Showing posts with label zakupy. Show all posts
Showing posts with label zakupy. Show all posts

Tuesday, January 10, 2012

Kosmetyczne postanowienia noworoczne, czyli wziąć byka za rogi

Postanowienia nie mają sensu, jeśli nie weźmiemy się za nie odpowiednio szybko, na tyle szybko by móc je wcielić w życie. Jedno z wymienionych przeze mnie postanowień jest używać wreszcie filtrów - zwłaszcza teraz, kiedy zaczynam przygodę z Los Angeles, miejscu wiecznego słońca.

Będąc w LA nie sposób nie skorzystać z ich bogatj oferty kosmetycznej przeróżnych sklepów. Ostatnio wspominałam nawet o jednym z moich ulubieńców ostatnich czasów - Trader Joe's. Tam też skierowałam swe kroki:



Zobaczymy jak będzie się sprawować. Dla mnie filtry to nie jest prosta sprawa, nienawidzę ich na twarzy i zazwyczaj nie moszę. Coś jednak jest takiego w tym preparacie, że ładnie się wchłania i nie tłuści mi twarzy. Zapach ładny, migdałowy. Być może nawet wytrwam w postanowieniu regularnej aplikacji. Jeśli tak to na pewno zrecenzuję po dłuższym używaniu.


A tu skład jakby ktoś był zainteresowany (nie jest świetny, wiem).

Lecę powygrzewać się bezkarnie w słońcu! :) (U nas jest samo południe).

Monday, November 7, 2011

Nowa pielęgnacja i nowa anegdotka

Anegdotka dotycząca życia w Stanach

- Cholera jasna, nie mam tu auta, nawet nie mogę pójść sama beż męża zakupów zrobić.
- No wiem córuś, ale możesz przecież wziąć autobus.
- Autobus? Mamo, Autobusy to tu jeżdżą tylko po kampusie (miasteczku studenckim).
- Hmm, no a rower?
- Rower...? Ja wiem, że w Polsce to jest trudne do uwierzenia, ale żeby dojechać do sklepu to my musimy wskoczyć na autostradę i nią jechać z dość typową dla autostrady prędkością przez 20 min!

Mnie się wydaje, że mało kto jest sobie w stanie wyobrazić jak wielkim krajem są Stany i jak inaczej funkcjonują niż Europa ;)

Za oknem zmiany, musiałam dziś wcisnąć tyłek w dżinsy (no bo ponoć "jesień" się zaczęła, tylko 22 stopnie są). W mojej pielęgnacji też zachodzą zmiany.


Po pierwsze, udalo mi się wreszcie wykończyć mój krem do rąk ShiKai. Krem ów zasługuje zdecydowanie na więcej uwagi i osobną notkę, ponieważ jak do tej pory jest to mój najukochańszy krem pod słońcem. Kocham, uwielbiam i kupuję 3 opakowanie. Jest cudny, ma wspaniałą konsystencję, pachnie niewiarygodnie i jest dla mnie jak narkotyk na chandrę. Można używać jako kremu do rąk i jako balsamu do ciała. Na pewno poświęcę mu dodatkową notkę. ShiKai zostanie na razie zastąpione tym oto kremikiem:



którego upolowałam we wrocławskiej mydlarni. Zachwycił mnie konsystencją (miałam okazję wypróbować w sklepie) i postanowiłam zobaczyć czy pokona mojego dotychczasowego ulubieńca. Pani zapewniła mnie, że także nie jest testowany na zwierzętach.

W ogóle to chyba nie miałam okazji wspomnieć, że intensywnie wszystko zużywam, co mam w domu (a zapasów mam, oj mam!), ponieważ za miesiąc się przeprowadzam. Przeprowadzam się na 2gi koniec Stanów, co mnie więcej znaczy, że trzeba będzie wszystko przewieźć stąd - tam. A stąd - tam jedzie się... 5 dni. Tym samym nie pozostaje nic innego jak przeprowadzić przeprowadzkę raz, a porządnie i jak najmniejszym kosztem - czyli najlepiej tę drogę przebyć raz i to z jak najmniejszą ilością rzeczy :>

Oprócz tego powoli dobijam do końca dezodorantu z Alvery. Nie wiem czemu, ale przy końcu zaczął funkcjonować znacznie gorzej niż kiedy używałam go wcześniej. Może stracił ważność? (trudne do oceny ponieważ w USA nie ma wymogu umieszczania na kosmetykach daty ważności, taki wymóg dotyczy tylko produktów spożywczych. Spora część firm kosmetyczntch takiej daty więc nie umieszcza.) Tak czy siak dokonałam zakupu dezodorantu Aubrey Organics. Oj boli kieszeń, boli! Aubrey Organics był prawie 2 razy droższy od Alvery, miejmy nadzieję, że będzie działał jak cud natury (no naturalny w końcu jest, nie? :>) Zależało mi jednak na dezodorancie naturalnym, nietestowanym na zwierzętach, najlepiej bez składników odzwierzęcych i nie będącym antyperspirantem (nie mam do nich kompletnie zaufania, to musi być bardzo nienaturalne, żeby powstrzymywać ludzkie ciało od pocenia się!), dlatego chciałam, żeby ładniej pachniał.



A tu możecie zobaczyć skład (wygląda pięknie, co?) i znaczek The Leaping Bunny, który świadczy nie tylko o tym, że dezodorant sam w sobie nie był testowany na zwierzakach (czyli gotowy produkt), ale też że jego poszczególne składniki oraz różne formuły nie były.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...