Showing posts with label Almay. Show all posts
Showing posts with label Almay. Show all posts

Thursday, May 3, 2012

Ulubione palety CF

Uwaga, obecnie (czerwiec 2015) Stila i Almay znajdują sie na liście firm testujących na zwierzętach (Peta)!

Zdaję sobie sprawę, że mieszkam w Stanach i inne kosmetyki są dla mnie dostępne - zarówno cenowo (amerykańskie kosmetyki kosztują tu ułamek tego, co w Europie), jak i ogólnie pod względem tego, że są w regularnej sprzedaży na sklepowych półkach. Ta notka nie ma na celu narobienie Wam smaka na którąkolwiek z palet, tylko pokazanie, że firm produkujących kosmetyki bez cierpień zwierząt jest wciąż dużo i wiele z nich ma naprawdę fantastyczne kosmetyki.

Chciałabym dziś podzielić się z Wami miłością do moich 3 palet nietestowanych na zwierzętach i napisać dlaczego są moimi ulubionymi.

1. Stila Dream in Full

Stila Dream in full color palette

Ta paleta jest najnowszą w mojej kolekcji, kupioną (jakże by inaczej) na promocji. Jest to paleta ze świątecznej edycji limitowanej. Od początku urzekła mnie swoim projektem, ale nie byłam do końca przekonana z powodu wielkości cieni. Dlatego nie byłam pewna czy warto ją kupić i zdecydowałam się na taki pazerny krok po zobaczeniu prawie 50% przeceny ;)

Paleta zawiera:
- 29 kolorów cieni
- 6 róży i 1 bronzer
- oprócz tego w zestawie był także wodoodporny kajal (kredka do oczu) w czarnym kolorze.





Pokochałam tę paletę miłością odwzajemnioną. Kolory są piękne i nadają się do noszenia na co dzień, chociaż oczawiście możliwym jest wymalowanie czegoś na wieczór. Ładnie się ze sobą lączą, podobno łatwo je też dobrać z odpowiednim różem (trzeba iść po odpowiednich 'płatkach' palety). Malutkie cienie (trójkątne najbliżej środka) świetnie się nadają jako kolory eyelinera (można je używać na mokro).

Zestaw jest piękny i cieszy oko. W łazience wygląda jak małe dzieło sztuki. Cienie są świetnie napigmentowane, dają się dobrze rozetrzeć i ładnie ze sobą współpracują. Kolry błyszczące nie dają taniego efektu na oku, drobinki nie wędrują po twarzy. Jakość porównałabym chyba do cieni UD. Pozytywnie zaskoczyły mnie też róże - nie są bardzo mocno napigmentowane, dzięki czemu nadają policzkom delikatny zarumieniony wygląd, ale trudno jest zrobić sobie nimi krzywdę. Naprawdę pozytywnie mnie ta paleta zaskoczyła, polecam każdemu kto ma możliwość jej kupienia.



2. UD Naked



Tej palety nie muszę chyba nikomu przedstawiać ;) W moim posiadaniu jest już od poprzednich świąt Bożego Narodzenia, ale bardzo długo wstrzymywałam się z wydawaniem jednoznacznej opinii o niej.  Miałam co do niej mieszane uczucia. Przede wszytskim kupiłam ją, ponieważ łudziłam się że będzie to paleta idealnie nadająca się do makijażu do pracy. Jednak tu poważnie się rozczarowałam. Znaczna większość cieni w tej palecie jest cieniami z wykończeniem metalicznym lub błyszczącym i ja na przykład nie czuję się w takim błyszczącym makijażu w pracy komfortowo. Jednak muszę przyznać, że po kilkumiesięcznej przerwie ponownie odkryłam zalety tej palety. Nawet jeśli nie do pracy samej w sobie, na co dzień fantastycznie się nadaje. Kolory są piękne. Zresztą, same popatrzcie (większość z Was prawdopodobnie widziała zdjęcia tej palety pewnie już na wszystkich blogach ;):

Urban Decay Sin, Virgin, Naked, Sidecar


Urban Decay Sidecar, Buck, Half Baked, Smog, Darkhorse

Urban Decay Toasted, Hustle, Creep, Gunmetal

Oczywiście moją ulubioną częścią palety jest część lewa ;) Tak czy siak, przyznaję - ta paleta to też takie małe, kosmetyczne, dzieło sztuki.

3. Almay intense-i-color

Mój osobisty hit. Pokochałam tę paletę od jej kupienia, chociaż nie spodziewałam się po niej cudów.

Almay intense-i-color
Niestety paleta ta została wycofana ze sprzedaży :( Ubolewam nad tym strasznie, bo jest to jeden z moich naj naj najukochańszych kosmetyków. Za co darzę ją takim uczuciem? Nie wiem jak i nie wiem dlaczego, ale makijażu przy pomocy tej palety nie da się skopać. Po prostu się nie da. Raz dwa trzy, nalożyć, nieco rozetrzeć... i zawsze wygląda to tak samo dobrze i zawsze uwypukla mój kolor oczu. Poza tym makijaż trwa 3 minuty i wygląda perfekcyjnie. Naprawdę nie wiem jak to się dzieje (czary mary? ;) i wszystko jest na swoim miejscu. Poza tym kosmetyk był tani (ok 7$, nawet chyba nie), wydajny (używam już od 2 lat i końca nie widać), oczywiście nie testowany na zwierzakach, hipoalergiczny i po prostu niezawodny. Jak tu go nie kochać?

Oto moja trójca - moi absolutni faworyci. Nie są to jedyne palety jakie posiadam, ale te są paletami, które bez wahania kupiłabym jeszcze raz (z Almayem to w zasadzie zrobiłam, kupiłam jedną na zapas ;) Zachęcam was do szukania ulubionych kosmetyków wśród firm nietestujących na zwierzętach, w końcu one są, istnieją i wcale nie jest ich tak mało. 

Monday, January 16, 2012

Przegląd nietestowanych na zwierzętach /naturalnch dezodorantów

Copyright (c) http://www.123rf.com 123RF Stock Photos

Z napisaniem tej notki nosiłam się już od dłuższego czasu, ale jakoś nigdy nie udało mi się jej sklecić w całość. Być może po prostu słowa nie chciały się w nią ułożyć. Dzsiaj będzie nieco dłużej niż zazwyczaj. Niedobra wiadość z Polski sprowokowała mnie do pewnych myśli i do pewnych zmian, ale o tym później. Tylko teraz tak myślę, że zdrowie jednak jest zawsze najważniejsze i nigdy nie sięgnę po chemiczny drogeryjny dezodorant. Tak po prostu, żeby nie wywoływać wilka z lasu. Po co kusić los? Naturalne dezodoranty zdecydowanie nie są tanie. To prawda, ale...  Kiedyś w pewnej książce przeczytałam, że autorka nie może się nadziwić na czym ludzie oszczędzają: na jedzeniu i na zdrowiu. A potem te same osoby wydają kupę pieniędzy na drogie leczenia i kuracje. Utkwiło mi to w pamięci. Dlatego dziś prezentuję Wam całą gamę przeróżnych opcji "dezodorantowych".

U mnie zainteresowanie naturalnymi kosmetykami pojawiło się z momentem zainteresowania się nietestowanymi na zwierzakach kosmetykami. Wiadomo, dezodoranty drogeryjne zazwyczaj są testowane na zwierzętach, pomijając fakt, że nigdy za nimi nie przepadałam.

Pierwszy dezodorant, z którym miałam do czynienia to produkt firmy Dr. Nona. Jest to produkt niesamowicie drogi i bardzo luksusowy, nie jest także zbyt łatwo dostępny. Cena w Stanach waha się między 14, a 40 dolarami (!!), co jest nie do pomyślenia, ale niestety jest faktem. Jest to jeden z najlepszych dezodorantów naturalnych, jakich dane mi było używać. Dezodorant był niesamowicie wydajny, ładnie pachniał, bardzo dobrze działał, nie podrażniał, nie zostawiał dziwnych plam na ubraniu. Bardzo chętnie bym do niego wróciła, jednak dowiedziałam się, że w składzie ma PEGi i aluminium, postanowiłam więc poszukać godnego zamiennika.

Niestety mój wybór padł na dezodorant w sztyfcie. Osobiście do firmy Kiss My Face nic nie mam, jest to fajna, całkiem niedroga firma z dobrymi składami, do tego cruelty-free i w Stanach ogólniedostępna w zwykłych sklepach. Niestety ich dezodorant, pomimo świetnego składu, nie jest dobrym pomysłem na jeśli szykujemy się na wyjście. I nie mam tu na myśli wielkiego wyjścia, tylko w ogóle wyjścia z domu :> Pod koniec dnia w ogóle nie eliminuje zapachu potu, nawet jeśli dobrodusznie się poświęcimy w imię natury i na wszelki wypadek zostaniemy w domu ;) O wysiłku fizycznym nawet nie wspomnę. Ma dziwną konsystencję, taką jakby gumową, przez co nie jest najprzyjemniejszy w aplikacji, a i pod pachami zostawia przedziwną, klejącą się warstewkę. Używam obecnie tylko podczas weekendów, kiedy siedzę w domu (na kanapie). Dezodorant jest bezpieczny i nieszkodliwy dlatego jeśli nie zależy mi na profesjonalnym wyglądzie i zachowaniu to często po niego sięgam, niestety nie nadaje się na większe wyjścia ani nawet na codzienne boje w moim nudnym życiu.

Nie nauczywszy się niczego z mojego poprzedniego doświadczenia, postanowiłam wypróbować dezodorant Tom's of Maine.
Zdjęcie pochodzi ze strony www.meijer.com

Na tym etapie poszukiwań byłam już nieco zniesmaczona. Kto interesuje się nietestowanymi na zwierzętach kosmetykami wie, że firma Tom's of Maine, o ile ponoć na zwierzętach nietestująca i nawet na liście Pety, to niestety została wykupiona przez L'Orela, a takich firm staram się unikać. Przy dezodorantach jednak byłam w stanie zrobić wyjątek z uwagi na problem w znalezieniu czegoś odpowiedniego. No ale i ten sztyft niestety nie sprawdził się. Próbowałam przekonać też do niego męża, próbowałam sama go używać; opcja bezzapachowa tylko pogarszała sprawę. Moim zdaniem nie jest wart polecenia, chyba że do używania w podobnych sytuacjach jak Kiss My Face. 

Nieco zdesperowana sięgnęłam po wyrób drogeryjny. 


Jak część z Was być może wie, firma Almay jest podobno gałęzią Revlona. Obie nie testują swoich produktów na zwierzętach i obie znajdująa się na liście Pety. Nie jest to jednak firma naturalna, stąd piszę i moim zrezygnowaniu. Chciałam zobaczyć czy może ten dezodorant coś (więcej) da. 
Bubel nad bublami i totalny bubel ;) Kompletnie mi nie podeszła konsystencja żelu, czułam się brudna, produkt nie chroni przed niczym i do niczego się nie nadaje. Wylądował w koszu.


Po ciężkich bojach wreszcie trafiłam na dezodorant Alvery. Z Alverą niestety problem jest taki, że a) nie mam 100% pewności o jej nietestowaniu na zwierzętach, baaardzo ciężko jest znaleźć jakiekolwiek informacje o tej firmie w internecie b) ciężko ją dostać. Występuje tylko w niektórych sklepikach eko. Kolejny problem z Alverąa jest taki, że ich bezzapachowa wersja dezodorantu podoba mi się znacznie mniej niż wersja zapachowa. Jednakże ich dezodorant migdałowy jest super, naprawdę super. W zasadzie nie miałam do niego zastrzeżeń, poza samą końcówką opakowania, kiedy to miałam wrażenie, że przestał na mnie tak dobrze działać. Jak dla mnie produkt wart polecenia. Cena także przystępna, przy typowej dla tego typu produktów cenie rzędu 12-14$ , 5 $ które musielibyżmy wydać na ten produkt jest jak najbardziej w porządku.


Kolejny zakup był pomyłką, efektem próby dobrania jakiegoś sensownego produktu mężowi. Mężowi
produkt nie podszedł, dla mnie jest to dezodorant bez wyrazu. Ani dobry ani zły, w jego naturalność jakoś nie wierzę, no ale łudzę się że lepsze to niż drogeryjne cuś. Zbyt długo nie poużywałam to i niezbyt wiele mam do powiedzenia - ot, dezododorant. Na pewno nie ma efektu 24godzinnego i na pewno nie sprawia, że skóra jest sucha. Nie zachwycił mnie zapach ( w zasadzie jego brak) ani wodnista konsystencja.

 

O dezodorancie Aubrey Organics pisałam już wcześniej. Tani to on nie był, ale przynajmniej spełnia swoje zadanie - ładnie pachnie, niweluje brzydki zapach potu, nie klei się. Ma fajny naturalny skład, jest deliktny  i jest wydajny. Niestety potrafi zostawić plamę na ubraniu. Ogólnie lubię i używam codziennie, chociaż wciąż jestem w fazie testów.

Moim ostatnim eksperymentem był dezodorant w krysztale. Jest to chyba jedna z najbardziej naturalnych wersji dezodorantu, jakie można sobie wyobrazić. Nie zostawia plam na ubraniu ani się nie klei. Nie jest to antyperspirant, ale faktycznie niweluje zapach potu. Też jestem ciągle w fazie testów, ale bardzo podoba mi się idea takiego produktu i z chęcią przy niej zostanę.





Jak zapewne zauważyliście, długa droga dezodorantowa za mną, a jeszcze dłuższa przede mną. Czy gra była warta świeczki? Tak myślę. Zdrowie jest jednak najważniejsze i uważam, że używanie dziwnych substancji na naszym ciele nie jest warte ryzyka. Czy wierzę, że parabeny czy inne PEGi powodują różne schorzenia? Tego nie wiem, od pewnego czasu jednak wiem, że nie jestemk chętna ryzykować. Dezodorant jest na tyle ważnym produktem higienicznym, codziennie używanym i to nierzadko na podrażnioną goleniem skórę, że nie wyobrażam już sobie wrócić do zwykłych drogeryjnych firm. Nadal będę jednak poszukiwać swojego kosmetyku wszechszasów w tej kategorii i nadal będę zdawać z poszukiwań relację :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...