Showing posts with label oczy. Show all posts
Showing posts with label oczy. Show all posts

Friday, January 16, 2015

Kosmetyczny top wszechczasów, czyli Urban Decay Naked 3

Jak już wspomniałam wcześniej, skupienie się na używaniu kosmetyków zamiast ich kupowaniu przez ponad rok ma pewne zalety. Na przykład taką, że wreszcie można naprawdę zauważyć, po które kosmetyki sięgamy non stop, po które sięgamy od czasu do czasu, a po które wcale.

Dla przykładu, przez cały rok używałam głównie 6 produktów: korektora pod oczy, podkładu, bazy pod cienie, kredki do oczu, tuszu do rzęs oraz cieni w jednej palecie kosmetycznej. Czasami, jeśli miałam taką ochotę, używałam szminki. Wybranie 'odpowiedniej' pomadki było nierzadko najbardziej stresującą częścią poranka, ponieważ nigdy nie mogłam się zdecydować, która szminka będzie najlepsza (tylko co to za różnica tak właściwie?). Oczywiście pomijam tu podstawowe produkty higieniczne jak mydło czy szampon, ale na opisywanie tych produktów, których używam, przyjdzie czas kiedy indziej.

Dlatego dość łatwo mi jednoznacznie określić, że paleta Urban Decay Naked 3 była najczęściej sięganym przeze mnie kosmetykiem roku 2014. Był to zeszłoroczny prezent gwiazdkowy od mojej mamy i używałam go, jeśli nie codziennie, to co 2gi dzień.


Jak dla mnie ta paleta nie ma prawie żadnych wad. Prawie, ponieważ jedną z rzeczy, która u UD kuleje to zawsze są cienie z drobinkami brokatu, które lubią się osypywać. Jest to coś, co zauważyłam we wszystkich paletach UD, a testowałam ich kilka. Druga to taka, że UD należy teraz do testującego koncernu L'Oreal i nie każdy uważa ich za firmę CF. Ja generalnie nie wiem co mam dokładnie o nich myśleć, jako że UD jest wciąż na liście Pety. No poza tym posiadam w tym momencie mnóstwo kosmetyków UD, głównie z czasów kiedy ta firma była całkowicie przyjazna zwierzętom i ich produktów na pewno się teraz nie pozbędę.

Zalety:
+ paletka ma piękne, fantastycznie komponujące się ze sobą kolory,
+ jest to paleta z ciepłymi odcieniami róży, brązu i złocieni ;), która jest idealna dla osób dobrze wyglądających w ciepłych kolorach,
+ zawiera 12 dość dużych cieni oraz dwustronny pędzelek,
+ paleta ma dość lusterko,
+ opakowanie jest bardzo mocne i zabezpiecza produkty w środku, dlatego też łatwo z nią podróżować,
+ konsystencja cieni jest naprawdę fantastyczna,
+ cienie bardzo łatwo się mieszają, rozcierają i zlewają ze sobą, ale pozostają bardzo długo na powiece, a z bazą - są nie do zdarcia. Moja kuzynka, której kiedyś zrobiłam makijaż na bazie UD i cieniami UD poszła w makijażu na imprezę do rana a rano wyglądała jakbym dopiero co ją pomalowała, Nie muszę mówić, że morduje mnie od roku, żeby jej kupić bazę UD? ;)
+ kolory są nasycone i łatwo z nimi pracować,
+ paleta zawiera cienie matowe, jak i połykujące,
+ ilość cieni daję duże pole do popisu i wypróbowywania różnych makijaży, zarówno dziennych jak i wieczorowych,
+ cena w USA jest bardziej niż przyzwoita i zazwyczaj przed Świętami można ją kupić z dodatkowym, 20% rabatem.

Paleta pozwala mi na wykonanie makijaży bardziej profesjonalnych do pracy, gdzie mocny makijaż nie jest za bardzo wskazany (obecnie pracuję ze studentami) oraz na wyjścia po pracy, za co bardzo ją cenię. Zrobienie makijażu rano zajmuje mi parę minut i zawsze mogę liczyć, że będę wyglądać mniej więcej tak, jak chciałam. 

Monday, August 20, 2012

Elfickie opowieści

Jak to już ostatnio wspomniałam, postanawiam poprawę w kwestii bloga. Prawdę mówiąc to tyle bym chciała Wam na blogu pokazać i nie ma czasu. Chciałabym opowiedzieć o nowym miejscu, które, z mojego punktu widzenia, jest znacznie bardziej europejskie i przypomina mi zapachem w powietrzu Polskę. Chciałabym opowiedzić Wam o perypetiach związanych z moją dietą i o tym jak z beztalencia kulinarnego powoli zmieniłam się w uznaną odtwórczynię kulinarnych rozkoszy, a także o wielu nowych kosmetycznych odkryciach oraz bubelkach w pięknych opakowaniach. No cóż, na dziś nadgryzam temat odkrycia :)

Elf. Tyle słyszałam już o tej firmie, ale jakoś nigdy nie chciało mi się nic zamawiać od nich przez internet. Jednak niedawno Elf (i to ich linia studio, ta lepszej jakości) pojawił się w sklepach sieci Target i jakoś tak to wyszło, że jak miałam zły dzień to akurat poprawiałam sobie humor na zakupach. W związku z tym łapczywie wpakowałam do koszyka dosłownie wszystko, co mi się spodobało. W koszyku, niewinnie się poszturchując, wylądowały więc: róż, pomadka w ołówku, kremowy eyeliner, 2 cienie w kremie i takie cudeńko sztyft róż, cień i pomadka w 1. (Innym razem wylądował tam też zestaw cieni z dołączoną kredką do powiek, ale to już inna historia).

No więc dziś o cieniach w kremie.


Na zdjęciu cień o wdzięcznej nazwie candlelight. Cień jest bardzo jasny i delikatny, dlatego dobrze nadaje się do rozświetlania łuku brwiowego i kącików oczu po nieprzespanej nocy ;) Kolor i nasycenie (bądź w tym wypadku - jego brak) możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej:


Zdjęcie robione w pełnym słońcu, w związku z czym kolor wygląda na bardziej wyblakły niż jest, ale mam nadzieję, że dał Wam pewne rozeznanie. A tutaj jeszcze kolejny cień, tym razem dawn:


Ta sama historia, co powyżej - zdjęcie wykonane w pełnym słońcu, w związku z czym kolor wydaje się nieco bardziej wyblakły. I jeszcze swatch na dłoni:



Co myślę? Myślę, że absolutnie kocham te cienie! Trzask, prask, nakładam na całe oko, pomaziam czymś ciemniejszym w zaglębieniu powieki i makijaż gotowy - oszczędność czasu to jakieś 50%. Cienie fantastycznie sprawdzają się też jako baza pod inne cienie - wszystko się elegancko trzyma i nie blaknie. Nie zaobserwowałam rolowania się cieni, ani osadzania się w załamaniu powieki (niestety zaobserwowałam to w przypadku wielofukncyjnego sztyftu, ale o tym kiedyś indziej), ale jeszcze będę je obserwować. Kolory pasujące każdemu, naprawdę żałuję, że w Targecie jest ich dostępnych tylko kilka, z miłą chęcią sięgnęłabym po inne wersje kolorystyczne. Cena - 3$, czyli taniej niż przesyłka pocztowa z innych firm. Jak dla mnie nie ma na co narzekać. Oczywiście, żeby nie było tak różowo, to dodam, że cienie mają swoje wady:
- kolory dość delikatne, nie każdy polubi
- kolor delikatny, ale wykończenie już takie dość metaliczne, też nie każdemu podpasuje (ale ja normalnie nie lubię takich wykończeń, a mi nie przeszkadza, więc dramatu być nie powinno)
- słoiczek ładny, ale do bani (ile ja mam zabawy jak próbuję w niego wepchać palucha zakończonego normalnej długości paznokciem :>)
- dołączony do cienia pędzelek mnie tylko rozśmieszył

Z wszystkimi tymi wadami i tak polecam. Opakowanie to tylko opakowanie, z dołączonymi do kosmetyków pędzelkami w zasadzie zawsze jest problem, a delikatny kolor może być z łatwością uznany za zaletę ;)

**********

Update dotyczący diety:

Jak wiecie, Kochani moi, ostatnim razem jak zawitałam na bloga (no, może przedostatnim), dużo było mowy o diecie, gotowaniu, zdrowym żywieniu itd. Chciałabym Was zapewnić, że się na tym polu nie poddałam. Co prawda odchudzam się bardzo powoli, nie mam znacznego upadku wagi, jednak bardzo mnie to cieszy - są widoki na zmianę generalnie sposobu odżywiania i utrzymanie nowej, lżejszej wagi. Obecnie waga wskazuje ok. 2,5 - 3 kg mniej od czasu mojej poprzedniej notki. Zaczęłam także wchodzić w spodnie, z którymi miałam już niemało problemu. W dalszym ciągu jednak nie dopinam się w spodnie, które kupiłam zaraz po przylocie do Stanów, w związku z tym jest to mój kolejny cel. Kilka uwag:

- zawsze jem 4 posiłki dziennie, nawet jeśli ostatni jest bardzo późno, około 21-22. Raz odmówiłam sobie jedzenia, bo chciałam być taka odpowiedzialna i nie mogłam z głodu spać. Wkurzona na maksa i zmęczona do granic, wstałam w końcu o 3 nad ranem, odgrzałam sobie zupę... i po 15 min od jej zjedzenia spałam jak dziecko.

- Zawsze staram się dodawać do każdego posiłku tłuszcze roślinne według wskazań książki.

- Jeśli któregoś dnia czuję, że już nie mogę patrzeć na jedzenie zgodnie z dietą Flat Belly - robię przerwę. Nic na siłę. Szukam wtedy przepisów z innych książek i pilnuję, żeby mieściły się w granicach 400 kcal. Jak czuję, że jestem w stanie wkrócić do przepisów Flat Belly, to to robię.

- Jeśli mam 1 dzień grzeszenia, nie przejmuję się. Naprawdę się nie przejmuję, ponieważ generalnie dużo się ruszam i wiem, że nic wielkiego się nie stało. Kontynuuję dietę następnego dnia, ewentualnie 2 dni później. Najważniejsze to się nie zrazić.

- Jem słodkie. Sama piekę muffiny albo ciasteczka i pilnuję ilości kcal. Zawsze staram się, żeby były w nich orzechy bądź inne zalecane tłuszcze i jak najwięcej składników odżywczych. Czekoladowo- pomarańczowe muffiny z książki to jest po prostu HIT. Ale od czasu diety wypróbowałam już chyba z 10 różnych przepisów. Dzięki temu w zasadzie w ogóle się na diecie nie męczę.

- Dużo się ruszam, ale niewiele ćwiczę. Staram się wplatać ruch w codziennie życie - spacer z przystanku, spacer z rana, ruszanie się w pracy (akurat mam tymczasowo pracę, w której nie siedzę za biurkiem, więc sprzyja chudnięciu). Moim zdaniem jest to optymalne rozwiązanie.


A Wy? Jakieś przemyślenia, postępy, zastoje?

Wednesday, May 16, 2012

Ukręcanie własnych cieni - podejście pierwsze

.... i niezbyt udane ;) Chociaż ja osobiście nie narzekam, bo lubię cienie delikatne, których prawie nie widać.

Ale po kolei. Mówiłam Wam chyba w ostatniej notce, że łażąc po blogach daję się im inspirować. Hmm, w sumie to nie wiem czy to inspiracją należy nazwać czy po prostu brakiem własnego zdania, bo co rusz wpadam na nowy pomysł. Tak czy siak, ponieważ jestem stałą bywalczynią bloga Italiany (pozdrawiam Cię Italiano! :*), dałam się jej ostatnio nakręcić na własnoręcznie kręcone kosmetyki kolorowe. Tu jednak taki mały klops, ponieważ Italiana pokazywała nam jak kręcić własne  błyszczyki (od tego się zaczęło) i na te oto właśnie błyszczyki nabrałam dzikiej, zwierzęcej ochoty. Niestety fundusze nie pozwoliły mi na zakup wszystkiego, czego potrzebowałam do skombinowania jakiegoś fajnego błyszczyka, w związku z tym postanowiłam wreszcie zrobić użytek z posiadanych przeze mnie pigmentów firmy TKB Trading, o których pisałam TUTAJ. Od razu pragnę zaznaczyć, że w kwestii kręcenia zielona jestem jak mój szczypiorek na wiosnę, więc zabierałam się do tego bardzo niezdarnie i bardzo nieprofesjonalnie. Moim drugim wrogiem była wrodzona niecierpliwość i chroniczna, chorobliwa wręcz niechęć do odmierzania (nie pytajcie mnie skąd się to wzięło, jest to problem głęboko zakorzeniony w moim dzieciństwie..... :>)

Tak czy siak postanowiłam, że:

a) spróbuję z tymi cieniami własną, linusiaczkową metodą (czyli tzw. brakiem metody lub metodą 'bez ładu i składu na wariackich papierach' :D)

b) podzielę się z Wami wynikami, żeby nie było, że każdy kto zaczyna od razu robi rzeczy właściwie, dobrze i jest zadowolony z efektów :D




Tak mniej więcej wyszło. Nietrudno chyba zauważyć w jakich kolorach i odcieniach gustuję, prawda? :D



Zależało mi na kolorach jasnych, ciepłych, matowych bądź satynowych, ale nie aż tak błyszczących jak same miki. Do zrobienia cieni użyłam specjalnej bazy matowej do kupienia na stronie TKB Trading. Baza składa się z dwutlenku tytanu, białej miki i stearynianu magnezu. Duża paka takiej miki kosztuje 3$, czyli ok. 10 zł. Ogólnie baza jest super, ale zozjaśnia ciemne cienie, więc nie każdemu podpasuje.

A tu jeszcze kilka swatchy:

Cienie na bazie Kobo.

Czy jestem zadowolona z mojej pierwszej, własnoręcznie zrobionej serii? I tak i nie. Tak bardzo bałam się, żeby nie zrobić za ciemnych, zbyt napigmentowanych cieni, że chyba dodałam za dużo bazy do za małej ilości pigmentu. W sumie jestem zadowolona, bo bardzo chciałam wreszcie stworzyć kolekcję cieni niemetalicznych i delikatnych, odpowiednich do makijażu dziennego i do pracy. Jednak konsystencja cieni pozostawia trochę do życzenia, cienie niechętnie się mieszają i są dość toporne w aplikacji. Jeśli użyję ich jednak jako cieni rozświetlających po łuk brwiowy albo na całą ruchomą powiekę, a do zagłębienbia powieki użyję jakiś normalnych cieni to efekt jest taki, jaki chciałam: delikatny, dzienny, nadający mi świeży, nieprzesadzony wygląd. Ogólnie jestem zadowolona, ale nie mogę powiedzieć, żebym pobiła jakością cienie Stili albo Urban Decay, jeszcze muszę poświczyć :D

A Wy? Kręcicie coś? Macie jakieś doświadczenia bądź zabawne historyjki do opowiedzenia?

Thursday, May 3, 2012

Ulubione palety CF

Uwaga, obecnie (czerwiec 2015) Stila i Almay znajdują sie na liście firm testujących na zwierzętach (Peta)!

Zdaję sobie sprawę, że mieszkam w Stanach i inne kosmetyki są dla mnie dostępne - zarówno cenowo (amerykańskie kosmetyki kosztują tu ułamek tego, co w Europie), jak i ogólnie pod względem tego, że są w regularnej sprzedaży na sklepowych półkach. Ta notka nie ma na celu narobienie Wam smaka na którąkolwiek z palet, tylko pokazanie, że firm produkujących kosmetyki bez cierpień zwierząt jest wciąż dużo i wiele z nich ma naprawdę fantastyczne kosmetyki.

Chciałabym dziś podzielić się z Wami miłością do moich 3 palet nietestowanych na zwierzętach i napisać dlaczego są moimi ulubionymi.

1. Stila Dream in Full

Stila Dream in full color palette

Ta paleta jest najnowszą w mojej kolekcji, kupioną (jakże by inaczej) na promocji. Jest to paleta ze świątecznej edycji limitowanej. Od początku urzekła mnie swoim projektem, ale nie byłam do końca przekonana z powodu wielkości cieni. Dlatego nie byłam pewna czy warto ją kupić i zdecydowałam się na taki pazerny krok po zobaczeniu prawie 50% przeceny ;)

Paleta zawiera:
- 29 kolorów cieni
- 6 róży i 1 bronzer
- oprócz tego w zestawie był także wodoodporny kajal (kredka do oczu) w czarnym kolorze.





Pokochałam tę paletę miłością odwzajemnioną. Kolory są piękne i nadają się do noszenia na co dzień, chociaż oczawiście możliwym jest wymalowanie czegoś na wieczór. Ładnie się ze sobą lączą, podobno łatwo je też dobrać z odpowiednim różem (trzeba iść po odpowiednich 'płatkach' palety). Malutkie cienie (trójkątne najbliżej środka) świetnie się nadają jako kolory eyelinera (można je używać na mokro).

Zestaw jest piękny i cieszy oko. W łazience wygląda jak małe dzieło sztuki. Cienie są świetnie napigmentowane, dają się dobrze rozetrzeć i ładnie ze sobą współpracują. Kolry błyszczące nie dają taniego efektu na oku, drobinki nie wędrują po twarzy. Jakość porównałabym chyba do cieni UD. Pozytywnie zaskoczyły mnie też róże - nie są bardzo mocno napigmentowane, dzięki czemu nadają policzkom delikatny zarumieniony wygląd, ale trudno jest zrobić sobie nimi krzywdę. Naprawdę pozytywnie mnie ta paleta zaskoczyła, polecam każdemu kto ma możliwość jej kupienia.



2. UD Naked



Tej palety nie muszę chyba nikomu przedstawiać ;) W moim posiadaniu jest już od poprzednich świąt Bożego Narodzenia, ale bardzo długo wstrzymywałam się z wydawaniem jednoznacznej opinii o niej.  Miałam co do niej mieszane uczucia. Przede wszytskim kupiłam ją, ponieważ łudziłam się że będzie to paleta idealnie nadająca się do makijażu do pracy. Jednak tu poważnie się rozczarowałam. Znaczna większość cieni w tej palecie jest cieniami z wykończeniem metalicznym lub błyszczącym i ja na przykład nie czuję się w takim błyszczącym makijażu w pracy komfortowo. Jednak muszę przyznać, że po kilkumiesięcznej przerwie ponownie odkryłam zalety tej palety. Nawet jeśli nie do pracy samej w sobie, na co dzień fantastycznie się nadaje. Kolory są piękne. Zresztą, same popatrzcie (większość z Was prawdopodobnie widziała zdjęcia tej palety pewnie już na wszystkich blogach ;):

Urban Decay Sin, Virgin, Naked, Sidecar


Urban Decay Sidecar, Buck, Half Baked, Smog, Darkhorse

Urban Decay Toasted, Hustle, Creep, Gunmetal

Oczywiście moją ulubioną częścią palety jest część lewa ;) Tak czy siak, przyznaję - ta paleta to też takie małe, kosmetyczne, dzieło sztuki.

3. Almay intense-i-color

Mój osobisty hit. Pokochałam tę paletę od jej kupienia, chociaż nie spodziewałam się po niej cudów.

Almay intense-i-color
Niestety paleta ta została wycofana ze sprzedaży :( Ubolewam nad tym strasznie, bo jest to jeden z moich naj naj najukochańszych kosmetyków. Za co darzę ją takim uczuciem? Nie wiem jak i nie wiem dlaczego, ale makijażu przy pomocy tej palety nie da się skopać. Po prostu się nie da. Raz dwa trzy, nalożyć, nieco rozetrzeć... i zawsze wygląda to tak samo dobrze i zawsze uwypukla mój kolor oczu. Poza tym makijaż trwa 3 minuty i wygląda perfekcyjnie. Naprawdę nie wiem jak to się dzieje (czary mary? ;) i wszystko jest na swoim miejscu. Poza tym kosmetyk był tani (ok 7$, nawet chyba nie), wydajny (używam już od 2 lat i końca nie widać), oczywiście nie testowany na zwierzakach, hipoalergiczny i po prostu niezawodny. Jak tu go nie kochać?

Oto moja trójca - moi absolutni faworyci. Nie są to jedyne palety jakie posiadam, ale te są paletami, które bez wahania kupiłabym jeszcze raz (z Almayem to w zasadzie zrobiłam, kupiłam jedną na zapas ;) Zachęcam was do szukania ulubionych kosmetyków wśród firm nietestujących na zwierzętach, w końcu one są, istnieją i wcale nie jest ich tak mało. 

Wednesday, February 29, 2012

Kolejne starcie nietestowanych na zwierzakach tuszy do rzęs

Dzisiaj kolejna notka o tuszach do rzęs - tym razem takie małe porównanie działania. Miały być zdjęcia efektu na oczach, niestety obecne światło mi to uniemożliwiło. Jeśli coś się zmieni z pogodą, to spróbuję nadrobić :)


Dziś w szranki stają tusze wysokopółkowe (Urban Dacay) z tuszami z drogerii (Catrice). Nie do końca wiem co powiedzieć o firmie POP Beauty, ponieważ cenę ma porównywalną z cenami Smashboxa, Stili czy Urban Decay, jednak mało o tej firmie wciąż wiem. Dla dokładniejszej analizy tusze używałam jakieś czas same, a jakiś czas naprzemiennie wszystkie 5, żeby móc porównać efekt na rzęsach. Dodatkowo do zabawy zaprosiłam kuzynkę, który ma zupełnie inne rzęsy ode mnie. Ja mam bardzo długie, mocne, ale potrzebujące pogrubienia, ona ma malusie, króciutkie, zdecydowanie wymagające sporego wydłużenia (inaczej ich nie widać).


Typowy już dla mnie element recenzji tuszu do rzęs, czyli porównanie szczoteczek. The Giant z Catrice oczywiście zainteresowała mnie szczotą. Przez ten wabik ją kupiłam. Tarte i drugi tusz Catrice mają dość podobne szczoteczki w kształcie, z tym że szczoteczka Tarte jest plastikowa i bardzo gęsta, lepiej radzi sobie z rozczesywaniem rzęs.


Na pierwszy rzut pójdzie tusz Tarte, a dokładnie jego dwie próbki, które pokazywałam w innej notce (klik). Dwie próbki kosztowały mnie 10$ (plus podatek), czyli tak mniej więcej 30zł (normalnie ceny jednego pełnowymiarowego tuszu to około 17-20$, czyli prawie 60 zł). Tusz nie jest tani, ale jest naprawdę fantastyczny. Szczoteczka z bardzo zbitym włosiem (plastikowym) jest zadziwiająca miękka, w niczym nie przypomina szczoteczki używanego przeze mnie Wonderlash Oriflame lub kiedyś używanego Masterpiece Max z MF (przypominam, Max Factor testuje na zwierzętach, w związku z czym ostatnim razem używałam go z 5 lat temu, ale już wtedy szału nie było). Generalnie plastikowe szczoteczki, które nie są odpowiednio gęste, co prawda rozczesują ładnie rzęsy, ale nie pokrywają ich wystarczającą ilością tuszu. Tarte robi to fantastycznie, przy tym nie ma mowy o posklejanych rzęsach z powodu gęstości włosia. Szczoteczka jest więc prawdziwym hitem.

Pokrycie rzęs jedną warstwą tuszu gwarantuje piękny, naturalny wygląd rzęs. Są podkreślone, pogrubione i wydłużone, a nawet podkręcone! Nie mają natomiast przerysowanego efektu. Taki efekt osiągnąć można nakładając 2, a nawet 3 warstwy tuszu. Rzęsy są bardzo mocno podkreślone, wciąż nieposklejane, podkręcone. Wersja niewodoodporna nie tworzy pod oczami efektu pandy, tylko jakby wypłukuje się z rzęs w kontakcie z wodą. Nie zauważyłam kruszenia się, nie ma także mowy o grudkach. Brak efektu owadzich nóg. Wersja wodoodporna całkiem dobrze się zmywa, tak więc i tu nie mam specjalnych zastrzeżeń. Naprawdę polecam, obecnie jest to jeden z moich tuszowych hitów.



Kolejny produkt to również liga wysokopółkowa (a przynajmniej wyższa półka). Normalna cena to około 17-20$ (co na warunki amerykańskie jest ceną jak Smashbox czy Benefit ( zarówno jeden, jak i drugi na 95% testowane na zwierzakach, więc osobiście już więcej nie tknę). Ja zakupiłam na stronie producenta podczas ogromnej wyprzedaży - 2 opakowania za 10$. Potem jednak coś mnie tknęło, żeby sprawdzić recenzje tuszu i niestety były one bardzo kiepskie. Trochę żałowałam, że dałam się skusić. Do czasu. Na początku nie używałam go za często, ponieważ zraziłam się po przeczytaniu tylu niepochlebnych recenzji. Zaczęłam więc używać go w niepogodę (bardzo wodoodporny, jeśli wodoodporność jest cechą stopniowalną :P) i po jakimś czasie zauważyłam, że tusz naprawdę nieźle sobie z moimi rzęsami radzi. Przede wszystkim, bardzo mocno je pogrubia. Zresztą, efekt na rzęsach możecie zobaczyć TU (bez użycia zalotki). Jak widać na zdjęciu, tusz nie podkręca rzęs i w sumie raczej ich nie wydłuża. Jednak zagęszczenie powoduje, że rzęsy są bardzo widoczne. Tusz ma bardzo gęstą, zbitą konsystencję. Ta obserwacja spowodowała, że przeczytałam jeszcze raz recenzje w internecie i dopiero wtedy zorientowałam się, że dotyczą one wersji niewodoodpornej, ponieważ wielokrotnie narzekano na jego bardzo wodnistą konsystencję. Tu konsystencja jest dokładną odwrotnością. Problemem jest szczoteczka - jest tradycyjna, ogromna i niełatwo się nią manewruje, zwłaszcza przy dolnej linii rzęs. Największą wadą tego tuszu jest trudność jego zmywania. Naprawdę, trzeba zmywać go 3 bardzo porządnymi środkami do demakijażu (po prawdzie przyznam się, że nie mam żadnego prawdziwego płynu dwufazowego, jednak z innymi tuszami wodoodpornymi moje normalne środki sobie radzą). Nie ma mowy o efekcie pandy, ale czasami może się coś skruszyć. Tragedii nie ma, ale efektu: wow, to są najlepsze rzęsy, jakie miałam!, też nie.

Ogólne podsumowanie: tusz jest dobry, jeden z najlepszych pod względem pogrubiania rzęs. Nie trzeba się martwić o deszcz czy łzy. Za taką cenę, w jakiej go kupiłam (5 dolców za sztukę) jest to tusz super i zdecydowanie kupiłabym go ponownie. Jednak za cenę 20$ chyba wolałabym tusz Tarte, POP Beauty albo Stili, względnie inny tusz Urban Decay. Być może zmienię zdanie po dłuższych testach, przede mną kolejne opakowanie.



Catrice The Giant to mój najnowszy (wypróbowany) nabytek w kategorii tusze dorzęs. Kupiłam, gdyż zafascynowała mnie szczoteczka. Poza tym tusz nie był wybitnie drogi (ok. 20 zł), no i był łatwo dostępny, ponieważ wystarczyło przejść się do Drogerii Natura. Kupiłam i... no cóż, zachwytów nie będzie, tusz wydaje mi się dość przeciętny. Na moich rzęsach efekt jest taki sobie - odrobinkę może i pogrubia, ale efekt jest dość lichy, wydłużać faktycznie nie wydłuża (ale nie miał, więc tu można mu darować), efekt jest 'taki o'. Jak wiele innych, niespecjalnie dobrych, tuszy. Przy 2 warstwach zaczyna się sklejanie, które nie bardzo mi się podoba. Nie jest też zbyt trwały w starciu z kropelką wody, zaczyna się mazać i wyglądać średnio elegancko. Konsystencja ok, szczoteczka za to bardzo nie poręczna.

Natomiast na obronę tuszu muszę powiedzieć, że poprosiłam także kuzynkę o przetestowanie go i stwierdziła, że jest to jeden z najlepszych tuszy, jakie miała. Pogrubia, wydłuża, dodaje objętości jej rzęsom. Z prawie niewidocznych rzęs robi prawdziwe firanki (no ale i tak po około 3 warstwach). Jest bardzo zainteresowana tym tuszem, dlatego też go ode mnie dostanie. Ja nie mam do niego nerwów.

Podsumowanie: bez zachwytów. Raczej nie kupię ponownie, bo nie widziałam efektu, o jaki mi chodzi. W zasadzie to w ogóle nie widziałam efektu. Natomiast, jak widać, są osoby, które mogą być  z niego bardzo zadowolone.


To inny tusz do rzęs, który ostatnio testowałam, Catrice Lashes to Kill. Muszę powiedzieć, że jestem pod dużym wrażeniem tego tuszu. Za całkiem przystępną cenę (także około 16 zł)  otrzymujemy sensowny produkt. Rzęsy są bardzo ładnie podkreślone. Trudno mi powiedzieć czy jest to efekt pogrubienia, podkreślenia czy podkręcenia, ale efekt jest dość spektakularny. Wydaje mi się, że po prostu robi wszystko po trochu: pogrubia, wydłuża i podkręca. Można nałożyć kilka warstw i efekt jest mocniejszy, nie ma jednak sklejenia jak w przypadku The Giant. (Efekt w sumie podobny do efektu tuszu POP Beauty, ale chyba więcej pogrubienia). Natomiast zauważyłam jedną dość powżną wadę tuszu - i jest to bardzo słaba odporność na wodę. Jednego dnia popłakałam się ze śmiechu podczas damskich pogaduszek i tusz zrobił mi naprawdę zawstydzające czarne ślady pod okiem, nawet mój mąż zwrócił mi uwagę, że 'popłynęłam'. Było to dość nieproporcjonalne do ilości wody, jedna łza i duży problem. Aż nie chcę myśleć co by się stało gdyby złapał mnie deszcz.

Podsumowanie: tusz jest naprawdę bardzo fajny, jednak gdybym miała kupić go jeszcze raz, to sięgnęłabym po wersję wodoodporną. W tej wersji może być niebezpieczny dla zdrowia ludzkiego (jakiś zawał wywołać czy coś ;)



Ostatnim tuszem, o którym już zresztą kiedyś pisałam, jest POP Beauty. Dostałam go ( a właściwie 2 sztuki) w prezencie . Tusz po kilku pierwszych użyciach zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Przede wszystkim gwarantuje niesamowite wręcz wydłużenie. Rzęsy miałam pod samymi brwiami, czegoś takiego nie widziałam jeszcze nigdy. Problem polega na tym, że mnie naprawdę przydało by się odrobinę pogrubienia. Tutaj więc tusz niedomaga (oczywiście jest to tusz wydłużający, nie pogrubiający, więc obietnice producenta są spełnione w 100%). Ponieważ z natury mam bardzo długie rzęsy, tusz ten sprawia, że są odrobinę śmieszne - za długie na taką grubość. Oczywiście efekt jest, oj jest, a z tuszem pogrubiającym to już w ogóle bajka.... jednak po licho kupować tusz w oryginalnej cenie 20 dolców jeśli potrzeba mi przy tym drugiego w takiej samej cenie? Na szczęście tusz nie robi mi owadzich nóżek (nudne to wyrażenie już, wyświechtane, od dziś może będę używać pajęczych udek? ;), więc tu ma u mnie dużego plusa. Nie zauważyłam spływania podczas niesprzyjających warunków - owszem, tusz trzymać się rzęs nie będzie, jednak nie rozmaże się w paskudny sposób. Co mnie jednak strasznie w nim denerwuje to szczoteczka. Wszystko fajnie, dobry kształt, poręczna, dobra do manewrowania, odpowiednia gęstość... i klops. Nie wiem czemu, ale na szczoteczce wciąż zbierają się (bądź doklejają) małe włoski. Nigdy mi się takie coś jeszcze nie zdarzyło i bardzo mi się to nie podoba, zwłaszcza że sam tusz jest naprawdę niezły A szczoteczka po prostu nie przystaje jakością do reszty (domyślam się, że te włoski odpadły po prostu od szczoteczki, po czym się na niej 'osiedliły'. Popatrzcie sami na zdjęcie:



Dla małego testu - porównania, poprosiłam kuzynkę o wypróbowanie. To, co ten tusz zrobił z jej rzęsami to czysta poezja. Cóz za firany! Dlatego zdecydowałam, że druga sztuka tuszu powędruje do niej - efekt na rzęsach naprawdę jest tego wart.

Tusz ma też prześliczne opakowanie, ale chwilowo nie dysponuję zdjęciem.


Z tuszy drogeryjnych, które zdążyłam już zakupić w Polsce, zostały mi jeszcze do przetestowania:
# Multi Action Smokey Eyes (miałam różową i byłam bardzo zadowolona),
# tusz Wibo (taki w fioletowym opakowaniu),
# tusz Kobo Soft Brown
Mam nadzieję, że wkrótce (pewnie za ok. 3 miesiące ;) dodam kolejną porcję mini recenzji.

To tyle dziś ode mnie. Sugestie, zażalenia, wnioski? ;)

Thursday, February 9, 2012

Rzęsy godne mordu?

Ostatnio jestem strasznie zastresowana i mam sporo zmartwień na głowie. Kiedy jestem bardzo zastresowana to, żeby przestać myśleć w kółko o jednym,  idę na zakupy. Duże zakupy i wydane pieniądze też mnie stresują, ale na szczęście jest to inny rodzaj stresu - stres od adrenaliny zakupowej ;)

Chciałam Wam tylko na szybko pokazać co aktualnie testuję w kategorii tusze do rzęs.

Ten konkretnie tusz do rzęs Catrice, Lashes To Kill, obił mi się o uszy kilka razy podczas śledzenia niemieckich YT-berek. Podobno ma być to tusz zadziwiająco dobry jak na kosmetyk tak tani. Jak na razie spisuje się u mnie dobrze i zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Nie wiem czy bym za niego zabiła, ale o tym chyba przekonamy się później ;)


Na przetestowanie wciąż czekają moje inne tusze. Ja się chyba nigdy nie nauczę, żeby kupować coś kosmetycznego dopiero jak skończy się ich poprzednik. Jak na razie muszę jednak powiedzieć, że choć przetestowałam już w życiu masę maskar, niektórych naprawdę fajnych, dających super efekt i w ogóle haj lajf i którym nie miałam nic do zarzucenia, chyba żadna nie powaliła mnie na kolana. żadna poza jedną starą maskarą bardzo mało znanej firmy, której nikt inny nie lubił, w związku z tym została szybko wycofana z obiegu. Akurat po tym jak zdołałam się w niej zakochać na zabój. Poza tym tuszem jednak żaden z prawdopodobnie ok. 20-30 przetestowanych nie wywołał u mnie efektu: wow, już teraz nie zamierzam szukać dalej, to jest to!

A Wy? Udało Wam się osiągnąć stan tuszowego zadowolenia czy zadowalacie się półśrodkami?

Wednesday, November 23, 2011

Urban Decay - moja miłość

Nawet nie wiecie jak się cieszę, że dziś wreszcie wyszło słońce! Przede wszystkim dlatego, że już od kilku dni noszę się z zamiarem pokazania Wam efektów długotrwałej wyprzedaży na oficjalnej stronie Urban Decay. Efekty te możecie podziwiać między innymi (ale nie wyłącznie :D) w formie mojej najnowsze paletki UD - Vegan palette. Dziś porobiłam tyle zdjęć, że chyba nic mi nie umknęło :)



Opakowanie jest prawdziwą gratką dla maniaczek kolorowych, artystycznych opakowań. Wiele osób twierdzi, że kupiło by paletkę dla jej samych walorów artystycznych ;)



Ta śliczna paletka przyszła w nieco większym opakowaniu, na którym widniały nazwy cieni oraz nazwa Urban Decay Prime Potion (Sin). W zestawie dołączona była też ich fenomentalna kredka do oczu 24/7 Glide-On.



Mam dla Was 2 zdjęcia w pełnym słońcu:





A tu zdjęcie na zewnątrz w naturalnym świetle, ale nie w pełnym słońcu:



I tu jeszcze zdjęcia swatchy:



Paletka jest obecnie do kupienia na stronie UD za 13$ (wow!). I jak tu jej nie kochać? :)

Dla wszystkich, którzy jeszcze tego nie zauważyli - Urban Decay jest jedną z moich najulubieńszych firm kosmetycznych wszechczasów. POMIMO tego, że znani są ze swoich intensywnych kolorów, artystycznych opakowań i dużej ilości błysku/metalicznych wykończeń, co w zasadzie nie jest moim stylem ;)

Friday, October 28, 2011

Nietestowane na zwierzętach tusze do rzęs - część druga

UWAGA: od maja 2012 roku firma Oriflame nie jest już firmą nietestującą na zwierzętach. 

No więc kontynuując dyskusję o tuszach, dzisiaj małe zestawienie. Nie recenzja, ale zestawienie. Przeglądałam moje dotychczasowe zbiory plus strony z recenzjami. Z moich obserwacji wynikają 2 wnioski:

1) recenzje i KWC w przypadku tego typu produktów nie są zbyt przydatne, ponieważ każda z nas ma nieco inne rzęsy i nieco inne oczekiwania dotyczące tuszu. Podsumowując - nie ma tuszu idealnego, więc każda z nas wychwala pod niebiosa coś, a wybacza tuszowi coś innego - co z kolei przeszkadza innej.

2) druga rzecz, którą zaobserwowałam to to, że tusz tuszem... ale oprócz tuszu ogromne znaczenie ma szczoteczka. Średniej jakości tusz można czasami uratować fajną szczoteczka, a tusz dobrej jakości skopać nieudaną szczotką.

Z moich własnych doświadczeń wynika, że dla osób, którym najbardziej zależy na niesklejaniu rzęs, najlepszymi tuszami do rzęs są takie z plastikową szczoteczką - podczas nakładania tuszu sama szczoteczka rozdziela rzęsy i nie ma mowy o ich sklejeniu (oczywiście przy 1-2 warstwie, a nie 4 ;) Z kolei taka szczoteczka nie jest zbyt polecana osobom, którym zależy na optycznym pogrubieniu rzęs - rzęsy bowiem wydają się ładnie rozdzielone i dłuższe, jednak niekoniecznie gęściejsze. Z tym jednak trzeba uważać, ponieważ objętość często mylona jest ze zwykłym zlepianiem rzęs - posklejane tuszem rzęsy wydają się, siłą rzeczy, gęściejsze.

No ale do rzeczy. W poście tym postanowiłam zestawić dostępne mi na razie szczoteczki do rzęs tuszy, których używałam w ostatnim czasie bądź używam obecnie. Na początku nie znosiłam plastikowych szczoteczek i tego efektu rozdzielenia, który dawały. Wydawało mi sie, że bardzo słabo podkreślają rzęsy, że sprawiają iż są jeszcze cieńsze i dłuższe ( w moim wypadku efekt niepożądany). Z czasem jednak bardzo je polubiłam, choć wciąż szukałam czegoś odrobinę innego.

Porównanie zajdziecie na zdjęciu poniżej:



Jak już wspominałam, najlepsze szczoteczki dla osób lubiących rozczesane, nieposklejane rzęsy to plastikowe szczoteczki. Wbrew temu, co się wydaje, maja one różne formy, wielkości i różne rodzaje plastikowych włosów (wypustek). Dla przykładu:

a) szczoteczka Jumbo Lash z Physicians Formula:





Gęsta, ale i bardzo duża. Ładnie rozdziela rzęsy i dodaje objętości, ale trudna do manewrowania. Nie jest nadzwyczajnie nastawiona na rozczesywanie rzęs podczas nakładania tuszu, właśnie żeby nie niweczyć efektu pogrubienia, ale jednocześnie nie sklejać rzęs. Ciekawe rozwiązanie.

b) Szczoteczka z PF Organic Wear (zdjęcie pochodzi z mojego starego bloga)



Mniejsza i łatwiejsza do manewrowania przy dolnej linii rzęs. Nie skleja rzęs, dobrze rozdziela, nawet przy wielu warstwach. Efekt pogrubienia niezbyt mocny, ale rzęsy są i tak ładnie podkreślone i mocno widoczne. Bardzo dobra dla osób szukających podkreślenia rzęs, może wydłużenia, ale których rzęsy nie są wybitnie cienkie. Jedna z najfajniejszych szczoteczek jakie dane mi bylo używać.

c) Szczoteczka plastikowa z Oriflame Wonderlash



Asymetryczna. Początkowo może sprawiać problemy, trzeba się nauczyć jak nią manewrować. W moim odczuciu mocno rozczesuje rzęsy, bardziej nadaje się do wydłużenia rzęs niż ich pogrubienia. Dobrze pokrywa niemal każdą rzęsę, przez co nadaje dobry efekt wydłużający. Kształt i rodzaj szczoteczki niemal uniemożliwia nabranie za dużej ilości tuszu i sklejanie rzęs.

Szczoteczki typowe, tradycyjne:

a) Szczoteczka Big Fatty z Urban Decay



Zdecydowanie najsłabsza strona tego tuszu. Szczota jest za duża i za gęsta, nabiera za dużą ilość tuszu i nakłada go nierównomiernie. Przez co może nadawać objętość, ale w bardzo nieelegancki, narzucający się sposób. Bardzo niewiele tego typu szczoteczek jest wartych polecenia. Trudna do manewrowania. Raczej do unikania.

b) Szczoteczka MA Essence



Tradycyjna, nie za duża i nie za gruba. Włosie gęste, ale akurat. Może sklejać rzęsy, ale przy odpowiednim nakładniu może też pokrywać rzęsy odpowiednią warstwą tuszu i nadawać im długości i objętości. Calkiem niezłe rozwiązanie jeśli chce się zatrzymać tradycyjną szczoteczkę. łatwa do manewrowania. Nie rozczesuje rzęs podzczas nakładania, tym samym konieczne może być ich rozczesanie później.


Rozwiązanie pomiędzy, moim zdaniem rozwiązanie optymalne dla osób szukających efektu pogrubienia i wydłużenia, ale nie nastawiającego się na konkretny cel - szczoteczka tuszu Tarte:



Coś pomiędzy szczoteczka plastikową, a tradycyjną. Mała, cienka, ale z bardzo krótkim i gęstym włosiem. Nie nakłada za wiele tuszu i rozdziela rzęsy, ale niekoniecznie niweluje efekt pogrubienia. Dociera do wielu miejsc jednocześnie, pogrubia. Nietrudna przy manewrowaniu, można dotrzeć do rzęs od samej nasady. Łatwo pokrywa dolną linię rzęs. Jak dotąd moja ulubiona.

Zauważcie, że nie piszę tu nic o samej konsystencji tuszy ani ich działaniu. Moja notka ma na celu zwrócenie Wam uwagi, że czasami można nieco skorygować działanie tuszu używając starej szczoteczki z tuszu innego (ja właśnie staram się używać mojego tuszu UD ze starą szczoteczką z Physician Formula i, moi zdaniem, tusz spisuje się znacznie lepiej niż z tą niezdatną do użytku szczotą).

A Wy co myślicie?

Thursday, October 27, 2011

Nietestowane na zwierzętach tusze do rzęs

Nie wiem czemu, ale przy przestawianiu się na nietestowane na zwierzętach kosmetyki, najwięcej obaw występuje zazwyczaj w obrębie dwóch kategorii: perfum oraz tuszy do rzęs. (Osobiście miałam też ogromnie dużo wątpliwości dotyczących płynu do demakijażu, ale ten problem został zażegnany błyskawicznie). Może dlatego, że najbardziej popularnymi w Polsce markami tuszu są Max Factor, Maybelline, L'Oreal czy Rimmel (chyba nie muszę dopowiadać, że wszystkie na zwierzętach testowane)? Nie wiem, jakoś nie miałam do nich nigdy nadzwyczajnego sentymentu tak czy siak. Tusze L'Oreala i Maybellina zawsze uważałam za wyjątkowe buble, Rimmel też nigdy mi nie podchodził. Jedyny problem miałam ze zrezygnowania z tuszy Max Factora, ale prawdę mówiąc jak nie chcą zmienić polityki względem testowania na zwierzętach, to ja do marki sentymentu nie mam.

Z tego wynika jednak jeden wniosek: trzeba się było rozejrzeć za alternatywami. Z pomocą przyszedł mi na początku Avon, ale i ten został ostatnio wrzucony na czarną listę Pety. Od czasu kiedy porzuciłam całkowicie testowane kosmetyki, zakupiłam mnóstwo tuszy celem wypróbowania. Wrzucam listę marek jakby kogoś interesowały potencjalne marki do wypróbowania. Przez ostatni rok z kawałkiem miałam w rękach:

a) niższa półka:
- Essence Multi Action (różowa) - z bardzo pozytywnymi odczuciami, za tę cenę maskara jest niebotyczna
- któraś z maskar MySecret - wrażenia co najmniej negatywne, nie polecam nie polecam nie polecam ;) Niestety nie pamiętam dokładnie który to był, ale mam wrażenie, że żadne z ich tuszy nie cieszą się nadzwyczajną popularnością
- do przetestowania pozostał tusz Wibo Extreme Lashes Volume

b) półka średnia:

- Almay Intense i-color (wrażenia sporo poniżej przeciętnej)
- Almay One Coat Nourishing Mascara (całkiem całkiem, nie ulubieniec, ale może użyłabym ponownie)
- NYX Doll Eye Mascara (muszę wypróbować jeszcze raz, ale zdecydowanie żywiłam do niej ciepłe uczucia)
- Wonderlash Oriflame (tusz jest fajny, ale zaczął u mnie przegrywać z tuszami Physicians Formula)
- Physicians Formula Organic Wear (przyjemna maskara z plastikową szczoteczką, zdążyłam kupić drugie opakowanie. Jedyna zauważona wada - lubi sobie szybciej wyschnąć)
- Physicians Formula Jumbo Lash Mascara (z moich obserwacji w sumie podobna do poprzedniczki, może faktycznie nadawała odrobinę więcej objętości)

Do przetestowania:
- Revlon Custom Eyes Mascara
- inna wersja Almay One Coat Nourishing Mascara Tripple Effect

No i teraz czas na wyższą półkę.

Jak dotąd jestem w fazie testowania:
- Tarte lights, camera, lashes!

Do przetestowania: Smashbox Hyperlash Mascara
oraz Stila Lash Visor Waterproof Mascara

oraz, mojego najnowszego zakupu:
Urban Decay Big Fatty Mascara




(Oczywiście firm produkujących tusze, będącymi firmami nietestującymi na zwierzętach jest więcej, jak choćby firma Hean, Bell, Catrice, Gosh, IsaDora, E.l.f. czy Clarins (i inne), ale jakoś nie dane mi było do tej pory przetestować. )

Ciekawi mnie jak wypadną w pojedynku Urban Decay, Stila, Smashbox i Tarte, wszystkie te firmy wydają się mieć ciekawe i dość luksusowe kosmetyki w ofercie (ja oczywiście wszystkie zgarnęłam na takiej czy innej promocji, a jakże), no ale zobaczymy. Jak na razie wśród moich kosmetycznych faworytów ciągle znajduje się Urban Decay, no ale po wypróbowaniu Stili zapałałam i do niej miłością odwzajemnioną.

Liczba przetestowanych przeze mnie tuszy wydaje się dość spora, cóż musze powiedzieć, że dla bardziej obiektywnej opinii lubię używać przynajmniej 2 tusze na zmianę co by móc porównywać efekt na bieżąco. Czasami jednak zdarza mi się wyrabiać sobie opinię dopiero po drugiej czy nawet trzeciej tubce tuszu. Chyba wciąż poszukuję absolutnego faworyta w tym względzie, ponadto zastanawia mnie w tym przypadku stosunek ceny do jakości. Czy taki tusz Essence za 3 czy 4$ jest naprawdę tak sporo gorszy od tuszu Smashboxa normalnie za 21$ czy Tarte w normalnej cenie 18$ (pomijając sytuacje gdzie można je kupić znacznie taniej). No w każdym razie jak wyrobię sobie porządna opinię to na pewno dam znać.

Tuesday, October 25, 2011

Tarte


Strona producenta: http://tartecosmetics.com/

Znacie firmę Tarte? Jest to jedna z tych firm, o których usłyszałam stosunkowo niedawno, łącznie z paroma innymi firmami, które są znane w USA, ale znacznie mniej za oceanem (przynajmniej z moich doświadczeń). Mnie oczywiście zainteresowali z powodu nietestowania na zwierzętach. Cenowo i jakościowo plasują się gdzieś w okolicach Urban Decay, Stili, Smashboxa, Too Faced i Cargo, ale mają nieco inne produkty i nieco inną estetykę. Są jednak firmą z gatunku droższych, w związku z tym zanim kupiłam cokolwiek pełnowymiarowego, postanowiłam rozejrzeć się za jakąś w miarę sensowną tańszą alternatywą.

Jako że jestem w fazie poszukiwań dobrego tuszu do rzęs (tuszu poszukuję zresztą od zawsze, wszystkie do tej pory przetestowane było ok. Niektóre lepsze, niektóre gorsze, niektóre nawet świetne, ale żadne nie były wow - żadne, poza jednym tuszem z firmy Faberlic, który dane mi było przetestować tylko raz, o którym mało kto słyszał i który został oczywiście wycofany ze sprzedaży. Od tego czasu szukam w tuszach tego niebiańskiego efektu firanek), mój wybór padł na kilka tuszy wysokopółkowych. Między innymi mozliwość przetestowania 2 próbek tuszy tej firmy - wodoodpornej i niewodoodpornej wersji.

Na razie nie mogę za wiele powiedzieć na temat tego tuszu, ponieważ dopiero zaczęłam go używać, ale... Co wpadło mi w oko to to, że faktycznie, efekt robi. Najbardziej zdziwiło mnie to, że podkręcił i wydłużył mi rzęsy bez zalotki - taki efekt widziałam na rzęsach chyba po raz pierwszy. Czy jednak zapewni mi taki efekt, o jaki mi chodziło to jeszcze nie wiem. Na pewno trzeba się tą szczoteczką nieźle namachać, ale im więcej machania, tym rzęsy ładniejsze (brak sklejania czy grudek), więc jak na razie narzekać nie mogę. Na pewno jak wykończę obie próbki to opiszę wrażenia. I na pewno moje pierwsze starcia z tuszem nie zniechęciły mnie do tej marki.

Wielkość: 2x 3ml. Cena: 10$

Saturday, October 22, 2011

NYXowy strzał w 10

O paletach "dziesiątkach" NYXa rozpisywano się już chyba na wszystkich blogach. Paletki są tanie, estetyczne, z ładnym lusterkiem, napigmentowanymi cieniami i ładnymi kolorami. Biorąc pod uwagę, że NYX ma ciągle jakieś promocje na ich kosmetyki i że ludzie specjalnie zamawiają ich kosmetyki z zagranicy, a ja mam je pod ręką na co dzień, postanowiłam spróbować. Mój wybór padł na Smokey Eyes i niestety, dla mnie nie był to najlepszy wybór - zwyczajnie dlatego, że takie kolory noszę niezmiernie rzadko i przez to niemal zraziłam się do całej palety. Aleeee.... czy noszę kolory czy nie to muszę firmie NYX oddać sprawiedliwość - wyprodukowali jedne z najlepszych palet dostępnych na rynku za 1/5 ceny typowej palety. Mogę narzekać na co chcę - te palety są obłędnej, niewiarygodnej jakości.

Zdjęcia w słońcu:



Z innej perspektywy:



I z jeszcze innej, tym razem robione w domu:




Jak łatwo zauwyżyć po zdjęciach, paletka zawiera zarówno wykończenia satynowe, jak i błyszczące. Jest to niesamowita zaleta, ponieważ każdy znajdzie w niej coś dla siebie.

Zdjęcia faktur:




Nie pozostaje mi nic innego jak wkleić zdjęcia swatchy i pokazać Wam obłędną pigmentację cieni:






Najśmieszniejsze z tego jest to, że paletę można posądzić o to, że zawiera kilka identycznych kolorów. Oczywiście kolory idą w tę samą tonację kolorystyczną, ale są inne! Niektóre bardziej ciepłe, niektóre z dodatkiem innego koloru, inne są też wykończenia. Dla osób nie noszących Smokey Eye (jak ja), kolory są idealne do zaznaczania zagłębienia powieki oraz zewnętrznego "V".



Opakowanie: Płaskie, lekkie, dość poręczne, nie otwiera się samo z siebie (zamknięcie solidne). W środku duże lusterko ułatwiające nakładanie cieni. Estetyka opakowania znośna, acz nie wykwintna, no ale nie wymagajmy za wiele - wszak liczy się co w środku, a nie co na zewnątrz, prawda?

Wielkość: cienie są duże i wydajne, nie, jak w przypadku innych palet, mikroskopijnej wielkości. Jest to 10 pełnowymiarowych cieni.

Cena: taka, że skarpetki opadają ;) W USA do dostania w cenie regularnej (10$ = 30zł) oraz promocyjnej (często) 2 za 10$.

Pigmentacja: nic do zarzucenia, pigmentacja jest niesamowita - i to wszystkich cieni jednakowo. Nie zależy od tego czy jest to cień satynowy czy błyszczący.

Konsystencja: cienie są mięciutkie i przyjemne w nakładaniu, płyną po powiece, cudowne do rozcierania i nakładania z innymi cieniami.

Kolory: wspaniale dobrane, świetnie ze sobą współgrają, ładne niebanalne odcienie. Miodzio!

Ocena ogólna: 10/10. Must have. Jeśli macie możliwość jej zakupienia, nie wahajcie się.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...