Showing posts with label tusze do rzęs. Show all posts
Showing posts with label tusze do rzęs. Show all posts

Wednesday, February 29, 2012

Kolejne starcie nietestowanych na zwierzakach tuszy do rzęs

Dzisiaj kolejna notka o tuszach do rzęs - tym razem takie małe porównanie działania. Miały być zdjęcia efektu na oczach, niestety obecne światło mi to uniemożliwiło. Jeśli coś się zmieni z pogodą, to spróbuję nadrobić :)


Dziś w szranki stają tusze wysokopółkowe (Urban Dacay) z tuszami z drogerii (Catrice). Nie do końca wiem co powiedzieć o firmie POP Beauty, ponieważ cenę ma porównywalną z cenami Smashboxa, Stili czy Urban Decay, jednak mało o tej firmie wciąż wiem. Dla dokładniejszej analizy tusze używałam jakieś czas same, a jakiś czas naprzemiennie wszystkie 5, żeby móc porównać efekt na rzęsach. Dodatkowo do zabawy zaprosiłam kuzynkę, który ma zupełnie inne rzęsy ode mnie. Ja mam bardzo długie, mocne, ale potrzebujące pogrubienia, ona ma malusie, króciutkie, zdecydowanie wymagające sporego wydłużenia (inaczej ich nie widać).


Typowy już dla mnie element recenzji tuszu do rzęs, czyli porównanie szczoteczek. The Giant z Catrice oczywiście zainteresowała mnie szczotą. Przez ten wabik ją kupiłam. Tarte i drugi tusz Catrice mają dość podobne szczoteczki w kształcie, z tym że szczoteczka Tarte jest plastikowa i bardzo gęsta, lepiej radzi sobie z rozczesywaniem rzęs.


Na pierwszy rzut pójdzie tusz Tarte, a dokładnie jego dwie próbki, które pokazywałam w innej notce (klik). Dwie próbki kosztowały mnie 10$ (plus podatek), czyli tak mniej więcej 30zł (normalnie ceny jednego pełnowymiarowego tuszu to około 17-20$, czyli prawie 60 zł). Tusz nie jest tani, ale jest naprawdę fantastyczny. Szczoteczka z bardzo zbitym włosiem (plastikowym) jest zadziwiająca miękka, w niczym nie przypomina szczoteczki używanego przeze mnie Wonderlash Oriflame lub kiedyś używanego Masterpiece Max z MF (przypominam, Max Factor testuje na zwierzętach, w związku z czym ostatnim razem używałam go z 5 lat temu, ale już wtedy szału nie było). Generalnie plastikowe szczoteczki, które nie są odpowiednio gęste, co prawda rozczesują ładnie rzęsy, ale nie pokrywają ich wystarczającą ilością tuszu. Tarte robi to fantastycznie, przy tym nie ma mowy o posklejanych rzęsach z powodu gęstości włosia. Szczoteczka jest więc prawdziwym hitem.

Pokrycie rzęs jedną warstwą tuszu gwarantuje piękny, naturalny wygląd rzęs. Są podkreślone, pogrubione i wydłużone, a nawet podkręcone! Nie mają natomiast przerysowanego efektu. Taki efekt osiągnąć można nakładając 2, a nawet 3 warstwy tuszu. Rzęsy są bardzo mocno podkreślone, wciąż nieposklejane, podkręcone. Wersja niewodoodporna nie tworzy pod oczami efektu pandy, tylko jakby wypłukuje się z rzęs w kontakcie z wodą. Nie zauważyłam kruszenia się, nie ma także mowy o grudkach. Brak efektu owadzich nóg. Wersja wodoodporna całkiem dobrze się zmywa, tak więc i tu nie mam specjalnych zastrzeżeń. Naprawdę polecam, obecnie jest to jeden z moich tuszowych hitów.



Kolejny produkt to również liga wysokopółkowa (a przynajmniej wyższa półka). Normalna cena to około 17-20$ (co na warunki amerykańskie jest ceną jak Smashbox czy Benefit ( zarówno jeden, jak i drugi na 95% testowane na zwierzakach, więc osobiście już więcej nie tknę). Ja zakupiłam na stronie producenta podczas ogromnej wyprzedaży - 2 opakowania za 10$. Potem jednak coś mnie tknęło, żeby sprawdzić recenzje tuszu i niestety były one bardzo kiepskie. Trochę żałowałam, że dałam się skusić. Do czasu. Na początku nie używałam go za często, ponieważ zraziłam się po przeczytaniu tylu niepochlebnych recenzji. Zaczęłam więc używać go w niepogodę (bardzo wodoodporny, jeśli wodoodporność jest cechą stopniowalną :P) i po jakimś czasie zauważyłam, że tusz naprawdę nieźle sobie z moimi rzęsami radzi. Przede wszystkim, bardzo mocno je pogrubia. Zresztą, efekt na rzęsach możecie zobaczyć TU (bez użycia zalotki). Jak widać na zdjęciu, tusz nie podkręca rzęs i w sumie raczej ich nie wydłuża. Jednak zagęszczenie powoduje, że rzęsy są bardzo widoczne. Tusz ma bardzo gęstą, zbitą konsystencję. Ta obserwacja spowodowała, że przeczytałam jeszcze raz recenzje w internecie i dopiero wtedy zorientowałam się, że dotyczą one wersji niewodoodpornej, ponieważ wielokrotnie narzekano na jego bardzo wodnistą konsystencję. Tu konsystencja jest dokładną odwrotnością. Problemem jest szczoteczka - jest tradycyjna, ogromna i niełatwo się nią manewruje, zwłaszcza przy dolnej linii rzęs. Największą wadą tego tuszu jest trudność jego zmywania. Naprawdę, trzeba zmywać go 3 bardzo porządnymi środkami do demakijażu (po prawdzie przyznam się, że nie mam żadnego prawdziwego płynu dwufazowego, jednak z innymi tuszami wodoodpornymi moje normalne środki sobie radzą). Nie ma mowy o efekcie pandy, ale czasami może się coś skruszyć. Tragedii nie ma, ale efektu: wow, to są najlepsze rzęsy, jakie miałam!, też nie.

Ogólne podsumowanie: tusz jest dobry, jeden z najlepszych pod względem pogrubiania rzęs. Nie trzeba się martwić o deszcz czy łzy. Za taką cenę, w jakiej go kupiłam (5 dolców za sztukę) jest to tusz super i zdecydowanie kupiłabym go ponownie. Jednak za cenę 20$ chyba wolałabym tusz Tarte, POP Beauty albo Stili, względnie inny tusz Urban Decay. Być może zmienię zdanie po dłuższych testach, przede mną kolejne opakowanie.



Catrice The Giant to mój najnowszy (wypróbowany) nabytek w kategorii tusze dorzęs. Kupiłam, gdyż zafascynowała mnie szczoteczka. Poza tym tusz nie był wybitnie drogi (ok. 20 zł), no i był łatwo dostępny, ponieważ wystarczyło przejść się do Drogerii Natura. Kupiłam i... no cóż, zachwytów nie będzie, tusz wydaje mi się dość przeciętny. Na moich rzęsach efekt jest taki sobie - odrobinkę może i pogrubia, ale efekt jest dość lichy, wydłużać faktycznie nie wydłuża (ale nie miał, więc tu można mu darować), efekt jest 'taki o'. Jak wiele innych, niespecjalnie dobrych, tuszy. Przy 2 warstwach zaczyna się sklejanie, które nie bardzo mi się podoba. Nie jest też zbyt trwały w starciu z kropelką wody, zaczyna się mazać i wyglądać średnio elegancko. Konsystencja ok, szczoteczka za to bardzo nie poręczna.

Natomiast na obronę tuszu muszę powiedzieć, że poprosiłam także kuzynkę o przetestowanie go i stwierdziła, że jest to jeden z najlepszych tuszy, jakie miała. Pogrubia, wydłuża, dodaje objętości jej rzęsom. Z prawie niewidocznych rzęs robi prawdziwe firanki (no ale i tak po około 3 warstwach). Jest bardzo zainteresowana tym tuszem, dlatego też go ode mnie dostanie. Ja nie mam do niego nerwów.

Podsumowanie: bez zachwytów. Raczej nie kupię ponownie, bo nie widziałam efektu, o jaki mi chodzi. W zasadzie to w ogóle nie widziałam efektu. Natomiast, jak widać, są osoby, które mogą być  z niego bardzo zadowolone.


To inny tusz do rzęs, który ostatnio testowałam, Catrice Lashes to Kill. Muszę powiedzieć, że jestem pod dużym wrażeniem tego tuszu. Za całkiem przystępną cenę (także około 16 zł)  otrzymujemy sensowny produkt. Rzęsy są bardzo ładnie podkreślone. Trudno mi powiedzieć czy jest to efekt pogrubienia, podkreślenia czy podkręcenia, ale efekt jest dość spektakularny. Wydaje mi się, że po prostu robi wszystko po trochu: pogrubia, wydłuża i podkręca. Można nałożyć kilka warstw i efekt jest mocniejszy, nie ma jednak sklejenia jak w przypadku The Giant. (Efekt w sumie podobny do efektu tuszu POP Beauty, ale chyba więcej pogrubienia). Natomiast zauważyłam jedną dość powżną wadę tuszu - i jest to bardzo słaba odporność na wodę. Jednego dnia popłakałam się ze śmiechu podczas damskich pogaduszek i tusz zrobił mi naprawdę zawstydzające czarne ślady pod okiem, nawet mój mąż zwrócił mi uwagę, że 'popłynęłam'. Było to dość nieproporcjonalne do ilości wody, jedna łza i duży problem. Aż nie chcę myśleć co by się stało gdyby złapał mnie deszcz.

Podsumowanie: tusz jest naprawdę bardzo fajny, jednak gdybym miała kupić go jeszcze raz, to sięgnęłabym po wersję wodoodporną. W tej wersji może być niebezpieczny dla zdrowia ludzkiego (jakiś zawał wywołać czy coś ;)



Ostatnim tuszem, o którym już zresztą kiedyś pisałam, jest POP Beauty. Dostałam go ( a właściwie 2 sztuki) w prezencie . Tusz po kilku pierwszych użyciach zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Przede wszystkim gwarantuje niesamowite wręcz wydłużenie. Rzęsy miałam pod samymi brwiami, czegoś takiego nie widziałam jeszcze nigdy. Problem polega na tym, że mnie naprawdę przydało by się odrobinę pogrubienia. Tutaj więc tusz niedomaga (oczywiście jest to tusz wydłużający, nie pogrubiający, więc obietnice producenta są spełnione w 100%). Ponieważ z natury mam bardzo długie rzęsy, tusz ten sprawia, że są odrobinę śmieszne - za długie na taką grubość. Oczywiście efekt jest, oj jest, a z tuszem pogrubiającym to już w ogóle bajka.... jednak po licho kupować tusz w oryginalnej cenie 20 dolców jeśli potrzeba mi przy tym drugiego w takiej samej cenie? Na szczęście tusz nie robi mi owadzich nóżek (nudne to wyrażenie już, wyświechtane, od dziś może będę używać pajęczych udek? ;), więc tu ma u mnie dużego plusa. Nie zauważyłam spływania podczas niesprzyjających warunków - owszem, tusz trzymać się rzęs nie będzie, jednak nie rozmaże się w paskudny sposób. Co mnie jednak strasznie w nim denerwuje to szczoteczka. Wszystko fajnie, dobry kształt, poręczna, dobra do manewrowania, odpowiednia gęstość... i klops. Nie wiem czemu, ale na szczoteczce wciąż zbierają się (bądź doklejają) małe włoski. Nigdy mi się takie coś jeszcze nie zdarzyło i bardzo mi się to nie podoba, zwłaszcza że sam tusz jest naprawdę niezły A szczoteczka po prostu nie przystaje jakością do reszty (domyślam się, że te włoski odpadły po prostu od szczoteczki, po czym się na niej 'osiedliły'. Popatrzcie sami na zdjęcie:



Dla małego testu - porównania, poprosiłam kuzynkę o wypróbowanie. To, co ten tusz zrobił z jej rzęsami to czysta poezja. Cóz za firany! Dlatego zdecydowałam, że druga sztuka tuszu powędruje do niej - efekt na rzęsach naprawdę jest tego wart.

Tusz ma też prześliczne opakowanie, ale chwilowo nie dysponuję zdjęciem.


Z tuszy drogeryjnych, które zdążyłam już zakupić w Polsce, zostały mi jeszcze do przetestowania:
# Multi Action Smokey Eyes (miałam różową i byłam bardzo zadowolona),
# tusz Wibo (taki w fioletowym opakowaniu),
# tusz Kobo Soft Brown
Mam nadzieję, że wkrótce (pewnie za ok. 3 miesiące ;) dodam kolejną porcję mini recenzji.

To tyle dziś ode mnie. Sugestie, zażalenia, wnioski? ;)

Thursday, February 9, 2012

Rzęsy godne mordu?

Ostatnio jestem strasznie zastresowana i mam sporo zmartwień na głowie. Kiedy jestem bardzo zastresowana to, żeby przestać myśleć w kółko o jednym,  idę na zakupy. Duże zakupy i wydane pieniądze też mnie stresują, ale na szczęście jest to inny rodzaj stresu - stres od adrenaliny zakupowej ;)

Chciałam Wam tylko na szybko pokazać co aktualnie testuję w kategorii tusze do rzęs.

Ten konkretnie tusz do rzęs Catrice, Lashes To Kill, obił mi się o uszy kilka razy podczas śledzenia niemieckich YT-berek. Podobno ma być to tusz zadziwiająco dobry jak na kosmetyk tak tani. Jak na razie spisuje się u mnie dobrze i zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Nie wiem czy bym za niego zabiła, ale o tym chyba przekonamy się później ;)


Na przetestowanie wciąż czekają moje inne tusze. Ja się chyba nigdy nie nauczę, żeby kupować coś kosmetycznego dopiero jak skończy się ich poprzednik. Jak na razie muszę jednak powiedzieć, że choć przetestowałam już w życiu masę maskar, niektórych naprawdę fajnych, dających super efekt i w ogóle haj lajf i którym nie miałam nic do zarzucenia, chyba żadna nie powaliła mnie na kolana. żadna poza jedną starą maskarą bardzo mało znanej firmy, której nikt inny nie lubił, w związku z tym została szybko wycofana z obiegu. Akurat po tym jak zdołałam się w niej zakochać na zabój. Poza tym tuszem jednak żaden z prawdopodobnie ok. 20-30 przetestowanych nie wywołał u mnie efektu: wow, już teraz nie zamierzam szukać dalej, to jest to!

A Wy? Udało Wam się osiągnąć stan tuszowego zadowolenia czy zadowalacie się półśrodkami?

Tuesday, November 1, 2011

Notka z odrobiną dramatyzmu ;)



Zdjęcie pochodzi ze strony http://www.popbeauty.co.uk/Popbeauty_Products/Eyes/Lash_Extension_Mascara/Index.html

Notka spontaniczna i na szybko, ponieważ mam zero czasu na wykrzesanie z siebie czegoś sensowniejszego, ale po prostu musiałam Wam donieść radosną nowinę. Jakiś czas temu skleciłam w jedno notkę ogólnie o (nietestowanych) tuszach do rzęs. Zabawnie dokładnie dzień później małżon mój kochany, widząc, że kręcę się wokół tematu tuszy do rzęs umęczona i pędzę do nich jak ćma do ognia, chciał mi zrobić niespodziankę i polazł do sklepu. Sam polazł, poniewaz ja pochorowałam się straszliwie na zapalenie oskrzeli i tym bardziej przebiegły mój chłop mógł mnie zaskoczyć. Chłop poszedł i zapytał Panią w sklepie o 2 rzeczy: który tusz jest
a) nietestowany na zwierzętach
b) naprawdę godny polecenia, niezależnie od ceny.

Pani ekspedientka zaklaskała w dłonie i powiedziała Mu: no ale ma Pan szczęście, najlepszy na świecie tusz jest w promocji kup jeden, drugi dostaniesz gratis.

Więc małż przyszedł do domu. Z tuszami dwoma. Z szelmowskim uśmiechem wręczył mi bukiet pomarańczowych kwiatków (pomarańczowych bo Halloween już blisko i kwiatki, żebym szybciej ozdrowiała). Do kwiatków doczepione było małe zawiniątko.

Firmy nie znam i nigdy o niej nie słyszałam i muszę prawdę mówiąc jeszcze o niej poszukać informacji, żeby być pewną na 100%, że nie testują (mimo że mają taką informację na opakowaniu). Opakowanie kartonowe - cudne. Naprawdę śliczne. Z delikatnym kwiatowym wzorkiem. Jednak nie opakowanie było moim największym zaskoczeniem...

Pamiętacie jak pisałam, że nigdy nie znalazłam tuszu idealnego? Tusze dobre, w porządku, z efektem mniejszym lub większym? Że przetestowałam ich już masę (no przynajmniej z 25 rodzai, chociaz myślę, że znacznie więcej), ale zawsze z podobnym efektem? Otóż - myliłam się. Znalazłam tusz, który po pierwszym użyciu dosłownie rzucił mnie na kolana. Rzęsy są... jak z reklam dla tuszy. Gęste, dłuższe o połowę, ale nieposklejane i bez grudek, po prostu niesamowite. To, co zobaczyłam przerosło moje wszelkie oczekiwania dotyczące maskar, naprawdę. * Ale to co mnie najbardziej dziwi to to, że lata poszukiwań, czytania recenzji, poszukiwań tuszu idealnego i nic - a wystarczyło wysłać nie znającego się na rzeczy mężczyznę... celebrity fashion gallery

* Żeby nie było tak różowo, zanim napiszę jej recenzję i opatrzę własnymi zdjęciami, potestuję ją dłużej, żeby nie być gołosłowną. Ale od kilku dni mam ją na rzęsach i po prostu nie mogę się nadziwić.

Friday, October 28, 2011

Nietestowane na zwierzętach tusze do rzęs - część druga

UWAGA: od maja 2012 roku firma Oriflame nie jest już firmą nietestującą na zwierzętach. 

No więc kontynuując dyskusję o tuszach, dzisiaj małe zestawienie. Nie recenzja, ale zestawienie. Przeglądałam moje dotychczasowe zbiory plus strony z recenzjami. Z moich obserwacji wynikają 2 wnioski:

1) recenzje i KWC w przypadku tego typu produktów nie są zbyt przydatne, ponieważ każda z nas ma nieco inne rzęsy i nieco inne oczekiwania dotyczące tuszu. Podsumowując - nie ma tuszu idealnego, więc każda z nas wychwala pod niebiosa coś, a wybacza tuszowi coś innego - co z kolei przeszkadza innej.

2) druga rzecz, którą zaobserwowałam to to, że tusz tuszem... ale oprócz tuszu ogromne znaczenie ma szczoteczka. Średniej jakości tusz można czasami uratować fajną szczoteczka, a tusz dobrej jakości skopać nieudaną szczotką.

Z moich własnych doświadczeń wynika, że dla osób, którym najbardziej zależy na niesklejaniu rzęs, najlepszymi tuszami do rzęs są takie z plastikową szczoteczką - podczas nakładania tuszu sama szczoteczka rozdziela rzęsy i nie ma mowy o ich sklejeniu (oczywiście przy 1-2 warstwie, a nie 4 ;) Z kolei taka szczoteczka nie jest zbyt polecana osobom, którym zależy na optycznym pogrubieniu rzęs - rzęsy bowiem wydają się ładnie rozdzielone i dłuższe, jednak niekoniecznie gęściejsze. Z tym jednak trzeba uważać, ponieważ objętość często mylona jest ze zwykłym zlepianiem rzęs - posklejane tuszem rzęsy wydają się, siłą rzeczy, gęściejsze.

No ale do rzeczy. W poście tym postanowiłam zestawić dostępne mi na razie szczoteczki do rzęs tuszy, których używałam w ostatnim czasie bądź używam obecnie. Na początku nie znosiłam plastikowych szczoteczek i tego efektu rozdzielenia, który dawały. Wydawało mi sie, że bardzo słabo podkreślają rzęsy, że sprawiają iż są jeszcze cieńsze i dłuższe ( w moim wypadku efekt niepożądany). Z czasem jednak bardzo je polubiłam, choć wciąż szukałam czegoś odrobinę innego.

Porównanie zajdziecie na zdjęciu poniżej:



Jak już wspominałam, najlepsze szczoteczki dla osób lubiących rozczesane, nieposklejane rzęsy to plastikowe szczoteczki. Wbrew temu, co się wydaje, maja one różne formy, wielkości i różne rodzaje plastikowych włosów (wypustek). Dla przykładu:

a) szczoteczka Jumbo Lash z Physicians Formula:





Gęsta, ale i bardzo duża. Ładnie rozdziela rzęsy i dodaje objętości, ale trudna do manewrowania. Nie jest nadzwyczajnie nastawiona na rozczesywanie rzęs podczas nakładania tuszu, właśnie żeby nie niweczyć efektu pogrubienia, ale jednocześnie nie sklejać rzęs. Ciekawe rozwiązanie.

b) Szczoteczka z PF Organic Wear (zdjęcie pochodzi z mojego starego bloga)



Mniejsza i łatwiejsza do manewrowania przy dolnej linii rzęs. Nie skleja rzęs, dobrze rozdziela, nawet przy wielu warstwach. Efekt pogrubienia niezbyt mocny, ale rzęsy są i tak ładnie podkreślone i mocno widoczne. Bardzo dobra dla osób szukających podkreślenia rzęs, może wydłużenia, ale których rzęsy nie są wybitnie cienkie. Jedna z najfajniejszych szczoteczek jakie dane mi bylo używać.

c) Szczoteczka plastikowa z Oriflame Wonderlash



Asymetryczna. Początkowo może sprawiać problemy, trzeba się nauczyć jak nią manewrować. W moim odczuciu mocno rozczesuje rzęsy, bardziej nadaje się do wydłużenia rzęs niż ich pogrubienia. Dobrze pokrywa niemal każdą rzęsę, przez co nadaje dobry efekt wydłużający. Kształt i rodzaj szczoteczki niemal uniemożliwia nabranie za dużej ilości tuszu i sklejanie rzęs.

Szczoteczki typowe, tradycyjne:

a) Szczoteczka Big Fatty z Urban Decay



Zdecydowanie najsłabsza strona tego tuszu. Szczota jest za duża i za gęsta, nabiera za dużą ilość tuszu i nakłada go nierównomiernie. Przez co może nadawać objętość, ale w bardzo nieelegancki, narzucający się sposób. Bardzo niewiele tego typu szczoteczek jest wartych polecenia. Trudna do manewrowania. Raczej do unikania.

b) Szczoteczka MA Essence



Tradycyjna, nie za duża i nie za gruba. Włosie gęste, ale akurat. Może sklejać rzęsy, ale przy odpowiednim nakładniu może też pokrywać rzęsy odpowiednią warstwą tuszu i nadawać im długości i objętości. Calkiem niezłe rozwiązanie jeśli chce się zatrzymać tradycyjną szczoteczkę. łatwa do manewrowania. Nie rozczesuje rzęs podzczas nakładania, tym samym konieczne może być ich rozczesanie później.


Rozwiązanie pomiędzy, moim zdaniem rozwiązanie optymalne dla osób szukających efektu pogrubienia i wydłużenia, ale nie nastawiającego się na konkretny cel - szczoteczka tuszu Tarte:



Coś pomiędzy szczoteczka plastikową, a tradycyjną. Mała, cienka, ale z bardzo krótkim i gęstym włosiem. Nie nakłada za wiele tuszu i rozdziela rzęsy, ale niekoniecznie niweluje efekt pogrubienia. Dociera do wielu miejsc jednocześnie, pogrubia. Nietrudna przy manewrowaniu, można dotrzeć do rzęs od samej nasady. Łatwo pokrywa dolną linię rzęs. Jak dotąd moja ulubiona.

Zauważcie, że nie piszę tu nic o samej konsystencji tuszy ani ich działaniu. Moja notka ma na celu zwrócenie Wam uwagi, że czasami można nieco skorygować działanie tuszu używając starej szczoteczki z tuszu innego (ja właśnie staram się używać mojego tuszu UD ze starą szczoteczką z Physician Formula i, moi zdaniem, tusz spisuje się znacznie lepiej niż z tą niezdatną do użytku szczotą).

A Wy co myślicie?

Thursday, October 27, 2011

Nietestowane na zwierzętach tusze do rzęs

Nie wiem czemu, ale przy przestawianiu się na nietestowane na zwierzętach kosmetyki, najwięcej obaw występuje zazwyczaj w obrębie dwóch kategorii: perfum oraz tuszy do rzęs. (Osobiście miałam też ogromnie dużo wątpliwości dotyczących płynu do demakijażu, ale ten problem został zażegnany błyskawicznie). Może dlatego, że najbardziej popularnymi w Polsce markami tuszu są Max Factor, Maybelline, L'Oreal czy Rimmel (chyba nie muszę dopowiadać, że wszystkie na zwierzętach testowane)? Nie wiem, jakoś nie miałam do nich nigdy nadzwyczajnego sentymentu tak czy siak. Tusze L'Oreala i Maybellina zawsze uważałam za wyjątkowe buble, Rimmel też nigdy mi nie podchodził. Jedyny problem miałam ze zrezygnowania z tuszy Max Factora, ale prawdę mówiąc jak nie chcą zmienić polityki względem testowania na zwierzętach, to ja do marki sentymentu nie mam.

Z tego wynika jednak jeden wniosek: trzeba się było rozejrzeć za alternatywami. Z pomocą przyszedł mi na początku Avon, ale i ten został ostatnio wrzucony na czarną listę Pety. Od czasu kiedy porzuciłam całkowicie testowane kosmetyki, zakupiłam mnóstwo tuszy celem wypróbowania. Wrzucam listę marek jakby kogoś interesowały potencjalne marki do wypróbowania. Przez ostatni rok z kawałkiem miałam w rękach:

a) niższa półka:
- Essence Multi Action (różowa) - z bardzo pozytywnymi odczuciami, za tę cenę maskara jest niebotyczna
- któraś z maskar MySecret - wrażenia co najmniej negatywne, nie polecam nie polecam nie polecam ;) Niestety nie pamiętam dokładnie który to był, ale mam wrażenie, że żadne z ich tuszy nie cieszą się nadzwyczajną popularnością
- do przetestowania pozostał tusz Wibo Extreme Lashes Volume

b) półka średnia:

- Almay Intense i-color (wrażenia sporo poniżej przeciętnej)
- Almay One Coat Nourishing Mascara (całkiem całkiem, nie ulubieniec, ale może użyłabym ponownie)
- NYX Doll Eye Mascara (muszę wypróbować jeszcze raz, ale zdecydowanie żywiłam do niej ciepłe uczucia)
- Wonderlash Oriflame (tusz jest fajny, ale zaczął u mnie przegrywać z tuszami Physicians Formula)
- Physicians Formula Organic Wear (przyjemna maskara z plastikową szczoteczką, zdążyłam kupić drugie opakowanie. Jedyna zauważona wada - lubi sobie szybciej wyschnąć)
- Physicians Formula Jumbo Lash Mascara (z moich obserwacji w sumie podobna do poprzedniczki, może faktycznie nadawała odrobinę więcej objętości)

Do przetestowania:
- Revlon Custom Eyes Mascara
- inna wersja Almay One Coat Nourishing Mascara Tripple Effect

No i teraz czas na wyższą półkę.

Jak dotąd jestem w fazie testowania:
- Tarte lights, camera, lashes!

Do przetestowania: Smashbox Hyperlash Mascara
oraz Stila Lash Visor Waterproof Mascara

oraz, mojego najnowszego zakupu:
Urban Decay Big Fatty Mascara




(Oczywiście firm produkujących tusze, będącymi firmami nietestującymi na zwierzętach jest więcej, jak choćby firma Hean, Bell, Catrice, Gosh, IsaDora, E.l.f. czy Clarins (i inne), ale jakoś nie dane mi było do tej pory przetestować. )

Ciekawi mnie jak wypadną w pojedynku Urban Decay, Stila, Smashbox i Tarte, wszystkie te firmy wydają się mieć ciekawe i dość luksusowe kosmetyki w ofercie (ja oczywiście wszystkie zgarnęłam na takiej czy innej promocji, a jakże), no ale zobaczymy. Jak na razie wśród moich kosmetycznych faworytów ciągle znajduje się Urban Decay, no ale po wypróbowaniu Stili zapałałam i do niej miłością odwzajemnioną.

Liczba przetestowanych przeze mnie tuszy wydaje się dość spora, cóż musze powiedzieć, że dla bardziej obiektywnej opinii lubię używać przynajmniej 2 tusze na zmianę co by móc porównywać efekt na bieżąco. Czasami jednak zdarza mi się wyrabiać sobie opinię dopiero po drugiej czy nawet trzeciej tubce tuszu. Chyba wciąż poszukuję absolutnego faworyta w tym względzie, ponadto zastanawia mnie w tym przypadku stosunek ceny do jakości. Czy taki tusz Essence za 3 czy 4$ jest naprawdę tak sporo gorszy od tuszu Smashboxa normalnie za 21$ czy Tarte w normalnej cenie 18$ (pomijając sytuacje gdzie można je kupić znacznie taniej). No w każdym razie jak wyrobię sobie porządna opinię to na pewno dam znać.

Tuesday, October 25, 2011

Tarte


Strona producenta: http://tartecosmetics.com/

Znacie firmę Tarte? Jest to jedna z tych firm, o których usłyszałam stosunkowo niedawno, łącznie z paroma innymi firmami, które są znane w USA, ale znacznie mniej za oceanem (przynajmniej z moich doświadczeń). Mnie oczywiście zainteresowali z powodu nietestowania na zwierzętach. Cenowo i jakościowo plasują się gdzieś w okolicach Urban Decay, Stili, Smashboxa, Too Faced i Cargo, ale mają nieco inne produkty i nieco inną estetykę. Są jednak firmą z gatunku droższych, w związku z tym zanim kupiłam cokolwiek pełnowymiarowego, postanowiłam rozejrzeć się za jakąś w miarę sensowną tańszą alternatywą.

Jako że jestem w fazie poszukiwań dobrego tuszu do rzęs (tuszu poszukuję zresztą od zawsze, wszystkie do tej pory przetestowane było ok. Niektóre lepsze, niektóre gorsze, niektóre nawet świetne, ale żadne nie były wow - żadne, poza jednym tuszem z firmy Faberlic, który dane mi było przetestować tylko raz, o którym mało kto słyszał i który został oczywiście wycofany ze sprzedaży. Od tego czasu szukam w tuszach tego niebiańskiego efektu firanek), mój wybór padł na kilka tuszy wysokopółkowych. Między innymi mozliwość przetestowania 2 próbek tuszy tej firmy - wodoodpornej i niewodoodpornej wersji.

Na razie nie mogę za wiele powiedzieć na temat tego tuszu, ponieważ dopiero zaczęłam go używać, ale... Co wpadło mi w oko to to, że faktycznie, efekt robi. Najbardziej zdziwiło mnie to, że podkręcił i wydłużył mi rzęsy bez zalotki - taki efekt widziałam na rzęsach chyba po raz pierwszy. Czy jednak zapewni mi taki efekt, o jaki mi chodziło to jeszcze nie wiem. Na pewno trzeba się tą szczoteczką nieźle namachać, ale im więcej machania, tym rzęsy ładniejsze (brak sklejania czy grudek), więc jak na razie narzekać nie mogę. Na pewno jak wykończę obie próbki to opiszę wrażenia. I na pewno moje pierwsze starcia z tuszem nie zniechęciły mnie do tej marki.

Wielkość: 2x 3ml. Cena: 10$
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...