Belly Diet ma jedną zasadniczą wadę, a dla Was nawet dwie. Po pierwsze, zaleca przygotowywanie posiłków 4 razy dziennie. Może to być trochę czasochłonne i czasami trudno jest je sensownie rozplanować. Po drugie, książka opiera się na składnikach bardzo powszechnych w Ameryce, nie tak jednak łatwych do dostania (ani tanich) w Europie. Tak czy siak, jest to jedyna naprawdę skuteczna i sensowna dieta, którą z ręką na sercu mogłabym polecić każdemu.

Thursday, June 14, 2012

Halo?

Pragnę oświadczyć, że żyje i... no powiedzmy, że mam się dobrze. Przechodzę taką sobie fazę na zwątpienie, potęgowane systematycznie złymi wieściami na froncie nietestowania na zwierzętach. Powiem Wam, że zniechęca mnie to do przełamania tego blogowego marazmu i powrotu do blogowego świata. Co zaglądam na wątek o nietestowanych firmach to pojawiają się nowe wątpliwości - najlepsze jest to, że z każdej strony! Firmy próbują mi wcisnąć, że pomimo iż sprzedają kosmetyki na rynku chińskim to są firmami nietestującymi bo tak i koniec, ludzie niekiedy próbują mi wcisnąć że jakaś tam firma jest na pewno ok i oni za to ręczą (tylko dowodów brak, na listach nie ma a i sama firma milczy jak zaklęta), inni próbują mi wmówić, że testy na zwierzętach nie istnieją i jest to wymysł kilku internetowych świrów, ale na pytania o wytłumaczenia oczywiście nie odpowiadają. A mi ręce opadają i już nie wiem co mam komu odpowiadać. Albo czy w ogóle odpowiadać - bo po co?

Najpierw Avon, Mary Kay i Estee Lauder, później marki podległe Estee jak MAC czy Smashbox, Oriflame, a teraz Urban Decay. Niełatwo skupiać się na markach nietestujących w obliczu takich strat  (no ale się staram oczywiście).

Poza całym tym bałaganem przechodzę osobiste trzęsienie ziemi, przeprowadziłam się kolejny raz - i kolejny raz do innego stanu. Jak sobie pomyślę, że w ciągu ostatnich 4 lat mieszkałam na 2 różnych kontynentach, w 3 różnych państwach i w 3 różnych strefach klimatycznych to robi mi się z deka słabo. No w każdym razie oświadczam, że żyję, nie porzuciłam wcale na dobre blogowania ani używania kosmetyków CF i że niebawem powrócę. Mam nadzieję, że z lepszym nastawieniem i mniej bolącą głową. 

Sunday, May 13, 2012

W życiu piękne są tylko chwile - czyli Zakładam TAGA, nie ma żartów

Witam wszystkich :)
Ten post będzie kosmaty, zabałaganiony, flufaty i bez ładu i składu. Ten post ma na celu, między innymi, założenie TAGa.

Łażę ostatnio po blogach wszelkiej maści i daję samej sobie się tymże blogami zainspirować. Przez to wszystko zakupiłam kilka nowych olei i zaczęłam ponownie olejować włosy (wszystko wina Blond Hair Care, po zobaczeniu jej włosów na zdjęciu zapałałam do nich żywą miłością i postanowiłam czym prędzej wziąć się za moje blond kosmyki), zaczęłam trochę tworzyć własne cienie (Italiano! tu Ty jesteś winowajcą! - ona stale coś ukręca i miesza), doszłam do wniosku, że za mało piszę o testach na zwierzętach i akcjach przeciwko (poczciwa Pralka nie strzępi sobie języka na darmo), doszłam do wniosku, że czas wrócić do mojego stylu pisania sprzed emigracji, gdzie język lekki przenosił na kartkę papieru wszystkie myśli z lubością i łatwością (zakochałam się na amen w stylu pisania Olgi - wpadłam na jej bloga i wypaść nie mogę). Na koniec blog Mad Tea Party - źródło wszelkiego zła ;) i dzsiejszej notki. Bellablumchen pisze dosadnie, z sensem,, z ironią i z wielką spostrzegawczością. Notki zajeżdżają mi inteligentną babką na kilometr i dają wiele do myślenia. Ostatnio natknęłam się na jej notkę Lubię To! .... i postanowiłam założyć TAGa.

Z dedykacją dla Bella Blumchen. Jestem pewna, że coś podobnego już powstało, ale nie pamiętam, żeby mi się dokładnie takie coś rzuciło w oczy.



Zasady TAGa Lubię TO!:

1. Banerem jest wklejone zdjęcie.
2. Napisz kto Cię otagował.
3. Wypisz wszystkie drobne rzeczy, które przychodzą Ci do głowy, które lubisz, które czynią Cię szczęśliwą, te wszystkie drobnostki, dla których warto żyć. Szczególnie te najdrobniejsze i te, które wydają się zbyt banalne, by je wymienić, ale które poprawiają Ci humor.
4. Otaguj kilka osób.

No to zaczynamy. Lubię to!:

- fioletowoniebieski kolor (tzw. perrywinkle)
- jajecznicę
- zapach konwalii
- książki, których fabuła osadzona jest w Azji
- wielogodzinne pogaduchy z moją przyjaciółką
- planowanie nowych wycieczek (niekoniecznie same wycieczki :D)
- znajdowanie egzotycznych przepisów kulinarnych na necie
- uczenie się nowych języków i czytanie książek w tymże języku (na razie po angielsku i niemiecku, odrobinę po hiszpańsku)
- mój ogródek!
- białe wino do obiadu
- bawełniane sukienki
- ładne szpilki z niezawysokiem obcasem
- różowo-złote cienie do powiek
- fioletowe, niebieskie i seledynowe kredki :D
- sok ze świeżo wyciśniętach pomarańczy
- zapach granatu w kosmetykach
- czytanie interesujących blogów
- spacery
- własnoręcznie zrobioną ice tea
- lody orzechowe i malinowe
- egipską zupę z czerwonej soczewicy!
- sushi
- pustynię
- moje świnki morskie na kolanach
- śmiać się do łez w dobrym towarzystwie
- szaleć na parkiecie jak mam czas
- zgryźliwy humor
- zabawne notki
- dystans do samej siebie
- słońce
- umiarkowaną temperaturę
- robić porządek w szafie z ubraniami
- połączenie turkusu z szarością
- oglądanie jak małż gra na komputerze - on gra, a ja podziwiam grafikę :D

Niniejszym taguję:

1) Italianę 
2) W dobrym stylu eko
3) BloGosię ( a co, zbyt mało się znamy!)
4) Olgę (moje najnowsze odkrycie blogowe, mam wrażenie, że ona to coś odsmaruje z jajami ;)
5) Renię Kicię 
6) Sorbeta (downo już tu jej nie było, stękniłam się)
7) Zoilę ( a bo nigdy jej nie taguję wystarczająco często, a na pewno miałaby coś do dodania :P)

Tak wiem, że nie odpowiedziałam jeszcze na poprzedniego taga, ale naprawdę mam w planach! :D Wkrótce też czas na opublikowanie zdjęć zrobionych przeze mnie cieni. Na razie tylko zachmurzenie ni8e sprzyjało zdjęciom. Zapraszam Was wszytskie do skupienia się na tych wszystkich drobnostkach, które czynią życie takim pięknym :)

Friday, May 11, 2012

"Pamiętajcie o ogrodach, przecież stamtąd przyszliście..."

Copyright (c) http://www.123rf.com 123RF Stock Photos


"Pamiętajcie o ogrodach 

Przecież stamtąd przyszliście 

W żar epoki użyczą wam chłodu 

Tylko drzewa, tylko liście 

Pamiętajcie o ogrodach 

Czy tak trudno być poetą 

W żar epoki nie użyczy wam chłodu 

Żaden schron, żaden beton 



Kroplą pamięci 

Nicią pajęczą 

Zapachem bzu 

Wiesz już na pewno 

Świeżością rzewną 

To właśnie tu 



Pamiętajcie o ogrodach... 



I dokąd uciec 

W za ciasnym bucie 

Gdy twardy bruk 

Są gdzieś daleko 

Przejrzyste rzeki 

I mamy XX wiek" 


Fragment wiersza Jonasza Kofty. 


Jakiś czas temu w notce Naturalna rewolucja, czyli zdrowie z prostych rozwiązań zwierzyłam się Wam z moich przemyśleń dotyczących tego co my robimy źle, jak źle traktujemy siebie i świat (no dobra, aż tak poetycko to nie było) i jakie ma to konsekwencje później także dla nas. Powiedziałam Wam też, że mam kilka postanowień spowodowanych falą złych myśli. 

Co się zmieniło? Wszystko i nic. Wszystko jest tak samo i wszystko jest inaczej. Coli nie tknęłam od kiedy zagryzłam pośladki ;) i sobie obiecałam, że z nami koniec. Zaczęłam się faktycznie lepiej odżywiać (generalnie, czasami wpadnę na jakiś durny pomysł i potem odchorowuję w nocy) i zaczęłam regularnie chodzić na długie spacery (co generalnie trudne w Kalifornii nie jest, pogoda sprzyja). 

Ale to nie wszytsko. Jako że namolnie szukam pracy i nic z tego szukania jak na razie nie wynikło (aaaaaaaa!), zmuszona byłam z małżem pod pachą przeprowadzić się do domu jego rodziny na czas znalezienia wreszcie czegoś sensownego. Ma to swe dobre jak i złe strony (ekhem, nietrudno zgadnąć), ale... No i to jest właśnie to ale. Mamy ogródek. Duży, ładny, zapuszczony. Oto co Linuś z małżolem w nim nawyprawiali ostatnimi czasy :) 

Pozwólcie, że Wam przedstawię:

Kolegę koperka (po prawej stronie Mięta, trzymają sie wiecznie razem ;)



Koleżankę Kolendrę (swoją drogą, bardzo popularną tutaj!):


Państwo Szczypiorkowie :)


Bazylia:


Majeranek trzyma się już całkiem nieźle:


Po prawej stronie rosną nam bakłażanki, a z tyłu, z fioletowymi kwiatkami, tajska odmiana bazylii.

Gwiazda sezonu, Papryczka Chilli! (Mamy też papryczkę jalapeno, paprykę czerwoną i pomarańczową)


Już kwitnące cukinie (powiem Wam szczerze. że prędkość ich wzrostu mnie przeraziła, z niczego wykluły nam się trzy giganty):


Jeżyna (widoczne już pierwsze dojrzewające owoce! Yay! sasasasasa :D)


Dystyngowane pomidorki :D Wśród odmian pomidorów mamy też cherry tomatoes (te malusie), pomidory zielone (uwielbiam smażone zielone pomidory - fried green tomatoes!) i tzw. tomatilllos - specjalność kuchni meksykańskiej. Zobaczymy co z tego wyniknie :)



A tu jeszcze cebulka z czosnkiem:


No dooobra, wiem, że nie każdy ma w sobie krew ogrodnika... no ale musiałam się pochwalić, musiałam. Najbardziej lubię gotować sobie coś i wyjść do ogródka po np. szczypiorek. Jednak warzywa prosto z ogrodu to zupełnie inna bajka. Taaaaa... życie bezrobotnego ;) Zaznaczam, że wszystko nam tak urosło w przeciągu 2 - 3 miesięcy. To dopiero było zdziwienie! (Dla mnie, dla nikogo innego tu). 

Pochwaliłam się. Dobra, przyznawać się, kto jeszcze coś hoduje? ;)

Sunday, April 15, 2012

Muszę to mieć?



Jakiś czas temu przyszedł do mnie TAG z dwóch blogów: Naturalne piękno oraz od Renii Kici. Przyznam szczerze, że bardzo się ucieszyłam, bo generalnie lubię jak inne blogowiczki o mnie pamiętają. Dziękuję Wam Dziewczyny za otagowanie.

Postanowiłam więc wziąć udział w zabawie...

TAG jednak trafił do mnie w dość niefortunnym momencie, jako że właśnie przerabiałam fazę na niekupowanie absolutnie niczego. Jestem obecnie w wirze szukania pracy, fazie, która trwa zdecydowanie dłużej niż bym chciała i bym się tego spodziewała. Poza tym wciąż jestem w fazie powyprowadzkowej, gdzie musiałam zapakować i rozpakować wszystkie te graty, kosmetyki i bibeloty, które nagromadziłam przez (zaledwie!) 2-3  lata mieszkania w Stanach (i, uwierzcie mi, jak się trzeba przebić przez wszystkie te szafeczki, zakamarki i nietknięte miesiącami pudła, to człowiek długo pamięta, żeby się znów nie zagracić).

Natomiast chętna do zmian postanowiłam zrobić sobie listę rzeczy, które chciałabym kupić (albo raczej - na które chciałabym roztrwonić pieniądze) jak już zacznę zarabiać. Przebiłam się przez chyba wszystkie strony producentów kosmetyków, którymi mogłabym być zainteresowana; od firm mineralnych i naturalnych poprzez Stilę, Urban Decay, Too Faced, Tarte oraz perfumy. Dokonałam przerażającego odkrycia: moje półki uginają się pod kosmetykami przeróżnej maści, kolorów kształtów i zapachów i, na chwilę obecną, absolutnie nie muszę mieć niczego! Natomiast odkryłam kilka rzeczy, które są związane pośrednio z kosmetyką i kilka rzeczy, które po prostu już od jakiegoś czasu chcę mieć i chyba wreszcie udało mi się skompilować listę. Oto ona:

1. Coś do organizacji kosmetyków w łazience:
Zdjęcie pochodzi ze strony  www.spacesaver.com    
Elegancka bambusow taca z metalową obwódką, idealna do mojej łazienki, gdzie na moim countertop stoi masa kosmetyków bez ładu i składu. W USA zlewozmywaki często są zabudowane, więc moją dookoła wbudowaną marmuroą płytę, na której można sobie postawić co się da. Eleganckie, ładne, pomogło by mi się zorganizować.

2. Organizator minerałów:

Zdjęcie pochodzi z www.organizedatoz.com

Prawdziwy must have dla minerałoholiczek. (Chociaż może nie dla takich minerałoholiczek z prawdziwego zdarzenia, bo może im miejsca nie starczyć :D,  ale na moją kolekcję minerałów taka skrzyneczka z przegródkami była by jak znalazł :)

3. Organizator pomadek:

Zdjęcie pochodzi z http://www.acrylichomedesign.com

Mieści nie tylko pomadki, ale i pędzelki oraz ewentualnie tusze do rzęs. Ponieważ znalezienie pomadki obecnie graniczy dla mnie z cudem, o przebiciu się przez tusze do rzęs nie wspominając, posiadanie takiego pudełeczka spędza mi ostatnio sen z powiek.

4. Thierry Mugler Alien

Zdjęcie pochodzi z www.perfume.com

Od czasu mojej ostatniej wizyty zapach Thierrego Muglera zawrócił mi w głowie i myślę, że jestem gotowa, żeby się z nim zmierzyć (oczywiście PO ewentualnej wypłacie, a nie przed :>). Po tym jak koncern Estee Lauder przeszedł na czerwoną listę, a wraz z nim sporo firm perfumowych (a przynajmniej część z nich, kilka jest niepewnych), miałam mały kryzys perfumowy. Cieszę się, że spodobało mi się coś Thierrego Muglera.

5. Urban Decay 24/7 Glide-On Pencil w kolorze 1999

Na koniec jeden zakup kosmetyczny, do którego przymierzam się już od jakiegoś czasu. Jest to przepiękny śliwkowy odcień ze złotymi drobinkami. Jest to jedna z tych rzeczy kosmetycznych, które naprawdę chciałabym wypróbować, zwłaszcza przy moich zielonych oczach. Mam już w posiadaniu tę kredkę w czarnym kolorze i jestem z niej bardzo zadowolona. 1999 "chodzi" za mną już od jakiegoś czasu. 

Sunday, March 18, 2012

Los Angeles w obiektywie

Jako że nieco poprawił mi się humor, za co należy "winić" Gunię i jako że czytam chętnie wasze komentarze (a w komentarzach pojawiła się prośba o fotki z Kalifornii), postanowiłam dziś rzucić kilka fotograficznych impresji ze słonecznego królestwa. Natomiast Gunia przedstawiła ciekawy link, ukazujący pozew przeciwko Estee Lauder za wprowadzanie klientów w błąd w sprawie testowania na zwierzętach, co przyczyniło się do mojej poprawy humoru.  Co prawda EL prawie na pewno sprawę sądową wygra bo przebiegle umieszczali cały ten czas formułkę "o ile nie wymaga tego ptrawo", to jednak cieszy mnie, że nie można już tak bezkarnie motać klientom w głowach.

No to kilka pejzaży z najprzyjemniejszych części LA (no bo tak sielankowo to tu niekoniecznie musi być i trzeba uważyć w której części LA się człowiek znajduje). Zdjęcia wykonane w okolicy Torrance i San Pedro.


Choć trudno w to uwierzyć, to nie jest żaden kurort nadmorski, tylko normalne miasto (a w zasadzie sieć miasteczek, nazywana wspólnie LA.)


Ten dach to zwykły dom, ktoś ma ładny nadmorski widok ;) Stawiam na producenta filmowego albo businessmana, a Wy?


Roślinność przyuliczna.


Więcej domów z widokiem na ocean.


No jeszcze trochę palm.

Mam nadzieję, że Wam się podoba. A na razie 

Friday, March 16, 2012

Listowe wywrotki, czyli czystki na liście Pety

O matko, to żem się rozleniwiła ostatnio. Nic mi się nie chce. Może to efekt szukania pracy, zmiany klimatu, a może po prostu rozleniwia mnie Kalifornia i wieczne lato. No właśnie - Kalifornia. Ojczyzna wysokiej jakości jedzenia, świeżych warzyw i owoców praktycznie przez cały rok, wielu firm fair trade i ekologicznych oraz przygniatającej ilości firm cruelty - free. Takich jak choćby: Alba Botanica, Arbonne, Avalon Organics, Beauty Without Cruelty, Biotone, Dermatologica, Desert Essence, Dr Bronner Magic Spa., Earth Science, Giovanni Cosmetics, Hard Candy, Jason Natural Products, Paul Mitchell, Nexxus, OPI, Orly, Phycisians Formula, Stila, Trader Joe's, Urban Decay. Jest w czym wybierać. No i nie ma na co narzekać jeśli się chce tu mieszkać i używać tylko kosmetyków nietestowanych na zwierzętach. Ale ja też nie zawsze będę tu mieszkać (ceny lokum zabijają, podatki jedne z najwyższych w Stanach, a o zakorkowanych autostradach i przepełnionych plażach nie będę nawet pisać) i lubię wiedzieć jakie alternatywy pozostają w innych częściach Stanów i ogólnie świata. No i alternatywy są, a pewnie, że są, tylko... Tylko że coraz więcej największych koncernów, które były łatwe do znalezienia na perfumerzjnych półkach, wypadają z listy Pety i powoli zaczyna mnie to już wkurzać. Ostatnio na tapecie jest wielki wypad Estee Lauder z listy. Ba, nawet gorzej, Estee Lauder wyleciała z dobrej listy i wpadła z wielkich hukiem na listę firm jednoznacznie testujących na zwierzętach. Podobny, acz nie ten sam los spotkał marki podległe Estee, a jest o czym mówić bo ten koncern to porządne nazwy na rynku kosmetycznym:

  American Beauty, Aramis, Aveda, Bobbi Brown, Bumble and bumble, Clinique, Darphin, Donald Trump, The Fragrance, Donna Karan Cosmetics (DKNY), Estee Lauder Companies, Flirt, good skin, grassroots, Jo Malone, Kiton, La Mer, Lab Series Skincare for Men, MAC, Michael Kors fragrances, Missoni fragrances, Origins, Prescriptives, Rodan+Fields, Sean Jean fragrances, Smashbox, Tommy Hilfiger products 

 Nieciekawie, tym bardziej, że sprawdzałam listę Pety i wszystkie podległe marki wyleciały z wielkim hukiem, co nie zawsze się zdarza (np. Burt's Bees i The Body Shop wciąż są na liście). Smutne, ale prawdziwe. Wykończę co mam i pożegnam się na zawsze z tym koncernem, o ile nie stanie się cud i marki wrócą z powrotem na listę. Tak, MAC nie jest już firmą cruelty - free, nie jest nią już Clinique ani Bobby Brown. Nie kupię już więcej perfum Tommy'ego Hilfigera, nie będę się ślinić do zapachów Michaela Korsa.

I co z tego, że kolejne ogólnodostępne firmy przestają dla mnie istnieć, rezygnować z kupowania kosmetyków wyłącznie nietestowanych nie mam w planach i jak dla mnie nic się nie zmienia. Ale czasami złość jednak trochę we mnie wzbiera.

Friday, February 17, 2012

Frustracja

Obrazek pochodzi ze strony  http://www.everwonder.com/david/tweety/color.html   
żeby nie było tak wesoło, to dziś będzie notka sfrustrowana. A raczej notka sfrustrowanej kobiety.

Latałam dziś po sklepach jak pies z wywieszinym z wywieszonym ozorem, szukając nietestowanego na zwierzakach proszku do prania. No i oczywiście dostawałam ataku spazmów.

Dobra, ok, ja rozumiem, że temat ten jest w Polsce jeszcze świeży, że dopiero zaczyna się o nim słyszeć, że to, że siamto. Widzę, że na portalach i blogach roi się od kosmetycznych propozycji wielkich testujących oligarchów. Ale normalnie mnie krew zalewa, że polskie firmy nie zrobią nic, żeby rozwiać istniejące wokół nich wątpliwości. Człowiek się w końcu zbierze w sobie, napisze grzcznego maila z pytaniem, ale odpowiedzi na politykę nietestowania (ani żadnych innych pytań, które nie zalatują kilogramem wazeliny) się nie doprosi. Oczywiście na stronie informacji zero, a na opakowaniu to już tylko pomarzyć idzie.

Jedna z polskich firm nie odpisała żadnej z dziewcząt na 15 już chyba maili, druga odpisała na mojego wylewnego maila 1 zdaniem (i to bzdurnym), trzecia się obraziła, że klienci nie mają zaufania do swojej marki (no śmiechu warte, słowo honoru), inna pisze o tym, że postępują zugodnie z prawem unijnym. Wszystko fajnie, ale prawo unijne to akurat takie znowu jednoznaczne nie jest, bo testować w ramach obowiązujących norm wciąż się da i nie udowadnia to czystych rąk żadnej polskiej marki. Firmom typu Essence czy Catrice jakoś nie przeszkadza umieszczenie oficjalnego stanowiska na stronie, ale przecież polskim firmom korona z głowy spadnie jeśli coś od siebie wymóżdżą. Bo w Polsce nie trzeba się przed klientami tłumaczyć, ani nawet w zasadzie nimi przejmować, najwyżej za spadek obrotów obwini się złą koniunkturę albo pracowników, a co.

Prawdę powiedziawszy tracę powoli serce do większych polskich marek. Albo straszą skierowaniem sprawy do sądu bo im się nie podoba, że się znaleźli na czerwonej liście (ale uraczyć kogoś sprostowaniem, wyjaśnieniem czy przyjemnym mailem to już nie łaska, w końcu lepiej się narazić od razu dziesiątkom osób) albo w każdym innym mailu piszą coś innego (typu nie testujemy na zwierzętach, w Unii nie wolno przeprowadzać żadnych testów na zwierzętach, a w kolejnym mailu zapewniają, że sprawdzają czy ich dostawcy na zwierzętach testują. No przecież jak 'nie wolno testować' to co tu sprawdzać? ). Gdzie tu logika? Jakaś polska organizacja typu Peta by się w Polsce przydała, z prawem przeprowadzenia wizytacji i sprawdzania jak się ma to, o czym firmy zapewniają, do rzeczywistości. Z prawdziwymi reperkusjami za nierzetelność. Może zapodała by, że się tak wyrażę rubasznie i metaforycznie zarazem, kopa w te firmowe tyłki. A może by tak, dla rozwiania wszelkich wątpliwości, postarać się o miejsce na jakiejś liście, choćby liście OK? Oczywiście pomijam kilka polskich firm, które mają informację o nietestowaniu na zwierzętach bądź profesjonalną obsługę klienta - ale takich firm jest, niestety, wciąż niewiele.

Jestem też coraz bardziej nieufna w stosunku do wszystkich wielkich korporacji, a nawet dużych niezależnych firm - ostatnio z listy Pety wyleciał Avon (ten to nawet z wielkim hukiem), Mary Kay, Estee Lauder i Yves Rocher. Za MK i EL nawet nie będę płakać, ale Avon wściekł mnie do granic możliwości ponieważ zostałam konsultantką 3 tygodnie wcześniej i wyraźnie podałam jako jeden z powodów ich politykę nietestowania na zwierzętach. Zrezygnowałam z uczestnictwa, ale niesmak pozostał. I to jaki. I pytanie na koniec co robić z markami podległymi Estee Lauder, a w grę wchodzą tęgie nazwy: Bobbi Brown, MAC, Smashbox czy Stila. Nie ma żartów.

No, to ja się wygadałam. Na ostatku i na poprawę nastroju napiszę, że w końcu udało mi się upolować nietestowany płyn do prania. Chociaż tyle. 

Saturday, February 11, 2012

Nietestowany na zwierzętach dom

Nietestowane na zwierzętach środki czyszczące

Dziś się wyłamię nieco z mojej zasady i po raz pierwszy opublikuję produkty, opierając się na nie swoich własnych poszukiwaniach, a na poszukiwaniach Dziewcząt z wątku o Bezpiecznych Firmach (czyli nie testujących na zwierzętach) z wizaż.pl. Powodem jest fakt, że takie mini śledztwa przeprowadziłam już w Stanach i tam dokładnie wiem, których produktów mogę używać, a których mam bezwzględnie unikać. Dlatego dzisiejszy wpis dedykuję im (im- Dziewczętom z wątku) w podzięce za ich pracę i wytrwałość :* 


Na zdjęciu widać używane przeze mnie produkty chemii gospodarczej:

 a) uniwersalny płyn do mycia firmy Frosch, do dostania we wszystkich większych supermarketach. Używam go do mycia łazienki, podłóg, kafelek, zlewozmywaków. Dobrze czyści i ma przyjemny zapach.
 b) plyn do mycia naczyń Gold Drop, wersja eco. Droższy od normalnej wersji, także do dostania w większych supermarketach. Gold Drop jest polską firmą z Limanowej, z ekologicznym ukierunkowaniem.
 c) mydełko do odplamiania Dr Beckmann. Mydełko nakładamy na plamę i zostawiamy na jakiś czas zanim wypierzemy rzecz. Ja zostawiam na ok. 1 dzień. Szczerze mówiąc nie wiem gdzie można je znaleźć, zastałam je w łazience już po przylocie. Edit: dziś znalazłam je (oraz wiele pokrewnych produktów Dr Beckmann) w Piotrze i Pawle


Rzecz, którą zamierzam wypróbować: orzechy piorące. Słyszałam dużo sprzeczynych opinii na ich temat, myślę, że czas się samej o tym przekonać.

***************

Kochani, z powodu burzy, która rozpętała się ostatnio na blogach urodowych chciałabym wtrącić też swoje przemyślenia. Dla tych, którzy nie wiedzą o co chodzi, myślę, że najlepiej na swoim blogu ujęła sprawę Urban Warrior - klik.

Nie współpracuję z żadną firmą ani nie mam w planach żadnej współpracy. Nie założyłam bloga z takim zamysłem. Mój blog powstał w powodu rozgoryczenia niemożnością znalezienia czegokolwiek o kosmetykach nietestowanych na zwierzętach. 

Jestem osobą, która nie zgadza się z frontem wojujących (sporo osób w organizacjach praw ochrony zwierząt jest dość agresywnych w swoich poczynaniach) ani z frontem olewających (i tak sama nic nie zmienię, więc po co zaczynać). W związku z tym nie mogłam sobie za bardzo w blogowym internecie znaleźć miejsca. Założyłam bloga, bo miałam wrażenie, że brakuje takiej alternatywnej opcji w blogosferze. Chciałam pokazać, że wybieranie opcji nietestowanych na zwierzętach, ekologicznych (albo chociaż ekologiczniejszych), popierających idee Sprawiedliwego Handlu, omijających szerokim łukiem oligarchiczne molochy kosmetyczne (śmiejcie się, ale kilka koncernów trzyma w garści większość kosmetycznych rynków świata, mnie się to nie podoba) nie jest trudne ani bezsensowne. Nietrudno zauważyć, że na moim blogu prawie nie ma recenzji, bo nie do końca czuję się uprawniona do recenzowania produktów. Po prostu pokazuję aternatywne opcje.

 Nie będę się zarzekać, że nigdy, przenigdy nie przetestuję niczego co mi będzie ofiarowane do przetestowania, bo prawdę mówiąc różnie się w życiu toczy. Nawet jeśli coś takiego nastąpi, prawdopodobnie nie zdecydowałabym się na współpracę z firmami polskimi, bo po pierwsze nie podoba mi się to jak wiele z nich traktuje 'współprace' i w ogóle klienta, a po drugie nie wiem czy mogłabym współpracować z jakąkolwiek firmą, która nie jest otwarcie firmą nietestującą na zwierzętach, wyczerpująco odpowiadającą na wszelkie pytania zadane w mailach, umiejącą się wykazać dokumentacją że nie skupiają składników od jakichkolwiek labolatoriów testujących na zwierzętach i będącą dumną z takiego nastawienia (jak Lush czy Everyday Minerals, których odpowiedzi mailowe tym bardziej zachęciły mnie do zakupów). Na chwilę obecną takich firm w Polsce nie widzę (może poza kilkoma chlubnymi wyjątkami), a standard customer care (obsługi klienta) w Stanach postawił moją poprzeczkę niezwykle wysoko. 

No nic, to tyle ode mnie. Mam nadzieję, że post o dostępnych środkach chemii gospodarczej pomoże niektórym z Was :)

Thursday, February 2, 2012

Certyfikaty o ekologiczności i nietestowaniu na zwierzętach

Od dawna interesuję się kupowaniem kosmetyków nietestowanych na zwierzętach, od niedawna interesuję się kosmetyką naturalną. A przynajmniej jak najnaturalniejszą. Czemu by nie połączyć jednego z drugim?



Szukanie kosmetyków nie testowanych na zwierzętach, a już zwłaszcza sprawdzanie czy nie ma o nich jakiś kontrowersji i czy nie zostały one aby na pewno wykupionego przez jednego z kosmetycznych dyktatorów może doprowadzić człowieka niekiedy do palpitacji serca (a bardziej niż nierzadko zeżreć mu kilka wieczorów). Czytanie etykietek kosmetyków także przypomina broczenie po omacku w obcym języku i tłumaczenie zawiłego tekstu, dlatego bardzo chętnie sięgam po zaufane listy i certyfikaty, które odwaliły cała brudną robotę za mnie i do tego jeszcze mają większą wiarygodność niż nierzadko pisane przez kompletnych laików strony internetowe. (I nie to, żebym uważała siebie za nielaika, broń Boże, ale przynajmniej staram się zawsze szukać, czytać i sprawdzać a nie tylko powtarzać zasłyszane przypadkowo informacje).

Na stronę o certyfikatach wpadłam przez przypadek, ale przypadła mi do gustu ze względu na to, że zgrabnie zbiera w 1 miejscu informacje o większości organizacji certyfikujących i że dla głodnych wiedzy podaje linka do strony tejże organizacji. Tym samym skraca mi to wydatnie proces szukania i porównywania.

Większość informacji w tej notce pochodzi ze strony http://www.zdrowe-kosmetyki.pl/certyfikaty.phphttp://www.bentleyorganic.pl/ecogarantie,136,l1.html,  oraz stron danej organizacji. Wszystkie pokazane na stronie certyfikaty są certyfikatami o ekologiczności kosmetyków, chociaż niektóre wymagania mają nieco inne.

Moimi ulubionymi certyfikatami są oczywiście te, które wymagają aby dany produkt nie był testowany na zwierzętach w żadnej fazie produkcji (ani gotowy produkt, ani ich formuły czy składniki). Takimi certyfikatami są BDIH oraz IHTK.



Największą pewność co do testowania na zwierzętach daje certyfikat IHTK. Zgodnie ze stroną http://www.zdrowe-kosmetyki.pl/certyfikaty.php, certyfikat ten wymaga:

  • od fazy projektowej poprzez produkcję, aż do gotowego produktu nie bę wykonywane żadne testy na zwierzętach
  • nie będą stosowne żadne surowce, które zostały po raz pierwszy przetesowane na zwierzętach po 01.01.1979
  • zastosowanie nie znajdą surowce, których zdobycie wiązało się z męczeniem zwierząt lub ich uśmierceniem (np. olej z norki, olej z kaszalota, olej z żółwia). Wyjętek stanowią substancje pochodzące od Žywych zwierząt: wosk pszczeli, miód, mleko, lanolina
  • zakaz współpracy z firmami, które przeprowadzają testy na zwierzętach lub zamawiają w innych laboratoriach.
Oich pozytywnej działalności na rzecz zaprzestania testowania na zwierzętach w kosmetyce można także poczytać trochę TU

Kolejnym certyfikatem, który z mojego punktu widzenia jest szalenie ważny i bardzo jakościowy, jest certyfikat BDIH. Jedne z najważniejszych dla mnie ich wymagań to to, żeby przez cały cykl produkcji żadne ze składników nie były testowane na zwierzętach, nie były stosowane substancje pochodzące z uboju zwierząt, proces wytwarzania produktu był bezpieczny dla środowiska i takie też były opakowania.


Listę wszytskich producentów posiadających wyżej wymieniony certyfikat można znaleźć TU.


Poza różnymi wymogami dotyczącymi ekologiczności produktów (takich jak przynajmniej 95% procent użytych surowców roślinnych musi pochodzić z upraw biologicznych, nie wolno stosować sztucznych barwników oraz substancji zapachowych, zakaz stosowania parabenów, PEGów czy sylikonów), o testowaniu na zwierzętach wspomina też COSMEBIO. Niestety strony internetowa cosmebio istnieje tylko w języku francuskim, w związku z czym nie byłam w stanie doczytać uszczegółowienia tych ogólnych wskazówek. Zainteresowanych odsyłam TUTAJ

Jednym z najbardziej znanych i popularnych certyfikatów jest certyfikat Ecocert. Pomimo, że cenię sobie tego typu certyfikat (którego dokładne wymogi można sobie doczytać TUTAJ), osobiście przeszkadza mi fakt, że dla zdobycia tego certyfikatu wystarczy aby końcowy produkt nie był przetestowany na zwierzętach. Przeszkadza mi to tym bardziej, że zdarzyło mi się kilka razy dostać odpowiedź mailową na odczepnego od producentów, którzy na pytanie o testowanie produktów i składników oraz na to, czy wymagają przedstawienia pisemnej dokumentacji od dostawców surowców, że surowce te nie są testowane na zwierzętach, odpowiedź: przecież mamy certyfikat EcoCert. No i, przepraszam bardzo, CO w związku z tym? Poza faktem że ewidentnie nie chce się panu odpowiedzieć na moje pytania? 


O nietestowaniu na zwierzętach wspomina także Eco Garantie. Zgodnie ze stroną http://www.bentleyorganic.pl/ecogarantie,136,l1.html, certyfikat ten jednym z najbardziej restrykcyjnych, regularnie sprawdzany i poświadczany przez belgijski Ecocert. Jednak po głębszym wczytaniu się w ich stronę internetową, bardzo trudno powiedzieć mi cokolwiek o ich restrykcyjności, jako że warunki wymienione na stronie są sprecyzowane co najmniej okólnikowo (maksymalizacja biodegradowalności? ograniczone użycie szkodliwych minerałów? użycie tak wielu organicznych roślin jak to możliwe?). Do tego po dokładniejszym wczytaniu się w ich politykę można dostrzec, że zakaz testowania na zwierzętach obejmuje tylko i wyłącznie końcowy produkt.  O tym można sobie doczytać TU Dla mnie jest więc to wątpliwej wartości certyfikat (przypominam, że zakaz testowania końcowych produktów obejmuje już wszystkie firmy unijne, nie tylko firmy ekologiczne).





Eco Garantie nie jest więc dla mnie żadną eko gwarancją. 


Ostatnim certyfikatem, który jest dość znany w środowisku osób używających kosmetyków naturalnych jest NaTrue. Na True jest moim zdaniem apoteozą chaosu. Ich system 3 różnych oznaczeń przy trzech różnych stopniach ekologiczności wprawia mnie w niemałe zakłopotanie i jak dla mnie wprowadza niepotrzebny bałagan. Ich stwierdzenie na stronie, że produkty nie mogą być testowane na zwierzętach także nie rozwiewa moich wątpliwości dotyczących etapu produkcji, tak więc jako wiarygodny certyfikat o nietestowaniu na zwierzętach odpada. 



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...