Showing posts with label Catrice. Show all posts
Showing posts with label Catrice. Show all posts

Wednesday, February 29, 2012

Kolejne starcie nietestowanych na zwierzakach tuszy do rzęs

Dzisiaj kolejna notka o tuszach do rzęs - tym razem takie małe porównanie działania. Miały być zdjęcia efektu na oczach, niestety obecne światło mi to uniemożliwiło. Jeśli coś się zmieni z pogodą, to spróbuję nadrobić :)


Dziś w szranki stają tusze wysokopółkowe (Urban Dacay) z tuszami z drogerii (Catrice). Nie do końca wiem co powiedzieć o firmie POP Beauty, ponieważ cenę ma porównywalną z cenami Smashboxa, Stili czy Urban Decay, jednak mało o tej firmie wciąż wiem. Dla dokładniejszej analizy tusze używałam jakieś czas same, a jakiś czas naprzemiennie wszystkie 5, żeby móc porównać efekt na rzęsach. Dodatkowo do zabawy zaprosiłam kuzynkę, który ma zupełnie inne rzęsy ode mnie. Ja mam bardzo długie, mocne, ale potrzebujące pogrubienia, ona ma malusie, króciutkie, zdecydowanie wymagające sporego wydłużenia (inaczej ich nie widać).


Typowy już dla mnie element recenzji tuszu do rzęs, czyli porównanie szczoteczek. The Giant z Catrice oczywiście zainteresowała mnie szczotą. Przez ten wabik ją kupiłam. Tarte i drugi tusz Catrice mają dość podobne szczoteczki w kształcie, z tym że szczoteczka Tarte jest plastikowa i bardzo gęsta, lepiej radzi sobie z rozczesywaniem rzęs.


Na pierwszy rzut pójdzie tusz Tarte, a dokładnie jego dwie próbki, które pokazywałam w innej notce (klik). Dwie próbki kosztowały mnie 10$ (plus podatek), czyli tak mniej więcej 30zł (normalnie ceny jednego pełnowymiarowego tuszu to około 17-20$, czyli prawie 60 zł). Tusz nie jest tani, ale jest naprawdę fantastyczny. Szczoteczka z bardzo zbitym włosiem (plastikowym) jest zadziwiająca miękka, w niczym nie przypomina szczoteczki używanego przeze mnie Wonderlash Oriflame lub kiedyś używanego Masterpiece Max z MF (przypominam, Max Factor testuje na zwierzętach, w związku z czym ostatnim razem używałam go z 5 lat temu, ale już wtedy szału nie było). Generalnie plastikowe szczoteczki, które nie są odpowiednio gęste, co prawda rozczesują ładnie rzęsy, ale nie pokrywają ich wystarczającą ilością tuszu. Tarte robi to fantastycznie, przy tym nie ma mowy o posklejanych rzęsach z powodu gęstości włosia. Szczoteczka jest więc prawdziwym hitem.

Pokrycie rzęs jedną warstwą tuszu gwarantuje piękny, naturalny wygląd rzęs. Są podkreślone, pogrubione i wydłużone, a nawet podkręcone! Nie mają natomiast przerysowanego efektu. Taki efekt osiągnąć można nakładając 2, a nawet 3 warstwy tuszu. Rzęsy są bardzo mocno podkreślone, wciąż nieposklejane, podkręcone. Wersja niewodoodporna nie tworzy pod oczami efektu pandy, tylko jakby wypłukuje się z rzęs w kontakcie z wodą. Nie zauważyłam kruszenia się, nie ma także mowy o grudkach. Brak efektu owadzich nóg. Wersja wodoodporna całkiem dobrze się zmywa, tak więc i tu nie mam specjalnych zastrzeżeń. Naprawdę polecam, obecnie jest to jeden z moich tuszowych hitów.



Kolejny produkt to również liga wysokopółkowa (a przynajmniej wyższa półka). Normalna cena to około 17-20$ (co na warunki amerykańskie jest ceną jak Smashbox czy Benefit ( zarówno jeden, jak i drugi na 95% testowane na zwierzakach, więc osobiście już więcej nie tknę). Ja zakupiłam na stronie producenta podczas ogromnej wyprzedaży - 2 opakowania za 10$. Potem jednak coś mnie tknęło, żeby sprawdzić recenzje tuszu i niestety były one bardzo kiepskie. Trochę żałowałam, że dałam się skusić. Do czasu. Na początku nie używałam go za często, ponieważ zraziłam się po przeczytaniu tylu niepochlebnych recenzji. Zaczęłam więc używać go w niepogodę (bardzo wodoodporny, jeśli wodoodporność jest cechą stopniowalną :P) i po jakimś czasie zauważyłam, że tusz naprawdę nieźle sobie z moimi rzęsami radzi. Przede wszystkim, bardzo mocno je pogrubia. Zresztą, efekt na rzęsach możecie zobaczyć TU (bez użycia zalotki). Jak widać na zdjęciu, tusz nie podkręca rzęs i w sumie raczej ich nie wydłuża. Jednak zagęszczenie powoduje, że rzęsy są bardzo widoczne. Tusz ma bardzo gęstą, zbitą konsystencję. Ta obserwacja spowodowała, że przeczytałam jeszcze raz recenzje w internecie i dopiero wtedy zorientowałam się, że dotyczą one wersji niewodoodpornej, ponieważ wielokrotnie narzekano na jego bardzo wodnistą konsystencję. Tu konsystencja jest dokładną odwrotnością. Problemem jest szczoteczka - jest tradycyjna, ogromna i niełatwo się nią manewruje, zwłaszcza przy dolnej linii rzęs. Największą wadą tego tuszu jest trudność jego zmywania. Naprawdę, trzeba zmywać go 3 bardzo porządnymi środkami do demakijażu (po prawdzie przyznam się, że nie mam żadnego prawdziwego płynu dwufazowego, jednak z innymi tuszami wodoodpornymi moje normalne środki sobie radzą). Nie ma mowy o efekcie pandy, ale czasami może się coś skruszyć. Tragedii nie ma, ale efektu: wow, to są najlepsze rzęsy, jakie miałam!, też nie.

Ogólne podsumowanie: tusz jest dobry, jeden z najlepszych pod względem pogrubiania rzęs. Nie trzeba się martwić o deszcz czy łzy. Za taką cenę, w jakiej go kupiłam (5 dolców za sztukę) jest to tusz super i zdecydowanie kupiłabym go ponownie. Jednak za cenę 20$ chyba wolałabym tusz Tarte, POP Beauty albo Stili, względnie inny tusz Urban Decay. Być może zmienię zdanie po dłuższych testach, przede mną kolejne opakowanie.



Catrice The Giant to mój najnowszy (wypróbowany) nabytek w kategorii tusze dorzęs. Kupiłam, gdyż zafascynowała mnie szczoteczka. Poza tym tusz nie był wybitnie drogi (ok. 20 zł), no i był łatwo dostępny, ponieważ wystarczyło przejść się do Drogerii Natura. Kupiłam i... no cóż, zachwytów nie będzie, tusz wydaje mi się dość przeciętny. Na moich rzęsach efekt jest taki sobie - odrobinkę może i pogrubia, ale efekt jest dość lichy, wydłużać faktycznie nie wydłuża (ale nie miał, więc tu można mu darować), efekt jest 'taki o'. Jak wiele innych, niespecjalnie dobrych, tuszy. Przy 2 warstwach zaczyna się sklejanie, które nie bardzo mi się podoba. Nie jest też zbyt trwały w starciu z kropelką wody, zaczyna się mazać i wyglądać średnio elegancko. Konsystencja ok, szczoteczka za to bardzo nie poręczna.

Natomiast na obronę tuszu muszę powiedzieć, że poprosiłam także kuzynkę o przetestowanie go i stwierdziła, że jest to jeden z najlepszych tuszy, jakie miała. Pogrubia, wydłuża, dodaje objętości jej rzęsom. Z prawie niewidocznych rzęs robi prawdziwe firanki (no ale i tak po około 3 warstwach). Jest bardzo zainteresowana tym tuszem, dlatego też go ode mnie dostanie. Ja nie mam do niego nerwów.

Podsumowanie: bez zachwytów. Raczej nie kupię ponownie, bo nie widziałam efektu, o jaki mi chodzi. W zasadzie to w ogóle nie widziałam efektu. Natomiast, jak widać, są osoby, które mogą być  z niego bardzo zadowolone.


To inny tusz do rzęs, który ostatnio testowałam, Catrice Lashes to Kill. Muszę powiedzieć, że jestem pod dużym wrażeniem tego tuszu. Za całkiem przystępną cenę (także około 16 zł)  otrzymujemy sensowny produkt. Rzęsy są bardzo ładnie podkreślone. Trudno mi powiedzieć czy jest to efekt pogrubienia, podkreślenia czy podkręcenia, ale efekt jest dość spektakularny. Wydaje mi się, że po prostu robi wszystko po trochu: pogrubia, wydłuża i podkręca. Można nałożyć kilka warstw i efekt jest mocniejszy, nie ma jednak sklejenia jak w przypadku The Giant. (Efekt w sumie podobny do efektu tuszu POP Beauty, ale chyba więcej pogrubienia). Natomiast zauważyłam jedną dość powżną wadę tuszu - i jest to bardzo słaba odporność na wodę. Jednego dnia popłakałam się ze śmiechu podczas damskich pogaduszek i tusz zrobił mi naprawdę zawstydzające czarne ślady pod okiem, nawet mój mąż zwrócił mi uwagę, że 'popłynęłam'. Było to dość nieproporcjonalne do ilości wody, jedna łza i duży problem. Aż nie chcę myśleć co by się stało gdyby złapał mnie deszcz.

Podsumowanie: tusz jest naprawdę bardzo fajny, jednak gdybym miała kupić go jeszcze raz, to sięgnęłabym po wersję wodoodporną. W tej wersji może być niebezpieczny dla zdrowia ludzkiego (jakiś zawał wywołać czy coś ;)



Ostatnim tuszem, o którym już zresztą kiedyś pisałam, jest POP Beauty. Dostałam go ( a właściwie 2 sztuki) w prezencie . Tusz po kilku pierwszych użyciach zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Przede wszystkim gwarantuje niesamowite wręcz wydłużenie. Rzęsy miałam pod samymi brwiami, czegoś takiego nie widziałam jeszcze nigdy. Problem polega na tym, że mnie naprawdę przydało by się odrobinę pogrubienia. Tutaj więc tusz niedomaga (oczywiście jest to tusz wydłużający, nie pogrubiający, więc obietnice producenta są spełnione w 100%). Ponieważ z natury mam bardzo długie rzęsy, tusz ten sprawia, że są odrobinę śmieszne - za długie na taką grubość. Oczywiście efekt jest, oj jest, a z tuszem pogrubiającym to już w ogóle bajka.... jednak po licho kupować tusz w oryginalnej cenie 20 dolców jeśli potrzeba mi przy tym drugiego w takiej samej cenie? Na szczęście tusz nie robi mi owadzich nóżek (nudne to wyrażenie już, wyświechtane, od dziś może będę używać pajęczych udek? ;), więc tu ma u mnie dużego plusa. Nie zauważyłam spływania podczas niesprzyjających warunków - owszem, tusz trzymać się rzęs nie będzie, jednak nie rozmaże się w paskudny sposób. Co mnie jednak strasznie w nim denerwuje to szczoteczka. Wszystko fajnie, dobry kształt, poręczna, dobra do manewrowania, odpowiednia gęstość... i klops. Nie wiem czemu, ale na szczoteczce wciąż zbierają się (bądź doklejają) małe włoski. Nigdy mi się takie coś jeszcze nie zdarzyło i bardzo mi się to nie podoba, zwłaszcza że sam tusz jest naprawdę niezły A szczoteczka po prostu nie przystaje jakością do reszty (domyślam się, że te włoski odpadły po prostu od szczoteczki, po czym się na niej 'osiedliły'. Popatrzcie sami na zdjęcie:



Dla małego testu - porównania, poprosiłam kuzynkę o wypróbowanie. To, co ten tusz zrobił z jej rzęsami to czysta poezja. Cóz za firany! Dlatego zdecydowałam, że druga sztuka tuszu powędruje do niej - efekt na rzęsach naprawdę jest tego wart.

Tusz ma też prześliczne opakowanie, ale chwilowo nie dysponuję zdjęciem.


Z tuszy drogeryjnych, które zdążyłam już zakupić w Polsce, zostały mi jeszcze do przetestowania:
# Multi Action Smokey Eyes (miałam różową i byłam bardzo zadowolona),
# tusz Wibo (taki w fioletowym opakowaniu),
# tusz Kobo Soft Brown
Mam nadzieję, że wkrótce (pewnie za ok. 3 miesiące ;) dodam kolejną porcję mini recenzji.

To tyle dziś ode mnie. Sugestie, zażalenia, wnioski? ;)

Thursday, February 9, 2012

Rzęsy godne mordu?

Ostatnio jestem strasznie zastresowana i mam sporo zmartwień na głowie. Kiedy jestem bardzo zastresowana to, żeby przestać myśleć w kółko o jednym,  idę na zakupy. Duże zakupy i wydane pieniądze też mnie stresują, ale na szczęście jest to inny rodzaj stresu - stres od adrenaliny zakupowej ;)

Chciałam Wam tylko na szybko pokazać co aktualnie testuję w kategorii tusze do rzęs.

Ten konkretnie tusz do rzęs Catrice, Lashes To Kill, obił mi się o uszy kilka razy podczas śledzenia niemieckich YT-berek. Podobno ma być to tusz zadziwiająco dobry jak na kosmetyk tak tani. Jak na razie spisuje się u mnie dobrze i zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Nie wiem czy bym za niego zabiła, ale o tym chyba przekonamy się później ;)


Na przetestowanie wciąż czekają moje inne tusze. Ja się chyba nigdy nie nauczę, żeby kupować coś kosmetycznego dopiero jak skończy się ich poprzednik. Jak na razie muszę jednak powiedzieć, że choć przetestowałam już w życiu masę maskar, niektórych naprawdę fajnych, dających super efekt i w ogóle haj lajf i którym nie miałam nic do zarzucenia, chyba żadna nie powaliła mnie na kolana. żadna poza jedną starą maskarą bardzo mało znanej firmy, której nikt inny nie lubił, w związku z tym została szybko wycofana z obiegu. Akurat po tym jak zdołałam się w niej zakochać na zabój. Poza tym tuszem jednak żaden z prawdopodobnie ok. 20-30 przetestowanych nie wywołał u mnie efektu: wow, już teraz nie zamierzam szukać dalej, to jest to!

A Wy? Udało Wam się osiągnąć stan tuszowego zadowolenia czy zadowalacie się półśrodkami?

Tuesday, October 11, 2011

Matowe cienie Catrice

Matowe cienie Catrice są mniej więcej tym, czego spodziewałam się po przeczytaniu i usłyszeniu tony pochlebnych opinii na blogach i niemieckojęzycznym YT-ubie. Ale i tu nie obyło się, niestety, bez przykrej niespodzianki.

Ok, zacznijmy może od zdjęcia ogólnego swatchy, które posiadam:



Od lewej strony: I like Lilac, Grey's Philosophy, Go, Charlie Brown!, In The Army Now.

Zacznijmy więc może od cienia, który lubię najmniej, do koloru, który lubię najbardziej. Recenzję otworzy więc Grey's Philosophy:



Jakiś czas temu bardzo spodobało mi się połączenie różu z szarościami w makijażach. Jest to szczególnie przyjemne połącznie biorąc pod uwagę fakt, że często noszę odcienie różu do szarych spodni bądź spódnic i miałam nadzieję, że uda mi się to ładnie ze sobą połączyć w makijażu oka. Ponieważ jednak wciąż jestem w fazie testów i prób i błędów z moim makijażem, postanowiłam nie wydawać na szary cień zbyt dużo. Zaczęłam od szarego matu z MySecret. Tu jednak nastąpiło moje pierwsze rozczarowanie, dlatego też następnie sięgnęłam po cień Catrice. No niestety i tym razem szarych fajerwerków nie było i nie będzie - jak pewnie same możecie ocenić po zdjęciu swatcha, cień po maznięciu palcem jeszcze jakoś się prezentuje, natomiast odrobinę roztarty zanika zupełnie. Na oku w zasadzie go nie widać, a co widać wygląda na brzydką szarą plamę. Zdecydowanie ogromne rozczarowanie dla mnie.

Drugi kolor, I love Lilac, był także efektem moich pomysłów na eksperymenty kolorystyczne. Uwielbiam nosić śliwkowy kolor, a także odcienie purpury. Próbowałam znaleźć coś, co być może ładnie podbijało by kolor moich tęczówek, a do tego pasowało do moich kreacji. Ogólnie kolor jest dość jasny, na powiekach nawet jaśniejszy niż na swatchu poniżej, jednak tym kolorem nie jestem aż tak rozczarowana. Po prostu nie noszę go tak często, bo się za bardzo nie polubiliśmy:



Kolor jest przyjemny, może nie zachwycający, ale przyjemny. Pigmentacja w porządku, jednak podczas rozcierania bardzo łatwo ten kolor rozmyć. Robi się wtedy taki fioletowo - szarawy i wygląda jak limo. Na zdjęciu napakowane kilka warstw, żeby jak najlepiej pokazać kolor. Jednym słowem z dwojga złego wybrałabym I Like Lilac (gdyby dano mi wybór między tym, a Grey's Philosophy), ale mus w mojej torebce to to na pewno nie jest.

Na deser zostawiam sobie dwa kolory, które przynajmniej spełniły moje oczekiwania:



In The Army Now (ciemna zieleń - khaki) i Go, Charlie Brown uratowały dla mnie tę serię. Pigmentacja przyzwoita (chociaż też nie polecam używania bez bazy, bo można je rozetrzeć), konsystencja pudrowa, ale taka akurat (nie twarda i nie za sucha), trwałość na bazie przyzwoita, kolor po użyciu jak w opakowaniu. Ogólnie - lubię i prawdopodobnie kupiłabym ponownie.

Ogólne wrażenia? Bardzo się cieszę, że miałam okazję kupić i przetestować aż tyle (po roku nagminnego słuchania o Catrice na niemieckojęzycznym YT-bie myślałam, że Catrice to jakieś ósme cudo natury, porównywane jakościąś do UD, Smashboxa albo Stili, a za 1/7 ceny. Koniecznie chciałam wypróbować i przekonać się na własnym oku ;) jaka ta seria naprawdę jest. Na całe szczęście szał na Catrice bezpowrotnie mi minął. Nie zrozumcie mnie źle, to nie są cienie złej jakości, za tę cenę są one zdecydowanie sensowne i nawet godne wypróbowania. W ogólnym rozrachunku w zasadzie je polecam. Jednak szum, jaki wokół nich powstał nazwałabym jednak odrobinę niezdrowym. Nie ma co spodziewać się po nich kosmetycznego objawienia

Chociaż może to tylko szum jaki powstał w mojej głowie po wysłuchaniu zbyt wielu filmików do dojczowsku ;)

Saturday, October 1, 2011

Pojedyncze błyszczące cienie Catrice

Na fali swatchowej dzisiaj trochę o błyszczących cieniach Catrice, które posiadam w swojej kolekcji: 100 Welcome to Miami Peach (bardzo pomysłowa nazwa, przyznaję bez bicia), 110 Gilbert's Grapefruit, 330 I Think I've Green You Before (jeszcze raz chylę czoła pomysłowości, ale tu razi mnie gramatyczna nieścisłość - wszak powinno być I think I've greenED you before :P, ale może się czepiam)

Na początek parę zdjęć:








Zacznijmy od tego, że napaliłam się na te cienie niemiłosiernie: Catrice, odciupinkę droższa siostra - bliźniaczka Essence, miała być znacznie lepszej jakości od tej drugiej za doprawdy niewielką dopłatą. Niemiecki YT aż o niej huczy. Jak tylko zobaczyłam Welcome To Miami Peach w kilku filmikach na YT, czułam, że muszę go mieć. Pierwszą rzeczą, którą zrobiłam w Naturze, było odszukanie szafy Catrice w celu zakupienia Welcome to Miami Peach ( a także jednej z ich pomadek i lakieru do paznokci, ale to też temat na inną notkę). Wyobrażałam sobie piękny brzoskwinkowy kolor o wspaniałej pigmentacji, niemalże porównywalny z moim cieniem Urban Decay ABC Gum. I faktycznie, pigmentacja po dotknięciu palcem wydaje się fantastyczna:



Prawda jest jednak taka, że na moich powiekach cień ten pozostawia poświatę koloru, a raczej błysku. Kompletnie nie jest to to, czego oczekiwałam. Moim zdaniem cien ten wygląda na moim oku tanio, z dużo ilością dyskotekowego flesza, a nie delikatnie, rozświetlająco. Poza tym przy rozcieraniu na powiece kolor nie jest prawie w ogóle widoczny, zostaje niemal sam błysk. Konsystencja cienia niby w porządku, ale jakaś taka twarda, i po dotknięciu za sypka. Przy nałożeniu za dużo pozostawia wypukłą wartswę na palcu (przy cieniach z wyższej półki typu Stila nigdy mi się coś takiego nie przytrafiło).

Kolejny cień, Gilbert's Grapefruit, także nie wywołał u mnie jakiegoś pozytywnego szoku. W opakowaniu wygląda na totalnie inny kolor od Welcome to Miami Peach, jednak na skórze różnica w odcieniu, orzynajmniej na moim oku, jest naprawdę niewielka.Na pierwszy plan znów wysuwa się srebrnawy błysk. Kolor widoczny, pigmentacja niby w porządku, ale efekt jakiś taki dla mnie niemrawy.



Ostatnim zakupionym przeze mnie cieniem błyszczącym (czy to jest wykończenie frost?) był I Think I've Green You Before. Kupiłam dla spróbowania, ponieważ noszę całe mnóstwo rzeczy w podobnych odcieniach i w ogóle lubię tego typu morskawe kolory. Tu także się z tym cieniem jakoś wybitnie nie polubiliśmy, chociaż myślę, że efekt po zeswatchowaniu na ręce przynajmniej jest taki, jakiego się spodziewałam:



Podsumowując: ocena ogóla 6/10.
Moje prywatne odczucia: za dużo dyskotekowego błysku, za mało klasycznego koloru. Kolor nie bardzo soczysty (i w przypadku jasnych kolorów można je uzyskać soczyste). Pigmentacja w porządku, ale na oku już nie prezentuje się aż tak super jak w opakowaniu. Cena też w porządku, ale w tym przedziale można kupić coś jeszcze sensowniejszego. Wybór kolorów fajny. Opakowanie mocne, całkowicie spełniające oczekiwania. Konsystencja produktu jakaś taka twardawa, brak uczucia luksusu podczas używania (czego oczywiście można się spodziewać po produkcie drogeryjnym za tę cenę, ale tak od razu opisuję wrażenia). Ogólnie produkt jest ok, może nawet dobry, utrzymuje się długo, nie roluje na oku, nie osadza w załamaniu powieki (używałam tylko z bazą), jednak mnie osobiście nie powalił. Czy kupiłabym ponownie? Być może, jednak tym razem skusiłabym się na ich cienie matowe (recenzja wkrótce).
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...