Showing posts with label olejki. Show all posts
Showing posts with label olejki. Show all posts

Friday, July 31, 2015

Olejkownia


Mój narzucony samej sobie zakaz kupowania nowych kosmetyków spowodował, że sięgnęłam do mojego zaplecza kosmetykowego i wreszcie zaczęłam wykańczać co mam. A miałam dużo, oooj dużo. Część kosmetyków nie przeżyła moich wiecznych przeprowadzek, część poleciała z moją mamą z powrotem do Polski, zasilając liczne szeregi kosmetykowych żołnierzy u niej. Czyli pewnie się kurzą.

Tak czy siak, ponownie odkryłam i prawie wykończyłam ten olejek. Prawdę powiedziawszy to wcale go nie chciałam. Poszłam do Tj Maxxa w celu kupienia olejka w sprayu. Niestety takiego olejka co to by był naturalny, w sprayu i jeszcze z w miarę niekosmiczną ceną nie było, więc ze zrezygnowaniem wybrałam ten. Wybrałam, wypróbowałam i odstawiłam na półkę. (A dokładniej to do pudła z kosmetykami, bo akurat ani na półce. ani w szafce ani nigdzie indziej miejsca już na niego nie było )

Na szczęście olejek wygrzebałam i ponownie zaczęłam używać. Muszę powiedzieć, że kilka rzeczy mnie w nim zauroczyło. Po pierwsze zapach. Czasami olejki potrafią doprowadzić mnie do szału swoim zapachem, ale temu się udało tego nie zrobić. Po drugie, olejek... no wiadomo, jest oleisty, w związku z czym klejący  , ale ten przynajmniej nie jest ciężki. Niestety olejek ma też wady i jedną z głównych jego wad jest dość słab,y jak na tego typu kosmetyk, skład:


Działanie jak i przy innych olejkach - jeśli jesteś zmotywowana do regularnego używania, to zapewne działa cuda Smiley Ogólnie dobrze mi się go używało i zapewne kupiłabym ponownie, a za często nie mogę się poszczycić kupowaniem tych samych kosmetyków ;) Jest więc solidny komplement w stronę kosmetyku.

Zalety:
+ zapach
+ konsystencja
+ kosmetyk całkowicie wegański
+ po prostu przyjemny w użyciu

Wady:
- skład
- cena: kupiłam go w TJ Maxxie, ale normalna cena to prawie $18, a to jest naprawdę niemało za taką pojemność i w życiu bym za niego tyle nie dała

Monday, October 8, 2012

Mania olejowania

Na początek to ja się Wam muszę porządnie wyżalić, aka wyjojczeć.  Mam nadzieję, że się nie narażę niektórym z Was, ale jakoś tak czuję, że chcę zabrać głos w debacie pt. moda.

Im więcej siedzę w temacie, tym bardziej czuję, że zaczynam mody, jako zjawiska społecznego, nie cierpieć.  Określenie fashionistka doprowadza mnie do śmiechu - a cóż to za cudak? Określenie charakteru? Negatywne czy pozytywne? Toż to rzeczownik, proszę was, - to jak jest? Jestem Polką, jestem emigrantką, jestem fashionistką?  Chodząc po różnych blogach też nie zawsze wiem jak mam się ustosunkować do panującego w blogosferze/necie pojęcie mody.  Pal to licho jak chodzi o zabawę ubraniami i kombinowanie stroju, ale jak słyszę, że coś jest wiocha/tandeta/kicz, to mnie trzepie.  Najgorsze jest jednak określenie "moda jak z bazaru".  Powiem szczerze, że śmiać mi się chce, bo od kiedy zarabiam w USA to stać mnie na modne marki typu Ralph Lauren, Tommy Hilfiger, Guess, Pierre Cardin, Anne Klein, Calvin Klein, Donna Karan, Maggy London czy inne, nawet droższe,  i równie dobrze mogłabym określić te wszystkie krzyczące jak to w Polsce panuje moda bazarowa tym samym hasłem - ubrania jak z bazaru, jeśli się je porówna do kosztownych ciuchów z butiku.  Ktoś ma zabawę z ciuchami - fajnie, ale żeby robić z tego kwestię życia lub śmierci, pochodzenia ( "a bo to takie wiejskie"), statusu społecznego ("zajeżdża taniochą i tandetą") to już chyba lekkie przegięcie.  Pomijam fakt jak widzę takie babeczki co to wszystkich zjeżdżają, a same nie widzą, że coś im nie pasuje, ale jest modne - to trzeba nosić!, to wywracam oczami.  Nie każdemu pasują rurki i nie każdy dobrze wygląda w botkach, color (pisownia amerykańska, celowo nie piszę colour) blocking czasami wygląda ok, ale w niektórych sytuacjach nie pasuje. Itd itp.  Trochę dystansu do siebie, świecie modowy!  Posiadanie własnego stylu, wyrażanie własnego charakteru w sposobie ubierania - nie ma w tym nic złego, niech Wam wyjdzie na zdrowie.  Ale wywyższanie się nad innymi, bo ktoś jest modny - jaka to zasługa i jaka to cnota, to "fashionistkowanie"?

No dobra, wygadałam się ;) Teraz pora na na tematy kosmetyczne, bo dawno już o tym nic nie było.  Dziś o mojej (nie znów tak) nowej miłości do olejków.  Jak zapewne wiecie, na blogach kosmetycznych wszelakiej maści od dawna głośno o olejkach przeróżnych firm, o różnym bukiecie zapachów, składów i przeznaczeniu.  Kto śledzi mnie od czasu, kiedy blog był bardziej żywotny ;), ten wie, że Linus i balsamy/masła do ciała nie pałają do siebie zbyt ciepłymi uczuciami i w linusowym sercu zdecydowanie znajduje się miejsce na jakiś inny specyfik do pielęgnacji skóry.  A że kosmetykami wielofunkcyjnymi, skórno-włosowymi, wzgardzić się nie da... Stąd uwaga linusowa skierowana została na oleje.

Temat nie jest mi całkowicie nowy.  W swojej kolekcji posiadałam już olej kokosowy (2 różnych firm) , migdałowy (także 2 różnych), rycynowy i olej z pestek malin ( skombinowane z przeróżnymi olejkami eterycznymi, a także zmieszane same z sobą).  W moje łapki wpadła też jaśminowa Amla, której zapach na włosach oczarował mnie na wiele ładnych tygodni.  Niestety, pomimo długiego używania, bardzo ciężko mi wyrobić sobie zdanie na temat różnych olei, wybrać faworytów i jednoznacznie ocenić: to pomaga, a to nie.  Ponieważ nie obdarzyłam żadnego z olei płomiennymi uczuciami, postanowiłam, że... no cóż, że warto może uzbroić się w kilka innych olejków, a nuż któryś z nich okaże się ideałem?  Oczywiście, jak to Linus, wpadłam w szpony promocji i wyprzedaży, w związku z czym za połowę ceny zakupiłam kilka różnych rodzai olejków.  Na początku chodziło mi przede wszystkim o włosy - przez jakiś czyas zdecydowanie za mało o nie dbałam i wiedziałam, że pora intensywnie zabrać się za maski, odżywki i olejowanie.  Z myślą o włosach najpierw "popełniłam" zakupy włosowe podczas mojej wizyty w TJ Maxxie. 


Serum do włosów oparte na olejkach?  Muszę powiedzieć, że wyglądało zachęcająco.  Chwilowo mam dość bawienia się w mieszanie olei i czytanie co dobre dla jakiego typu włosów - po prostu nie starcza mi na to czasu.  Wiem wiem, pewnie wyszłabym na tym lepiej i miałabym bardziej naturalny skład... No ale znając mnie, to i tak nie potrafiłabym użyć specyfików w przepisanym czasie, więc trochę konserwantów to akurat mnie się pewno przyda... 

Skład możecie przeczytać sobie na zdjęciu poniżej.  Po lewej stronie znak króliczka i zapewnienie, że firma nie testuje na zwierzętach ( tak wiem, lista to to nie jest... ale zawsze to większa szansa, że faktycznie są, jak się deklarują, cf). 


Kolejnym olejkiem, na który napadłam w sklepie, był olejek do włosów w sprayu.  Doszłam do wnioksu, że to po prostu najlepsze, najwygodniejsze wyjście, przynajmniej na razie, jak dbać o moje włosy mogę w zasadzie tylko w biegu.  Pierwszym produktem tego typu był ten oto specyfik:




Podobał mi się pomysł mgiełki do włosów, gdyż dał mi nadzieję, że być może, dzięki odpowiedniej końcówce, nie przeciążę sobie włosów olejami (ileż to razy napaćkałam się tak, że nawet szampon nie mógł sobie poradzić z tym... Wciąż mam nadzieję, że to jest dobre rozwiązanie dla osób jak ja, olejujące "od serca").

Także możecie przybliżyć sobie skład (bo całoście to niestety nie widać :/) :


Ale, ale, tu moja przygoda się oczywiście nie kończy, ponieważ jak Linus wpadnie w manię testowania, to już wpadnie... Któregoś dnia wybrałam się na zakupy do supermarketu i wpadłam na 50% wyprzedaż produktów firmy J.R. Watkins.  Olejki Watkinsa chciałam wypróbować już jakiś czas temu, ale jakoś ciągle było coś - a to wydawały mi się za drogie, a to miałam inne rzeczy do kupienia na liście, a to mąż kręcił nosem (olej do ciała? Będziemy mieli steki z Linusa czy jak?? :D) i inne takie. Oto co udało mi się upolować:


Cytrynowy olejek do ciała i kąpieli. 

Skład: grapeseed oil, macadamia ternifolia seed oil, apricot kernel oil, avocado oil, lemon peel oil, safflower seed oil, aloe barbadensis leaf extract, tocopheryl acetate. 

Brzmi interesująco i pachnie zabójczo.

Kolejne 2 olejki są wynikiem mojego niezdecydowania odnośnie zapachu.  Po przyniesieniu do domu myślę, że moim ulubieńcem został grapefruit, ale olej kokosowy i miód także nie brzmi strasznie ;) Oba to olejki do ciała w sprayu, a oto ich skład: 

apricot kernel oil, isopropyl myristate, 100% natural fragrance, tacopherol



A tu jeszcze cała Watkinsowa rodzinka:



Czekam na opowieści o waszych doświadczeniach z olejkami, zwłaszcza próbami z nowymi firmami.  Wiem, że na rynku jest obecnie masa olei oraz mieszanek olei i, jak dotąd, nie spotkałam się z jednoznacznie negatywnymi opiniami na temat jakichkolwiek z nich.  Niektóre działają słabiej, inne macniej, niektóre pięknie pachną, inne po prostu śmierdzą... ale jednak nikt nie mówi, że ich działanie to kompletna bzdura.  Domyślam się jednak, że na konkretne efekty to jednak trzeba trochę poczekać, szczególnie na włosach - no a mi, niestety, często brak cierpliwości.  Pomagają mi zapachy, za którymi przapadam - mam nadzieję, że będzie tak i w tym wypadku. 

Tuesday, December 13, 2011

Sucha skóra zimą? Nie ma mowy!

Powoli zbliża się sezon grzewczy. Co prawda u mnie dziś około 15 stopni, ale generalnie było już kilka dni kiedy temperatura sięgnęła wartości jednocyfrowach. Oczywiście od razu odczuła to moja skóra.

Co robić? Na całe moje nieszczęście należę do osób, które balsamów nie znoszą organicznie, pomimo tego, że konsekwentnie wciąż próbuję nowych w nadzieji, że któryś wreszcie trafi w mój gust, po czym zazwyczaj znów odkładam go na półkę. Tym razem jednak znalazłam coś, co działa niezawodnie i co nie przeszkadza mi na skórze ani trochę - jest to olejek migdałowy.



Problemem z olejkiem migdałowym jest jego zapach. Po nałożeniu go na skórę czuję się trochę jak kurczak na rożnie - no a przynajmniej tak pachnę. Jako osoba mająca swego rodzaju bzika na punkcie zapachów postanowiłam pobawić się zwykłymi olejkami eterycznymi, mieszając je z olejkiem migdałowym i nakładając taką miksturę na ciało po kąpieli. Efekt? Skóra jest miękka, delikatna, nawilżona, pachnąca. Uwielbiam ten efekt, jaki daje olejek migdałowy. Kolejnym plusem jest to, że można regularnie kombinować z zapachem - wszystko dozwolone. Wanilia, czekolada, truskawka, lawenda, drzewo sandałowe, pomarańcza, róża, sosna - no czego tylko dusza zapragnie. Tradycyjnie zaczęłam od pomarańczy z grejpfrutem, ale następnym razem chyba pokombinuję z czymś innym. Poniżej zdjęcia olejków, których obecnie używam z Aura Cacia.



Może macie jakieś mieszanki olejków eterycznych godnych polecenia? Wszelkie propozycje bardziej niż mile widziane! Smiley

A Wy? Próbowałyście kiedyś porządnie się naolejować po kąpieli? ;)

Sunday, November 20, 2011

Zrób to sama! :)

W zasadzie z robieniem kosmetyków jest mi nie zawsze po drodze - zabieram się, zabieram i jakoś nigdy nie mogę się ostatecznie zebrać - a to nie mam wystarczającej ilości składników, a to wydaje mi się drogo, a to czasu nie mam, a to trzeba coś zużyć - aleeeee dobry przepis nie jest zły!

Próbuję się pozbyć końcówek kosmetyków na okolicznośc przeprowadzki. Niestety jednak jestem takim roztrzepańcem, że stale natykam się w domu na coś otwartego a nieskończonego. Ostatnio właśnie zdałam sobie sprawę, że na półce wciąż zalega mi olejek migdałowy, a ja zupełnie nie mam pomysłu co tym razem by tu z nim zrobić. Druga sprawa to taka, że właśnie wykończyłam opakowanie mojego ukochanego, ulubionego pomarańczowego olejku myjącego z Biochemii Urody, na którego punkcie mam kompletnego fioła, ale którego nie mogę kupić w Stanach. Musiałabym go ściągać z Polski (i to przez rodzinę), a na takie operacje nie mam chwilowo ani siły ani ochoty. Dlatego, po raz kolejny sięgnęłam do głębokiego zaplecza internetowego i... eureka!

Kochani, przedstawiam Wam przepis na olejek do demakijażu (przepis pochodzi ze strony http://hungeree.com/?p=1326 i jest odpowiednio zmodyfikowany, po pierwsze ze względu na mnie samą - podmieniłam olejki, po drugie z uwagi na użycie w przepisie amerykańskich uncji). No to lecimy!

Mniej więcej wszystko, czego możecie potrzebować, znajduje się na zdjęciu poniżej:



Od lewej strony: olejek ze słodkich migdałów, pomarańczowy olejek eteryczny, hydrolat oczarowy, hydrolat różany. Jedyne, co poza tym może Wam się przydać to mała buteleczka (wskazana pojemnoiść to ok. 4 oz., czyli ok. 118 ml, ale ja zrobiłam na wszelki wypadek połowę przepisu co by nie marnować składników jeśli nie polubię gotowej mieszanki):



Przezroczysta buteleczka nie jest konieczna, ale pomaga nie zapomnieć o wstrząśnięciu przed użyciem ;)

Składniki mieszamy w proporcjach (tutaj podaję przepis zmniejszony o połowę ponieważ uważam, że dobrze jest najpierw sprawdzić czy go lubimy):

Składniki:

2 łyżki stołowe oleju ze słodkich migdałów ( w oryginalnym przepisie była oliwa z oliwek, ale ja wolę olejek ze słodkich migdałów, pozostawiam to już Waszemu uznaniu), w moim przypadku Aura Cacia
1 łyżka hydrolatu oczarowego (u mnie z BU)
1 łyżka hydrolatu różanego (też z BU)
5 kropel pomarańczowego olejku eterycznego ( w moim przypadku Aura Cacia)

Przepis:

Po prostu wlewamy do buteleczki ;)

Gotowa mieszanka wygląda tak:



A tak wygląda mieszanka w postaci wstrząśnietej:



Muszę powiedzieć, że użyłam go na razie raz, ale buzia była po nim bardzo gładka i miła w dotyku. Ale dokładniejszą relację zdam może kiedyś indziej ;) Produkt może odrobinę dziwnie pachnieć (pomarańcza plus oczar plus róża), ale nie jest to jakiś bardzo narzucający się zapach.

Saturday, October 15, 2011

Pachnące zastosowania olejku migdałowego

Zauważyłam, że doszło mi kilku nowych obserwatorów - witam was serdecznie :)


Ta notka zostanie prawdopodobnie podzielona na 3 mniejsze, ponieważ nie chcę za bardzo przynudzać, ale nie sposób opisać wszystkieco, co wiąże się z moim ostatnim zakupem, w jednej notce.

Będę robić własne kosmetyki, to więcej niż pewne ;) Jednak jak na razie muszę zużyć te, co mam, a potem mogę myśleć o nowych zakupach.... Na starym blogu pisałam jakiś czas temu (daaaawno) o olejku migdałowym Aura Cacia. Olejek uważam za bardzo przyjemną formę dbania o ciało, nie był zbyt tłusty, ładnie nawilżał. Osobiście nie lubię balsamów, zawsze mi się zdaje, że skóra jest lepka i tłusta, nie cierpię tego uczucia na skórze - natomiast olejki jakoś mi na tej skórze nie przeszkadzają. Tu jednak pojawiło się jedno małe "ale". Olejek po wmasowaniu skórę pachniał... no właśnie olejem, przez co miałam uczucie, że jestem kawalkiem mięsa, który zaraz pójdzie na ruszt ;)

Kto czyta mojego bloga nieco dłużej wie, że jestem kompletnym fanatykiem róznych zapachów, w związku z tym zapach jest od jakiegoś czasu dla mnie bardzo ważny. Postanowiłam więc wziąć sprawę olejku migdałowego w swoje ręce ;)

Oto co zakupiłam:

Olejek pomarańczowy:



Oraz Olejek grejpfrutowy:




Na początek dodałam do mojego olejku migdałowego kilka kropel olejku grejpfrutowego i kilka olejku pomarańczowego. (Zauważyłam, że lubię taką mieszankę podczas używania mojego ukochanego balsamu do ust Badger ;) Co z tego wyszło? Przepięknie pachnący balsam do ciała!

Możliwe zastosowania:

# jako olejek do masażu (mmrrrr i mniam!)
# jako balsam do ciała (dla osób lubiących uczucie, jakie dają olejki na ciele)
# do włosów - w celu ich olejowania (uwaga, olejek dość ciężko zmywa się z włosów, w porównaniu do Amli to jest to nieprzejednany wojownik)
# jako dodatek do własnoręcznie zrobionych peelingów cukrowych

Zastosowanie samych olejków eterycznych:

# do aromaterapii - znane już wszystkim podgrzewacze
# jako mgiełki do ciała - w tym celu należy rozpuścić kilka kropel olejku w wodzie
# jako dodatki zapachowe do bezzapachowych kosmetyków
# no i, oczywiście, w niezliczonych kombinacjach własnoręcznie zrobionych kosmetyków, perfum, środków czyszczących, mydłach, bambach kąpielowych itp

Najchętniej używam jednak tej mieszaniny olejku do rąk (zamiast kremu) - zauważyłam, że mycie rąk (na którego punkcie mam fioła) odrobinę mniej przesusza mi dłonie. Oczywiście olejek na rękach nie zawsze jest najbardziej wygodnym rozwiązaniem, jednak jest bardzo wygodny np. przed pójściem spać.

Róznica w cenie olejków była jednak zabójcza - olejek grejpfrutowy był ok 3 razy droższy od pomarańczowego.

Cena pomarańczowego: 3,69 $ / 15 ml
Cena grejpfrutowego: 10,79 $ / ml

Prawdę mówiąc mam wrażenie, że za nie przepłaciłam - prawdopodobnie ma to związek z faktem, że kupiłam je z nalepką firmy zamiast kupić je od normalej hurtowni sprzedającej składniki kosmetyków ;) Tak czy siak, było warto, ponieważ wrażenia po zsatosowaniu - bezcenne. Następnym razem jednak na pewno kupię je online.

Saturday, October 8, 2011

Naturalne perfumy - olejki

Ostatnio opisywałam na blogu moje nowe wegańskie perfumy o zapachu neroli na bazie olejku jojoba. Dziś chciałabym przedstawić coś podobnego, ale bardziej orientalnego. Tym razem mam zaszczyt zaprezentować indyjskie perfumy ze sklepu Helfy.pl. Niestety, zabijcie, ale pojęcia nie mam, które perfumy kupiłam (nie pamiętam nazwy), ponieważ kupowałam je w ich sklepie stacjonarnym (który ponoć wcale jeszcze wtedy nie był sklepem ;) ) i kupiłam co mi się podobało po powąchaniu.



Olejki sprzedane mi zostały w ślicznych malutkich saszetkach.





Bardzo lubię te perfumy, są takie oryginalne, inne. Jest w nich coś bardzo kobiecego. Mam zastrzeżenia do ich opakowań - są to perfumy w kulce, ale niekiedy kuleczka nie chce się obracać i jest problem w używaniu zapachów. Z tym można sobie jednak poradzić, zazwyczaj nie niweluje to możliwości używania perfum. Średnia cena to ok. 20 - 25 zł, nie są więc one jakoś niewiarygodnie drogie, musimy jednak pamiętać, że jest to cena za maluśką ilość produktu (produktu jednak wysokiej jakości). Nie jest więc to produkt tani, ale nie jest to też cena wzięta z kosmosu. Jeśli chodzi o siłę zapachu, to może być ona, w zależności tego ile produktu użyjemy, dość mocna. Trwałość perfum jest różna - niektórzy pewnie woleli by je re-aplikować w ciągu dnia, co dla mnie jednak nie jest wybitnie konieczne. Perfumy te lepiej aplikować w załamaniu łokci, a nie, jak typowo radzą strony internetowe, na nadgarstki (sprawdziłam na sobie). Wtedy pachną mocniej i lepiej się trzymają. Mam wrażenie, że bardziej też stapiają się z zapachem naszego ciała i tworzą naszą własną, prywatną mieszankę.

Coś takiego jest w tym produkcie, że nie mogę się od niego oderwać, że jak ich używam to w powietrzu unosi się za mną woń kobiecości, tajemniczości. Coś takiego, co sprawia, że są w pewien sposób oryginalne, choć w zasadzie nie są; są orientalne bez specjalnego afiszowania się swoją orientalnością. Pomimo, że nie są to typowe mocnopiżmowe zapachy, jest w nich jakaś moc (moc orientu? :D). Z całą pewnością kupiłabym ponownie, kupiłabym także inne zapachy z Helf i delektowała bym się nimi na różnych okazjach. Coś w nich takiego jest, że dają mi poczucie ciepła i luksusu, a jednocześnie swojskości, lekkości i kwiatów. Stanowią ucztę dla zmysłów i ukojonie dla mojego zmęczonego drogeriami nosa. Jednym słowem polecam je każdemu - choćby dla sprbowania jak to jest używać czegoś innego niż zwykłe zapachy z drogerii, nawet te bardzo luksusowe.

Sunday, August 21, 2011

Paczuszka z Etsy

Niedawno pisałam o jednym z moich odkryć stulecia w kategorii zakupy - czyli Etsy. Żeby nie być gołosłowną i ponieważ ciekawość zżerała mnie do granic możliwości, postanowiłam wziąć coś na spróbowanie. Mój wybór padł na wegańskie perfumki robione na bazie oleju jojoba.


Do wyboru miałam 20 zapachów i w ferworze walki wybrałam Orange Blossom, na śmierć zapominając, że zapach ten nie ma NIC wspólnego z pomarańczą, tylko z lekko miodowo-kwiatowym zapachem (u nas znane jako Neroli). "Za głupotę trzeba płacić" - pomyślałam, jednak, na całe szczęście, nie przyjdzie mi za nią płacić tym razem, gdyż czysty zapach neroli bardzo przypadł mi do gustu ( w mieszankach go często nie znoszę).

Zakup kosztował mnie 7.5$ (ok.22 zł), przesyłka była gratis. Paczuszka wysłana została dzień po zakupie ( a zakupiłam produkt w niedzielę), rozmowa z właścicielką przemiła. Zakupu dokonałam w tym sklepie na Etsy: SilverFirsFarm

Kiedy otworzyłam skrzynkę pocztową, pachniała do nieprzytomności kwiatami - cudowne przeżycie z rana! Okazało się, że zapach pochodził z dorzuconej mi do perfum próbki mydła - oczywiście o zapachu neroli. Cóż za przemiła niespodzianka, płacę 22 zł, nic nie muszę dopłacać do przesyłki i jeszcze dorzucają mi małą kosteczkę mydła? No bajer! Na fakturce dołączonej do zakupu mała własnoręcznie napisana notka, że mydełko zostało mi przesłane w zapachu neroli. No no no :)

A oto zdjęcie mydełka dołączonego do zakupu:


Serduszko na środku całkiem urocze ;)

No dobra, a teraz coś o samym olejku (mydła jeszcze nie próbowalam). Jak wiadomo, perfumki są w 100% naturalne, ich jedynym składnikiem jest olej jojoba i odpowiednia ilość olejku eterycznego (no, trudne do zrobienia to one nie były, ale jak bym miała sama je zrobić to nie wiem czy by mi się chciało). Byłam bardzo ciekawa jak takie perfumy trzymają się na ciele. Najpierw zaaplikowałam je na nadgarstki i byłam bardzo ale to bardzo rozczarowana - miałam wrażenie, że po pół godzinie już nic z zapachu nie zostało :( Na szczęście postanowiłam się nie poddawać i wypróbować nakładanie ich w inny sposób - i tak doszłam do wniosku, że najlepiej musnąć nimi miejsca zgięcia łokcia. Ten sposób okazał się dużo skuteczniejszy, na pewno nie ma rozczarowania po pierwszym dniu użycia. Żeby jednak zlożyć Wam jakąś sensowniejszą i rzetelniejszą relację, muszę go trochę dłużej poużywać.

Tak czy siak, cieszę się bardzo, że odkryłam tego typu perfumy bo - jak już wspominałam - nie lubię pachnieć jak wszyscy inni, a mam wrażenie, że na rynku niepodzielnie króluje kilka znanych zapachów perfumowych molochów. Poza tym zapach taki jest naturalniejszy i mniej uciążliwy dla otoczenia - czuję go ja i osoby siedzące blisko mnie, a nie cały pokój. Małż też nie narzeka, że nie może oddychać :D

Tyle na razie, jeśli zrobię jeszcze jakieś zakupy (co się niechybnie stanie, ponieważ jestem zachwycona profesjonalną obsługą - małe firmy bardzo dbają o klientów i jak widać profesjonalnie podchodzą do sprawy) to na pewno podzielę się wrażeniami :)

A któraś z Was używała już czegoś podobnego?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...