Na fali kosmetycznego rugania, postanowiłam popastwić się jeszcze nad jednym z kosmetyków polskich firm, które obecnie znajdują się w moim posiadaniu. (Pobyt w Polsce chciałam wykorzystać na swego rodzaju testy, niektóre polskie kosmetyki można dostać w Stanach, tyle że za znacznie większe pieniądze. Gdyby się okazało, że mam za czym płakać, to byłabym gotowa nawet te większe pieniądze zapłacić w ramach sympatii do firmy). Dlatego dzisiaj postanowiłam znów uruchomić moją wrodzoną ukąśliwość i podzielić się z wami wrażeniami z używania ziajowej receptury młodości z serii Sopot Spa.
Po zobaczeniu tego produktu spodobała mi się estetyka opakowania i cena. Pożyteczny pomysł z przeźroczystym minimalistycznym opakowaniem, całkiem poręczne zamknięcie, butelka ładnie wpasowała się do kształtu mojej dłoni. Jakby chciała powiedzieć - "weź mnie ze sobą"! Mój ci on! - pomyślałam i rześko wpadkowałam go do koszyka. (Potrzebowałam czegoś do używania PO demakijażu oczu, ponieważ mój wodoodporny tusz do rzęs Urban Fatty Mascara to nieprzejednany wojownik i na chwilę obecną muszę zmywać go w 3 etapach). Pomyślałam sobie, że butelka ok - będzie widać zużycie i fajny kolor produktu (aparat przekłamar kolor, w rzeczywistości jest to dość jaskrawy błękit). Po jakimś czasie naszła mnie jednak olśniewająca myśl, że nie wiem wcale czy fakt że dane mi będzie oglądać ten kolor powinnam zaliczyć na plus, ponieważ tak nienaturalny odcień niebieskiego w kosmetyce powoduje u mnie sporą nieufaność. Gdybym jeszcze miała łazienkę w tym kolorze to mógłby sobie stać tak pod kolor łazienki, ale że mam go regularnie ciapać sobie na twarz, to mina może nieco zrzednąć. Nic to - pomyślałam - i postanowiłam chwilowo nie zawracać sobie tym głowy w imię możliwego wspaniałego działania. Rozśmiesza mnie jednak ta zachwalana receptura młodości z algami morskimi - czy ktoś widział w Sopocie algi morskie o modrym kolorze? ;) Zapach kosmetyku jest zaskakująco przyjemny, całkowicie nieprzypominający zapachu alg. Algi wszak śmierdzą okrutnie! Pomna tego faktu, postanowiłam jednak być dzielna w imię piękna. Hmm, niepotrzebnie, zapach nie zatyka, ani nawet za bardzo się nie narzuca. A dziwne, bo w składzie nawet doszukałam się jakiegoś ekstraktu z alg ;)
No to teraz nieco o niedziałaniu tego produktu ;), który ma zapewniać 'łagodny demakijaż, zapobiegać wysuszeniu skóry, jednocześnie skórę zmiękczać i wpływać kojąco na podrażnienia'. Demakijaż jest łagodny do bólu, ponieważ trudno w ogóle powiedzieć, żeby produkt cokolwiek usuwał :D Na początku używałam tylko do zbierania tego, co pozostało na oczach/rzęsach po użyciu mleczka do demakijażu Korres, względnie płynu do demakijażu UD no i na takie kompletne ostatki całkiem się nadawał. Potem już było tylko gorzej, ponieważ wpadłam na jakże bezsensowny pomysł, by używać go zgodnie z przeznaczeniem ;) Próbowałam po prostu zrobić nim demakijaż, także oczu. Elegancko nasączyłam wacik, przyłożyłam do oka, odczekałam, czynność powtórzyłam z drugim okiem, popatrzyłam na siebie w lustrze i miałam ochotę krzyknąć z przerażenia. Nazwanie mnie misiem pandą byłoby niesamowitą obrazą dla zacnego rodu pand. Czarne smugi ciągnęły się pod samą brodę,a na rzęsach wciąż widoczny był tusz. Czynność więc powtórzyłam (wielokrotnie) z użyciem nowych wacików, niestety - konieczne okazało się użycie innego mleczka, które dopiero poradziło sobie z osmoleniem mojej gębuli. Oczywiście bogatsza o nowe doświadczenie, następnym razem próbowałam z kilkoma tuszami niewodoodpornymi - na próżno, z żadnym z nich płyn sobie nie poradził. Złudne okazały się też nadzieje o zapobieganiu wysuszeniu twarzy, nawet powiedziałabym, że produkt wyraźnie się do tego wysuszenia przyczynia. Jeśli wystąpiło jakieś działanie kojące w ciągu tych kilku tygodni używania to także umknęło ono mojej uwadze.
Podsumowując - produkt nie jest wyjątkowo okropny, ale na pewno zbędny. Tak samo nie liczyłabym na nawilżenie ani poprawienie stanu skóry. Ot, można stosować jako ostatnią fazę demakijażu.
Zakończę jednak moim ulubionym tematem, czyli polityką nietestowania na zwierzętach i oficjalnego stanowiska w tej sprawie (przy tym podejściu do klienta i ewentualnych pytań, gdyż dla mnie to się niezaprzeczalnie ze sobą łączy). Cóż, od kilku lat/miesięcy firma idzie chętnie w zaparte, że nie testuje na zwierzętach, ale robi to zaskakująco mało przekonująco. Po pierwsze, cierpliwość nie jest zdecydowanie mocną stroną firmy. Odpowiedzi mailowe brzymią niekiedy jakby osoby odpowiadające były znudzone pytaniem, nawet zahaczają o opryskliwość. Po drugie, firma bardzo mętnie tłumaczy fakt nieposiadania znaczka o nietestowaniu na zwierzętach na opakowaniu oraz fakt, że nigdy nie starała się o miejsce na żadnej nietestującej liście - np. liście OK! Wymówkom nie ma końca, ciągle przewija się temat prawa unijnego i prawa zabraniającego czegoś tam i poszanowania prawa orzez firmę. Tyle że firma nie o poszanowanie prawa była pytana, a o pośrednie wspieranie labolatoriów testujących na zwierzętach, które a) mogą testować nowe, nieprzebadane wciąż w UE składniki b) mogą wszak być umiejscowione poza ramami Unii Europejskiej. Pomijam, że prawo unijne w żadnym miejscu nie zabrania firmom dbania o swoich klientów i zapewniania ich, że przestrzegają np. pewnych wymogów. O braku inicjatywy wejścia na listy nietestujących na zwierzętach firm nawet nie wspomnę, wszak firma sprzedaje swoje kosmetyki nie tylko w Polsce i certyfikat na pewno nie zaszkodziłby jej wizerunkowi. Kanu np. taki certyfikat posiada (lista OK - KLIK) Tutaj więc Ziaja zarobiła u mnie wielkiego minusa i niniejszym osobiście wstawiłabym ich na listę firm niepewnych.
Po zobaczeniu tego produktu spodobała mi się estetyka opakowania i cena. Pożyteczny pomysł z przeźroczystym minimalistycznym opakowaniem, całkiem poręczne zamknięcie, butelka ładnie wpasowała się do kształtu mojej dłoni. Jakby chciała powiedzieć - "weź mnie ze sobą"! Mój ci on! - pomyślałam i rześko wpadkowałam go do koszyka. (Potrzebowałam czegoś do używania PO demakijażu oczu, ponieważ mój wodoodporny tusz do rzęs Urban Fatty Mascara to nieprzejednany wojownik i na chwilę obecną muszę zmywać go w 3 etapach). Pomyślałam sobie, że butelka ok - będzie widać zużycie i fajny kolor produktu (aparat przekłamar kolor, w rzeczywistości jest to dość jaskrawy błękit). Po jakimś czasie naszła mnie jednak olśniewająca myśl, że nie wiem wcale czy fakt że dane mi będzie oglądać ten kolor powinnam zaliczyć na plus, ponieważ tak nienaturalny odcień niebieskiego w kosmetyce powoduje u mnie sporą nieufaność. Gdybym jeszcze miała łazienkę w tym kolorze to mógłby sobie stać tak pod kolor łazienki, ale że mam go regularnie ciapać sobie na twarz, to mina może nieco zrzednąć. Nic to - pomyślałam - i postanowiłam chwilowo nie zawracać sobie tym głowy w imię możliwego wspaniałego działania. Rozśmiesza mnie jednak ta zachwalana receptura młodości z algami morskimi - czy ktoś widział w Sopocie algi morskie o modrym kolorze? ;) Zapach kosmetyku jest zaskakująco przyjemny, całkowicie nieprzypominający zapachu alg. Algi wszak śmierdzą okrutnie! Pomna tego faktu, postanowiłam jednak być dzielna w imię piękna. Hmm, niepotrzebnie, zapach nie zatyka, ani nawet za bardzo się nie narzuca. A dziwne, bo w składzie nawet doszukałam się jakiegoś ekstraktu z alg ;)
No to teraz nieco o niedziałaniu tego produktu ;), który ma zapewniać 'łagodny demakijaż, zapobiegać wysuszeniu skóry, jednocześnie skórę zmiękczać i wpływać kojąco na podrażnienia'. Demakijaż jest łagodny do bólu, ponieważ trudno w ogóle powiedzieć, żeby produkt cokolwiek usuwał :D Na początku używałam tylko do zbierania tego, co pozostało na oczach/rzęsach po użyciu mleczka do demakijażu Korres, względnie płynu do demakijażu UD no i na takie kompletne ostatki całkiem się nadawał. Potem już było tylko gorzej, ponieważ wpadłam na jakże bezsensowny pomysł, by używać go zgodnie z przeznaczeniem ;) Próbowałam po prostu zrobić nim demakijaż, także oczu. Elegancko nasączyłam wacik, przyłożyłam do oka, odczekałam, czynność powtórzyłam z drugim okiem, popatrzyłam na siebie w lustrze i miałam ochotę krzyknąć z przerażenia. Nazwanie mnie misiem pandą byłoby niesamowitą obrazą dla zacnego rodu pand. Czarne smugi ciągnęły się pod samą brodę,a na rzęsach wciąż widoczny był tusz. Czynność więc powtórzyłam (wielokrotnie) z użyciem nowych wacików, niestety - konieczne okazało się użycie innego mleczka, które dopiero poradziło sobie z osmoleniem mojej gębuli. Oczywiście bogatsza o nowe doświadczenie, następnym razem próbowałam z kilkoma tuszami niewodoodpornymi - na próżno, z żadnym z nich płyn sobie nie poradził. Złudne okazały się też nadzieje o zapobieganiu wysuszeniu twarzy, nawet powiedziałabym, że produkt wyraźnie się do tego wysuszenia przyczynia. Jeśli wystąpiło jakieś działanie kojące w ciągu tych kilku tygodni używania to także umknęło ono mojej uwadze.
Podsumowując - produkt nie jest wyjątkowo okropny, ale na pewno zbędny. Tak samo nie liczyłabym na nawilżenie ani poprawienie stanu skóry. Ot, można stosować jako ostatnią fazę demakijażu.
Zakończę jednak moim ulubionym tematem, czyli polityką nietestowania na zwierzętach i oficjalnego stanowiska w tej sprawie (przy tym podejściu do klienta i ewentualnych pytań, gdyż dla mnie to się niezaprzeczalnie ze sobą łączy). Cóż, od kilku lat/miesięcy firma idzie chętnie w zaparte, że nie testuje na zwierzętach, ale robi to zaskakująco mało przekonująco. Po pierwsze, cierpliwość nie jest zdecydowanie mocną stroną firmy. Odpowiedzi mailowe brzymią niekiedy jakby osoby odpowiadające były znudzone pytaniem, nawet zahaczają o opryskliwość. Po drugie, firma bardzo mętnie tłumaczy fakt nieposiadania znaczka o nietestowaniu na zwierzętach na opakowaniu oraz fakt, że nigdy nie starała się o miejsce na żadnej nietestującej liście - np. liście OK! Wymówkom nie ma końca, ciągle przewija się temat prawa unijnego i prawa zabraniającego czegoś tam i poszanowania prawa orzez firmę. Tyle że firma nie o poszanowanie prawa była pytana, a o pośrednie wspieranie labolatoriów testujących na zwierzętach, które a) mogą testować nowe, nieprzebadane wciąż w UE składniki b) mogą wszak być umiejscowione poza ramami Unii Europejskiej. Pomijam, że prawo unijne w żadnym miejscu nie zabrania firmom dbania o swoich klientów i zapewniania ich, że przestrzegają np. pewnych wymogów. O braku inicjatywy wejścia na listy nietestujących na zwierzętach firm nawet nie wspomnę, wszak firma sprzedaje swoje kosmetyki nie tylko w Polsce i certyfikat na pewno nie zaszkodziłby jej wizerunkowi. Kanu np. taki certyfikat posiada (lista OK - KLIK) Tutaj więc Ziaja zarobiła u mnie wielkiego minusa i niniejszym osobiście wstawiłabym ich na listę firm niepewnych.



















Sydrom ten pojawił się od niedawna, mniej więcej od czasu kiedy zaczęłam żyć na własnym (no i męża, ale bez ciagnięcia z czyjegoś portfela) garnuszku, a spotęgował się zdecydowanie tu, w Stanach. Bo w stanach wyprzedaż czy też obniżka jest naturalnym stanem rzeczy i jak nie ta, to będzie inna.
Prawda jest jednak taka, że stan ten wcale nie musi utrzymywać się na długo - i zazwyczaj utrzymuje się do zobaczenia stanu portfela ;)
