Showing posts with label do twarzy. Show all posts
Showing posts with label do twarzy. Show all posts

Sunday, February 19, 2012

Liga przęciętniaków

Na fali kosmetycznego rugania, postanowiłam popastwić się jeszcze nad jednym z kosmetyków polskich firm, które obecnie znajdują się w moim posiadaniu. (Pobyt w Polsce chciałam wykorzystać na swego rodzaju testy, niektóre polskie kosmetyki można dostać w Stanach, tyle że za znacznie większe pieniądze. Gdyby się okazało, że mam za czym płakać, to byłabym gotowa nawet te większe pieniądze zapłacić w ramach sympatii do firmy). Dlatego dzisiaj postanowiłam znów uruchomić moją wrodzoną ukąśliwość i podzielić się z wami wrażeniami z używania ziajowej receptury młodości z serii Sopot Spa.


Po zobaczeniu tego produktu spodobała mi się estetyka opakowania i cena. Pożyteczny pomysł z przeźroczystym minimalistycznym opakowaniem, całkiem poręczne zamknięcie, butelka ładnie wpasowała się do kształtu mojej dłoni. Jakby chciała powiedzieć - "weź mnie ze sobą"! Mój ci on! - pomyślałam i rześko wpadkowałam go do koszyka. (Potrzebowałam czegoś do używania PO demakijażu oczu, ponieważ mój wodoodporny tusz do rzęs Urban Fatty Mascara to nieprzejednany wojownik i na chwilę obecną muszę zmywać go w 3 etapach). Pomyślałam sobie, że butelka ok - będzie widać zużycie i fajny kolor produktu (aparat przekłamar kolor, w rzeczywistości jest to dość jaskrawy błękit). Po jakimś czasie naszła mnie jednak olśniewająca myśl, że nie wiem wcale czy fakt że dane mi będzie oglądać ten kolor powinnam zaliczyć na plus, ponieważ tak nienaturalny odcień niebieskiego w kosmetyce powoduje u mnie sporą nieufaność. Gdybym jeszcze miała łazienkę w tym kolorze to mógłby sobie stać tak pod kolor łazienki, ale że mam go regularnie ciapać sobie na twarz, to mina może nieco zrzednąć. Nic to - pomyślałam - i postanowiłam chwilowo nie zawracać sobie tym głowy w imię możliwego wspaniałego działania. Rozśmiesza mnie jednak ta zachwalana receptura młodości z algami morskimi - czy ktoś widział w Sopocie algi morskie o modrym kolorze? ;) Zapach kosmetyku jest zaskakująco przyjemny, całkowicie nieprzypominający zapachu alg. Algi wszak śmierdzą okrutnie! Pomna tego faktu, postanowiłam jednak być dzielna w imię piękna. Hmm, niepotrzebnie, zapach nie zatyka, ani nawet za bardzo się nie narzuca. A dziwne, bo w składzie nawet doszukałam się jakiegoś ekstraktu z alg ;)

No to teraz nieco o niedziałaniu tego produktu ;), który ma zapewniać 'łagodny demakijaż, zapobiegać wysuszeniu skóry, jednocześnie skórę zmiękczać i wpływać kojąco na podrażnienia'. Demakijaż jest łagodny do bólu, ponieważ trudno w ogóle powiedzieć, żeby produkt cokolwiek usuwał :D Na początku używałam tylko do zbierania tego, co pozostało na oczach/rzęsach po użyciu mleczka do demakijażu Korres, względnie płynu do demakijażu UD no i na takie kompletne ostatki całkiem się nadawał. Potem już było tylko gorzej, ponieważ wpadłam na jakże bezsensowny pomysł, by używać go zgodnie z przeznaczeniem ;) Próbowałam po prostu zrobić nim demakijaż, także oczu. Elegancko nasączyłam wacik, przyłożyłam do oka, odczekałam, czynność powtórzyłam z drugim okiem, popatrzyłam na siebie w lustrze i miałam ochotę krzyknąć z przerażenia. Nazwanie mnie misiem pandą byłoby niesamowitą obrazą dla zacnego rodu pand. Czarne smugi ciągnęły się pod samą  brodę,a na rzęsach wciąż widoczny był tusz. Czynność więc powtórzyłam (wielokrotnie) z użyciem nowych wacików, niestety - konieczne okazało się użycie innego mleczka, które dopiero poradziło sobie z osmoleniem mojej gębuli. Oczywiście bogatsza o nowe doświadczenie, następnym razem próbowałam z kilkoma tuszami niewodoodpornymi - na próżno, z żadnym z nich płyn sobie nie poradził. Złudne okazały się też nadzieje o zapobieganiu wysuszeniu twarzy, nawet powiedziałabym, że produkt wyraźnie się do tego wysuszenia przyczynia. Jeśli wystąpiło jakieś działanie kojące w ciągu tych kilku tygodni używania to także umknęło ono mojej uwadze.

Podsumowując - produkt nie jest wyjątkowo okropny, ale  na pewno zbędny. Tak samo nie liczyłabym na nawilżenie ani poprawienie stanu skóry. Ot, można stosować jako ostatnią fazę demakijażu.

Zakończę jednak moim ulubionym tematem, czyli polityką nietestowania na zwierzętach i oficjalnego stanowiska w tej sprawie (przy tym podejściu do klienta i ewentualnych pytań, gdyż dla mnie to się niezaprzeczalnie ze sobą łączy). Cóż, od kilku lat/miesięcy firma idzie chętnie w zaparte, że nie testuje na zwierzętach, ale robi to zaskakująco mało przekonująco. Po pierwsze, cierpliwość nie jest zdecydowanie mocną stroną firmy. Odpowiedzi mailowe brzymią niekiedy jakby osoby odpowiadające były znudzone pytaniem, nawet zahaczają o opryskliwość. Po drugie, firma bardzo mętnie tłumaczy fakt nieposiadania znaczka o nietestowaniu na zwierzętach na opakowaniu oraz fakt, że nigdy nie starała się o miejsce na żadnej nietestującej liście - np. liście OK! Wymówkom nie ma końca, ciągle przewija się temat prawa unijnego i prawa zabraniającego czegoś tam i poszanowania prawa orzez firmę. Tyle że firma nie o poszanowanie prawa była pytana, a o pośrednie wspieranie labolatoriów testujących na zwierzętach, które a) mogą testować nowe, nieprzebadane wciąż w UE składniki b) mogą wszak być umiejscowione poza ramami Unii Europejskiej. Pomijam, że prawo unijne w żadnym miejscu nie zabrania firmom dbania o swoich klientów i zapewniania ich, że przestrzegają np. pewnych wymogów. O braku inicjatywy wejścia na listy nietestujących na zwierzętach firm nawet nie wspomnę, wszak firma sprzedaje swoje kosmetyki nie tylko w Polsce i certyfikat na pewno nie zaszkodziłby jej wizerunkowi. Kanu np. taki certyfikat posiada (lista OK - KLIKTutaj więc Ziaja zarobiła u mnie wielkiego minusa i niniejszym osobiście wstawiłabym ich na listę firm niepewnych

Thursday, February 16, 2012

Nie otynkowana, tylko pomalowana! Słówko o podkładach mineralnych.

O minerałach pisałam na moim poprzednim blogu, pozwolę sobie więc przekleić moje uwagi ogólne dla tych, którzy są ze mną od niedawna. Całą moją poprzednią notkę można przeczytać TUTAJ. Czyli najpierw ogólnie:

Minerały mają kupę zalet i kilka znaczących wad. Największe problemy z minerałami występują na początku ich używania, zazwyczaj jak się dopiero podejmuje decyzję o wypróbowaniu tego typu kosmetyków. Początki zawsze bywają trudne, a już zwłaszcza jak się jest zielonym w temacie jak szczypiorek na wiosnę.

Linie mineralne niemineralnych firm naprawdę rzadko są prawdziwymi kosmetykami mineralnymi! Najczęściej zawierają dodatki tych wszystkich zapychaczy, które dodają do form płynnych, ale że dodają też do kosmetyków minerał w jakiejś formie (najczęściej startej ;) ) to się szumnie ogłaszają jako mineralne. Nie dajmy się ogłupić! No to teraz słówko o problemach z prawdziwymi minerałami:

a) po pierwsze, większość firm mineralnych jest dostępna tylko online i to często trzeba zamawiać je ze Stanów bądź Wielkiej Brytanii (wyjątek: bardzo wysoko ocenione kosmetyki mineralne Pixie Cosmetics)

b) po drugie, ilość firm mineralnych jest przytłaczająca, czasami naprawdę nie wiadomo od czego zacząć

c) zanim zacznie się używać minerałów trzeba często zaopatrzeć się w odpowiednie pędzle

d) zanim nasza buzia zacznie przypominać buzię normalnego człowieka a nie ufo, często trzeba znaleźć własny 'sposób na minerał'. Dotyczy to głównie sposobu ich nakładania oraz bazy pod nie (minerały zachowują się inaczej na różnych bazach, dotyczy to także nałożenia na mokro)

e) nie są najłatwiejsze do użycia w podróży lub w ciągu dnia - mogą brudzić, wysypywać się no i wszędzie trzeba by taszczyć pędzelki ze sobą. I już sobie wyobrażam wielkośc mojej kosmetyczki podróżnej, gdybym musiała tachać ze sobą te wszystkie puzderka, pędzelki, woreczki strunowe, pudry, podkłady, korektory, róże, cienie...

Plusy używania minerałów:

a) efektu, jaki można osiągnąć minerałami, nie da się porównać z niczym. Naturalny wygląd, gładka buzia, ujednolicony koloryt

b) ponieważ podkłady i pudry istnieją w tylu formułach i w tylu odcieniach, można je dobrać idealnie do karnacji i rodzaju skóry

c) naturalnego składu nie trzeba chyba nawet wspominać

d) w przypadku cieni czy róży wybór kolorów jest obłędny

e) z powodu oferowanych próbek bardzo łatwo jest wypróbować ogromną ilość kolorów, niektórych nawet bardzo zbliżonych do siebie, ale odrobinę innych, bez wywalania niepotrzebnie pieniędzy w błoto jeśli kolor nam nie podpasuje

f) próbki starczają na naprawdę długo, więc ogólnie powiedziałabym, że są tańsze od tradycyjnach cieni podobnej jakości

g) kosmetyki mineralne (przynajmniej te prawdziwe mineralne) się nie przeterminowują - dobre dla takich chomików jak ja

h) większość z nich nie uczula i nie zapycha, ALE tu uwaga dla wszystkich osób, szczególnie z problemową cerą: uczulenia na naturalne składniki nie są rzadkością, czasami można być paskudnie uczulonym na któryś składnik. Tylko dlatego, że jakiś kosmetyk mineralny z konkretnym składem nas uczulił, nie trzeba od razu zakładać, że tak będzie z każdym mineralnym składnikiem. Czasami trzeba popatrzeć na skład i, drogą eliminacji, znaleźć ten nas podrażniający

i) na skórze minerały są praktycznie niewyczuwalne i niewidoczne (jeśli są prawidłowo dobrane)

j) wystarczy odrobina, by twarz wyglądała promiennie i zdrowo

k) nie ma niebezpieczeństwa, że zostawią na twarzy odznaczającą się linię (między na przykład podkładem a szyją). Wszyscy kochamy perypetie z widocznym podkładem, prawda? :>

l) skóra w podkładach mineralnych po prostu oddycha, czego nie mogę powiedzieć, żebym doświadczyła z podkładami płynnymi

ł) wiele minerałów zawiera naturalny filtr przeciwsłoneczny, dobre dla osób, którym się nie chce używać prawdziwych kremów z filtrami :> Nawet jeśli nie jest to to samo działanie to lepszy rydz niż nic.

Podkład Everyday Minerals w formule semi matte

Na zdjęciu używany przeze mnie podkład Everyday MInerals. Opakowanie zawiera 5.5g, kosztuje 12 $. Nie uważam tego za wygórowaną cenę. Opakowanie, w którym są sprzedawane pełnowymiarowe podkłady jest takie samo jak opakowanie do pełnowymiarowego różu. Okrągłe plastikowe pudełeczko ma około 6,5 cm średnicy i wyposażone jest w siteczko oraz dodatkowe zamknięcie tegoż siteczka. Zapobiega to wysypywaniu się produktu. Znacznie lepsze rozwiązanie niż przy opakowaniu próbek, z których nieopatrznie zawsze dziwnym trafem "wycieka" mi produkt.

Everyday Minerals Fair Neutral
Skład na zdjęciu powyżej. W opisie napisane jest, że zapewnia mocne krycie. Co prawda nie potrzebuję mocnego krycia, więc nie z takim zamierzeniem go kupiłam, jednak nie zauważyłam przy okazjonalnej niespodziance, żeby krył jakoś fantastycznie - pewnie zależy to od nałożonej ilości i stopień krycia można stopniować. Ja zawsze nakładam ilość minimalną. Najlepiej wygląda nałożony na mokro z hydrolatem (sposów na nakładanie zapożyczony od Emilki (pozdrawiam Cię Emilko :*), która mnie oświeciła jak zapewnić sobie brak pylistej maski na twarzy przy używaniu tego produktu). Nakładam pędzlem flat topem, również z EDM, spryskanym uprzednio odrobiną hydrolatu oczarowego. (Uwaga, aby można było używać tego podkładu w ten sposób, trzeba mieć bardzo dobry rozpylacz, zdecydowanie nie polecam tego ze strony Biochemii Urody, rozpyla za dużo produktu!). Następnie nakładam kolistymi ruchami, w razie potrzeby czynność powtarzam. Podkład na buzi jest kompletnie niezauważalny. Nic się nie odznacza, nie wyciera, nie wygląda nienaturalnie. Nie czuć go na twarzy.

Za co niezmiernie lubię firmę Everyday Minerals, to ich bardzo stanowczą politykę prozwierzęcą (są na wszystkich listach firm nietestujących na zwierzętach, wymagają od dostawców corocznych oświadczeń i dokumentów, że surowce, które skupują nie są testowane na zwierzętach), fachową obsługę klienta i bardzo częste promocje. Za każdym razem kupowałam coś od nich na promocji. Co mi się też bardzo podoba to fakt, że można zamówić próbki (5 próbek) w dowolnej grupie kolorystycznej. Sama zamówiłam już 10 próbek (jaśniejszy zestaw na zimniejsze dni i ciemniejszy na lato). Darmowe próbki poszczególnego zestawu (danego koloru, np. light albo fair albo medium) można zamówić raz. Każdy kolejny raz będziemy musieli za próbki zapłacić 5 dolarów. Tłumacząc jeszcze raz - jeśli chcemy wypróbować kolor fair, dostaniemy 4 czy 5 próbek formuł za darmo w tym właśnie odcieniu (kolor fair w formule original glo, semi matte, matte itp). Jeśli chcemy następnym razem zamówić wersję próbek light, bo fair nam nie odpowiadało, znów dostaniemy je za darmo. Jeśli po tym nie będziemy wciąż pewni, który kolor i formuła odpowiadajł nam najbardziej, możemy zamówić próbki w kolorze light czy fair jeszcze raz, ale tym razem płacąc za nie 5$. Uuuf ;)

Niestety nie jestem w 100% pewna jak to wygląda w Polsce, na pewno jednak ich amerykańska strona jest bardzo przyjemna.

Podkładu używam od około roku, acz sporadycznie. Uważam go za wydajny, bo mi wystarczy naprawdę odrobinka. Jestem z niego zadowolona, choć nie wiem czy jest to mój mineralny kosmetyk doskonały. Na razie próbowałam tylko podkładów z EDM i Lucy Minerals, te ostatnie okazały się dla mnie niewypałem. Czy polecam? Absolutnie, podkłady jak najbardziej warte wypróbowania.

Sunday, February 5, 2012

Organix Skincare

Wreszcie jakaś recenzja. Dziś parę słów o jednym z moich ulubionych kosmetyków.


Producent: Znalezienie czegoś o firmie Organix graniczyło z cudem. Produkt nie ma swojej własnej strony. Po pewnym czasie zorientowałam się, że jest to marka B.4.U. (izraelskiej firmy kosmetycznej) i trzeba ewentualnie szukać czegoś o tym kosmetyku tam. Oto ich strona http://www.b4you.co.il/default.asp.

Polityka testowania na zwierzętach: rzekomo żadna ich marka nie jest testowana na zwierzętach. Rzekomo, ponieważ nie piszą o tym na stronie internetowej, a na maile odpisują dość lakonicznie. Jednak w mailu zaznaczyli, że ich produkty nie są testowane na zwierzętach, a ponadto są sprzedawani przez sklepy, które zaznaczają, że wszystkie sprzedawane w ich sklepie produkty nie są testowane na zwierzętach. Jednym słowem - raczej tak, ale 100% pewności nie mam. Kupiłam kiedy wydawało mi się, że zwykłe zapewnienie produkcenta o nietestowaniu wystarczy. Obecnie zaczęłam nabierać pewnych wątpliwości.

Opakowanie: całkiem wygodny w użyciu słoiczek. Niektórym może nie podobać się fakt, że trzeba w niego regularnie pchać łapy, mnie jednak podoba się takie ekologiczne szklane rozwiązanie (można po użyciu sobie zostawić na inny krem albo oddać do recyclingu).

Wydajność: trudno mi coś więcej powiedzieć, przy nieregularnyn stosowaniu mam go już z ponad pół roku.

Skład: rzekomo 98,75% składu jest pochodzenia naturalnego, jednak nie do końca wiem o co im z tą deklaracją chodzi. Podobno w Stanach nie ma regulacji przewidujących dokładnie co jest pochodzenia naturalnego a co nie, dlatego słowo 'natural' nie oznacza nic. Dopiero użycie 'organic' coś znaczy. Jak jest w Izraelu - niestety nie wiem. Posiadają natomiast certyfikat EcoCert (który rzeczywiście poświadcza naturalność kosmetyku, natomiast nie jest niestety dowodem polityki nietestowania na zwierzętach). Jednak kosmetyk ma bardzo długą datę ważności, dlatego z pewnością zawiera odpowiednią ilość konserwantu.


Działanie: jeden z najlepszych kremów do twarzy, jakie kiedykolwiek wpadły mi w ręce. Kremu używam od kilku miesięcy, być może nawet ponad pół roku, jednak nieregularnie. Jestem osobą, która nie używa codziennie kremu jeśli moja skóra się tego nie domaga. Zazwyczaj nie mam strasznych problemów z cerą i po preparaty pielęgnacyjne sięgam, gdy zaczyna się z nią coś dziać albo warunki atmosferyczne są wyjątkowo niesprzyjające. Ponieważ jednak mam cerą mieszaną, kiedyś z bardzo świecącym się czołem, oraz dość mocno wysuszone policzki, nie jest łatwo znaleźć mi krem, który by nie pogarszał mi stanu cery. Zazwyczaj  jakikolwiek użyty drogeryjny krem robił mi na gębuli jesień średniowiecza, więc po licznych próbach po prostu dałam sobie z kremowaniem spokój. Aż zaciekawiona trafiłam kiedyś na to cudeńko. I to był prawdziwy strzał w 10. Krem ma wspaniałą konsystencję (ja mam wersję na noc), świetnie się wchłania i pozostawia skórę gładką i nawilżoną. Nie zapycha i nie natłuszcza, ale poprawia stan przesuszonej skóry. Nie powoduje nadmiernej produkcji sebum! Jest to krem naprawdę świetny w zimie, kiedy nasza skóra potrzebuje dodatkowej ochrony i nawilżenia po ciężkim dniu i wystawianie jej na mrozy. Bardzo dobrze oddziałuje na skórę, na której mamy uczucie ściągnięcia po użyciu innego kosmetyku. Nadaje się także na lato, nie jest za ciężki.

Dostępność: podobno dostępny w niektórych polskich sklepach, sama widziałam go w jednej z wrocławskich mydlarni.

Cena: trudno mi powiedzieć dokładnie, ja swój kupiłam za połowę ceny (7$) na promocji w Stanach. W Polsce kosztuje chyba ok. 30 zł.

Ogólna ocena: 5/5. nie mam do kremu jak na razie absolutnie żadnych zastrzeżeń. Serdecznie polecam :)

Do tej pory był to jeden z moich ulubionych kremów pielęgnacyjnych, chociaż w zaufaniu powiem że chyba rośnie mu (naturalny) konkurent. No ale o tym na razie cicho sza ;)

Tuesday, January 10, 2012

Kosmetyczne postanowienia noworoczne, czyli wziąć byka za rogi

Postanowienia nie mają sensu, jeśli nie weźmiemy się za nie odpowiednio szybko, na tyle szybko by móc je wcielić w życie. Jedno z wymienionych przeze mnie postanowień jest używać wreszcie filtrów - zwłaszcza teraz, kiedy zaczynam przygodę z Los Angeles, miejscu wiecznego słońca.

Będąc w LA nie sposób nie skorzystać z ich bogatj oferty kosmetycznej przeróżnych sklepów. Ostatnio wspominałam nawet o jednym z moich ulubieńców ostatnich czasów - Trader Joe's. Tam też skierowałam swe kroki:



Zobaczymy jak będzie się sprawować. Dla mnie filtry to nie jest prosta sprawa, nienawidzę ich na twarzy i zazwyczaj nie moszę. Coś jednak jest takiego w tym preparacie, że ładnie się wchłania i nie tłuści mi twarzy. Zapach ładny, migdałowy. Być może nawet wytrwam w postanowieniu regularnej aplikacji. Jeśli tak to na pewno zrecenzuję po dłuższym używaniu.


A tu skład jakby ktoś był zainteresowany (nie jest świetny, wiem).

Lecę powygrzewać się bezkarnie w słońcu! :) (U nas jest samo południe).

Sunday, November 20, 2011

Zrób to sama! :)

W zasadzie z robieniem kosmetyków jest mi nie zawsze po drodze - zabieram się, zabieram i jakoś nigdy nie mogę się ostatecznie zebrać - a to nie mam wystarczającej ilości składników, a to wydaje mi się drogo, a to czasu nie mam, a to trzeba coś zużyć - aleeeee dobry przepis nie jest zły!

Próbuję się pozbyć końcówek kosmetyków na okolicznośc przeprowadzki. Niestety jednak jestem takim roztrzepańcem, że stale natykam się w domu na coś otwartego a nieskończonego. Ostatnio właśnie zdałam sobie sprawę, że na półce wciąż zalega mi olejek migdałowy, a ja zupełnie nie mam pomysłu co tym razem by tu z nim zrobić. Druga sprawa to taka, że właśnie wykończyłam opakowanie mojego ukochanego, ulubionego pomarańczowego olejku myjącego z Biochemii Urody, na którego punkcie mam kompletnego fioła, ale którego nie mogę kupić w Stanach. Musiałabym go ściągać z Polski (i to przez rodzinę), a na takie operacje nie mam chwilowo ani siły ani ochoty. Dlatego, po raz kolejny sięgnęłam do głębokiego zaplecza internetowego i... eureka!

Kochani, przedstawiam Wam przepis na olejek do demakijażu (przepis pochodzi ze strony http://hungeree.com/?p=1326 i jest odpowiednio zmodyfikowany, po pierwsze ze względu na mnie samą - podmieniłam olejki, po drugie z uwagi na użycie w przepisie amerykańskich uncji). No to lecimy!

Mniej więcej wszystko, czego możecie potrzebować, znajduje się na zdjęciu poniżej:



Od lewej strony: olejek ze słodkich migdałów, pomarańczowy olejek eteryczny, hydrolat oczarowy, hydrolat różany. Jedyne, co poza tym może Wam się przydać to mała buteleczka (wskazana pojemnoiść to ok. 4 oz., czyli ok. 118 ml, ale ja zrobiłam na wszelki wypadek połowę przepisu co by nie marnować składników jeśli nie polubię gotowej mieszanki):



Przezroczysta buteleczka nie jest konieczna, ale pomaga nie zapomnieć o wstrząśnięciu przed użyciem ;)

Składniki mieszamy w proporcjach (tutaj podaję przepis zmniejszony o połowę ponieważ uważam, że dobrze jest najpierw sprawdzić czy go lubimy):

Składniki:

2 łyżki stołowe oleju ze słodkich migdałów ( w oryginalnym przepisie była oliwa z oliwek, ale ja wolę olejek ze słodkich migdałów, pozostawiam to już Waszemu uznaniu), w moim przypadku Aura Cacia
1 łyżka hydrolatu oczarowego (u mnie z BU)
1 łyżka hydrolatu różanego (też z BU)
5 kropel pomarańczowego olejku eterycznego ( w moim przypadku Aura Cacia)

Przepis:

Po prostu wlewamy do buteleczki ;)

Gotowa mieszanka wygląda tak:



A tak wygląda mieszanka w postaci wstrząśnietej:



Muszę powiedzieć, że użyłam go na razie raz, ale buzia była po nim bardzo gładka i miła w dotyku. Ale dokładniejszą relację zdam może kiedyś indziej ;) Produkt może odrobinę dziwnie pachnieć (pomarańcza plus oczar plus róża), ale nie jest to jakiś bardzo narzucający się zapach.

Saturday, October 22, 2011

Sezon polowań na wyprzedaże uważam za... zamknięty

Mały bonus (znalezione na internecie) dla ukojenia nerwów ;)




Kilka fotek tego, co udało mi się upolować: (wiem, że tego na topie jest używanie słowa haul, ale jakoś wybitnie nie mogę go zdzierżyć. Może dlatego, że ten blog miał mi odrobinę pomóc czasami mieć więcej kontaktu z ludźmi i kulturą polską, a haul mnie tak okropnie, tak strasznie gryzie w oczy. Oczywiście można się czepiać, że na przykład design mnie już tak nie gryzie, ale co poradzić - jam tylko człowiek ;):

Na początek krem do twarzy:



Tak wygląda opakowanie:



A tak skład:



A to mój krem do rąk (nawet udało mi się dorwać zapach grantu):



Opakowanie:




I skład:



Ceny produktów były śmiesznie niskie na promocji (jak już wspominałam, 3,50$ zamiast 12,50$ i 7$ zamiast 27$ czy jakoś tak), a ja od dawna chciałam wypróbowac coś tej firmy. Weleda i inne niemieckie marki są jednak w Stanach droższe niż w Europie i zdecydowanie nie chciałam ich kupować za oferowaną cenę, tym bardziej, że dużą pojemnością to one nie grzeszą. Ale przy takich cenach to... czemu nie. Pierwsze wrażenia nie są jednak u mnie przepojone euforią: zapachów nie mogę uznać za wybitnie udane. No cóż, mam nadzieję, że działanie wynagrodzi mi moje rozczarowanie w tej kwestii ;) Co uważam za bardzo udane u tej marki to projekty ich opakowań. Kolory są ładne, przykuwające uwagę, aż zmuszają mnie do myślenia łagodna pielęgnacja. Opakowanie różanego kremu ma bardzo ładny odcień różu (którego de facto jako koloru nie lubię, ale tu mi się bardzo podoba). Tak więc projekty kartoników - super, może samych tubek odrobinę mniej,a le i tak na plus.

Od pewnego czasu cierpię na chroniczny sydrom wyprzedaży. Nie to, żeby to było coś niebezpiecznego, nie jestem uzależniona ani nie mam fioła na tym punkcie, ale niepokojące jest to, że mam wrażenie, że od tego oszczędzam pieniądze Sydrom ten pojawił się od niedawna, mniej więcej od czasu kiedy zaczęłam żyć na własnym (no i męża, ale bez ciagnięcia z czyjegoś portfela) garnuszku, a spotęgował się zdecydowanie tu, w Stanach. Bo w stanach wyprzedaż czy też obniżka jest naturalnym stanem rzeczy i jak nie ta, to będzie inna.
Co mnie zastanawia to to niewyjaśnione uczucie euforii po dokonaniu zakupu na wyprzedaży Prawda jest jednak taka, że stan ten wcale nie musi utrzymywać się na długo - i zazwyczaj utrzymuje się do zobaczenia stanu portfela ;)

Saturday, August 13, 2011

Sos dla swędzącej skóry głowy

Ostatnio na moim ciele panuje prawdziwa Sodoma i Gomora. Na twarzy mnie obsypało, zaczęły wypadać mi na potęgę wlosy (??), do tego wszystkiego zaobserwowałam bardzo nieprzyjemne uczucie swędzenia skalpu od czasu do czasu. Mam wrażenie, że to moje ciało mści się za niechlujne karmienie go podczas wakacji (pod koniec wymarzonego urlopu nie było już..ekhem ekhem, pieniędzy na zdrowe odżywianie, więc jadło się tanio i szybko :>), ale na wszelki wypadek zmieniam pielęgnację włosów, odstawiam wszelkie używane kremy i specyfiki do twarzy oraz być może złapię nawet jakieś suplementy. Dietę oczywiście już zmieniłam na zbilansowaną, pożywną i zdrową, ale efekt po tygodniu tak szybko się pewnie nie pojawi, więc na to poczekam cierpliwie.

Dziś chciałam więc wam zdradzić moje SOS dla swędzącej skóry głowy. Drapanie nic nie pomoże, czesanie też nie, mycie nie pomaga, ale jest coś, co powoduje u mnie natychmiastową ulgę - i jest to żel aloesowy,

O moim ulubionym żelu Jason Natural Cosmetics pisałam W TEJ NOTCE na moim starym blogu, ale, dla przypomnienia, wkleję Wam zdjęcie tego specyfiku:

Jason Natural Cosmetics żel aloesowy
Nałożony na skórę głowy żel przynosi natychmiastową ulgę. Ponieważ się nie klei, włosy nie wyglądają na oklapnięte i absolutnie nie trzeba ich myć po takim zabiegu. Kiedyś, używając go regularnie, zaobserwowałam, że pojawiło mi się na głowie dużo nowych, króciutkich włosków, więc być może ten żel nawet stymuluje porost nowych włosów. Trochę także podnosi włosy u nasady (ale naprawdę minimalnie), więc czasami poprawia też ich wygląd, żeby nie były takie oklapnięte.

Jedyne, co musimy zrobić to wmasować żel w skórę głosy. Możemy go też zwyczajnie wklepać, jeśli ktoś woli, ale ponoć masowanie jest lepszym rozwiązaniem.

Kolejnym plusem tego produktu jest naturalny skład - normalnie jestem bardzo ostrożna z tym, co wklepię gdziekolwiek w okolice moich cebulek włosowych, ale ten żel nie stresuje mnie w ogóle. Jednym słowem - polecam wypróbować. Jak pisałam w poprzedniej notce, w Polsce do dostania m.in. w sklepie www.helfy.pl.

Edit: jak już piszę o tym dobrym składzie to go chociaż dopiszę ;)

Skład: Aloe Barbadensis (Aloe Vera) Leaf Gel, Aqua (Purified Water), Vegetable  Glycerin, Allantoin, Polysorbate 20, Panthenol (Vitamin B5), Potassium Carbomer, Arginine, Natural Menthol, Benzyl Alcohol, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, Chlorophyllin - Copper Complex, Fragrance Oil Blend. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...