Showing posts with label do włosów. Show all posts
Showing posts with label do włosów. Show all posts

Friday, July 31, 2015

Olejkownia


Mój narzucony samej sobie zakaz kupowania nowych kosmetyków spowodował, że sięgnęłam do mojego zaplecza kosmetykowego i wreszcie zaczęłam wykańczać co mam. A miałam dużo, oooj dużo. Część kosmetyków nie przeżyła moich wiecznych przeprowadzek, część poleciała z moją mamą z powrotem do Polski, zasilając liczne szeregi kosmetykowych żołnierzy u niej. Czyli pewnie się kurzą.

Tak czy siak, ponownie odkryłam i prawie wykończyłam ten olejek. Prawdę powiedziawszy to wcale go nie chciałam. Poszłam do Tj Maxxa w celu kupienia olejka w sprayu. Niestety takiego olejka co to by był naturalny, w sprayu i jeszcze z w miarę niekosmiczną ceną nie było, więc ze zrezygnowaniem wybrałam ten. Wybrałam, wypróbowałam i odstawiłam na półkę. (A dokładniej to do pudła z kosmetykami, bo akurat ani na półce. ani w szafce ani nigdzie indziej miejsca już na niego nie było )

Na szczęście olejek wygrzebałam i ponownie zaczęłam używać. Muszę powiedzieć, że kilka rzeczy mnie w nim zauroczyło. Po pierwsze zapach. Czasami olejki potrafią doprowadzić mnie do szału swoim zapachem, ale temu się udało tego nie zrobić. Po drugie, olejek... no wiadomo, jest oleisty, w związku z czym klejący  , ale ten przynajmniej nie jest ciężki. Niestety olejek ma też wady i jedną z głównych jego wad jest dość słab,y jak na tego typu kosmetyk, skład:


Działanie jak i przy innych olejkach - jeśli jesteś zmotywowana do regularnego używania, to zapewne działa cuda Smiley Ogólnie dobrze mi się go używało i zapewne kupiłabym ponownie, a za często nie mogę się poszczycić kupowaniem tych samych kosmetyków ;) Jest więc solidny komplement w stronę kosmetyku.

Zalety:
+ zapach
+ konsystencja
+ kosmetyk całkowicie wegański
+ po prostu przyjemny w użyciu

Wady:
- skład
- cena: kupiłam go w TJ Maxxie, ale normalna cena to prawie $18, a to jest naprawdę niemało za taką pojemność i w życiu bym za niego tyle nie dała

Monday, October 8, 2012

Mania olejowania

Na początek to ja się Wam muszę porządnie wyżalić, aka wyjojczeć.  Mam nadzieję, że się nie narażę niektórym z Was, ale jakoś tak czuję, że chcę zabrać głos w debacie pt. moda.

Im więcej siedzę w temacie, tym bardziej czuję, że zaczynam mody, jako zjawiska społecznego, nie cierpieć.  Określenie fashionistka doprowadza mnie do śmiechu - a cóż to za cudak? Określenie charakteru? Negatywne czy pozytywne? Toż to rzeczownik, proszę was, - to jak jest? Jestem Polką, jestem emigrantką, jestem fashionistką?  Chodząc po różnych blogach też nie zawsze wiem jak mam się ustosunkować do panującego w blogosferze/necie pojęcie mody.  Pal to licho jak chodzi o zabawę ubraniami i kombinowanie stroju, ale jak słyszę, że coś jest wiocha/tandeta/kicz, to mnie trzepie.  Najgorsze jest jednak określenie "moda jak z bazaru".  Powiem szczerze, że śmiać mi się chce, bo od kiedy zarabiam w USA to stać mnie na modne marki typu Ralph Lauren, Tommy Hilfiger, Guess, Pierre Cardin, Anne Klein, Calvin Klein, Donna Karan, Maggy London czy inne, nawet droższe,  i równie dobrze mogłabym określić te wszystkie krzyczące jak to w Polsce panuje moda bazarowa tym samym hasłem - ubrania jak z bazaru, jeśli się je porówna do kosztownych ciuchów z butiku.  Ktoś ma zabawę z ciuchami - fajnie, ale żeby robić z tego kwestię życia lub śmierci, pochodzenia ( "a bo to takie wiejskie"), statusu społecznego ("zajeżdża taniochą i tandetą") to już chyba lekkie przegięcie.  Pomijam fakt jak widzę takie babeczki co to wszystkich zjeżdżają, a same nie widzą, że coś im nie pasuje, ale jest modne - to trzeba nosić!, to wywracam oczami.  Nie każdemu pasują rurki i nie każdy dobrze wygląda w botkach, color (pisownia amerykańska, celowo nie piszę colour) blocking czasami wygląda ok, ale w niektórych sytuacjach nie pasuje. Itd itp.  Trochę dystansu do siebie, świecie modowy!  Posiadanie własnego stylu, wyrażanie własnego charakteru w sposobie ubierania - nie ma w tym nic złego, niech Wam wyjdzie na zdrowie.  Ale wywyższanie się nad innymi, bo ktoś jest modny - jaka to zasługa i jaka to cnota, to "fashionistkowanie"?

No dobra, wygadałam się ;) Teraz pora na na tematy kosmetyczne, bo dawno już o tym nic nie było.  Dziś o mojej (nie znów tak) nowej miłości do olejków.  Jak zapewne wiecie, na blogach kosmetycznych wszelakiej maści od dawna głośno o olejkach przeróżnych firm, o różnym bukiecie zapachów, składów i przeznaczeniu.  Kto śledzi mnie od czasu, kiedy blog był bardziej żywotny ;), ten wie, że Linus i balsamy/masła do ciała nie pałają do siebie zbyt ciepłymi uczuciami i w linusowym sercu zdecydowanie znajduje się miejsce na jakiś inny specyfik do pielęgnacji skóry.  A że kosmetykami wielofunkcyjnymi, skórno-włosowymi, wzgardzić się nie da... Stąd uwaga linusowa skierowana została na oleje.

Temat nie jest mi całkowicie nowy.  W swojej kolekcji posiadałam już olej kokosowy (2 różnych firm) , migdałowy (także 2 różnych), rycynowy i olej z pestek malin ( skombinowane z przeróżnymi olejkami eterycznymi, a także zmieszane same z sobą).  W moje łapki wpadła też jaśminowa Amla, której zapach na włosach oczarował mnie na wiele ładnych tygodni.  Niestety, pomimo długiego używania, bardzo ciężko mi wyrobić sobie zdanie na temat różnych olei, wybrać faworytów i jednoznacznie ocenić: to pomaga, a to nie.  Ponieważ nie obdarzyłam żadnego z olei płomiennymi uczuciami, postanowiłam, że... no cóż, że warto może uzbroić się w kilka innych olejków, a nuż któryś z nich okaże się ideałem?  Oczywiście, jak to Linus, wpadłam w szpony promocji i wyprzedaży, w związku z czym za połowę ceny zakupiłam kilka różnych rodzai olejków.  Na początku chodziło mi przede wszystkim o włosy - przez jakiś czyas zdecydowanie za mało o nie dbałam i wiedziałam, że pora intensywnie zabrać się za maski, odżywki i olejowanie.  Z myślą o włosach najpierw "popełniłam" zakupy włosowe podczas mojej wizyty w TJ Maxxie. 


Serum do włosów oparte na olejkach?  Muszę powiedzieć, że wyglądało zachęcająco.  Chwilowo mam dość bawienia się w mieszanie olei i czytanie co dobre dla jakiego typu włosów - po prostu nie starcza mi na to czasu.  Wiem wiem, pewnie wyszłabym na tym lepiej i miałabym bardziej naturalny skład... No ale znając mnie, to i tak nie potrafiłabym użyć specyfików w przepisanym czasie, więc trochę konserwantów to akurat mnie się pewno przyda... 

Skład możecie przeczytać sobie na zdjęciu poniżej.  Po lewej stronie znak króliczka i zapewnienie, że firma nie testuje na zwierzętach ( tak wiem, lista to to nie jest... ale zawsze to większa szansa, że faktycznie są, jak się deklarują, cf). 


Kolejnym olejkiem, na który napadłam w sklepie, był olejek do włosów w sprayu.  Doszłam do wnioksu, że to po prostu najlepsze, najwygodniejsze wyjście, przynajmniej na razie, jak dbać o moje włosy mogę w zasadzie tylko w biegu.  Pierwszym produktem tego typu był ten oto specyfik:




Podobał mi się pomysł mgiełki do włosów, gdyż dał mi nadzieję, że być może, dzięki odpowiedniej końcówce, nie przeciążę sobie włosów olejami (ileż to razy napaćkałam się tak, że nawet szampon nie mógł sobie poradzić z tym... Wciąż mam nadzieję, że to jest dobre rozwiązanie dla osób jak ja, olejujące "od serca").

Także możecie przybliżyć sobie skład (bo całoście to niestety nie widać :/) :


Ale, ale, tu moja przygoda się oczywiście nie kończy, ponieważ jak Linus wpadnie w manię testowania, to już wpadnie... Któregoś dnia wybrałam się na zakupy do supermarketu i wpadłam na 50% wyprzedaż produktów firmy J.R. Watkins.  Olejki Watkinsa chciałam wypróbować już jakiś czas temu, ale jakoś ciągle było coś - a to wydawały mi się za drogie, a to miałam inne rzeczy do kupienia na liście, a to mąż kręcił nosem (olej do ciała? Będziemy mieli steki z Linusa czy jak?? :D) i inne takie. Oto co udało mi się upolować:


Cytrynowy olejek do ciała i kąpieli. 

Skład: grapeseed oil, macadamia ternifolia seed oil, apricot kernel oil, avocado oil, lemon peel oil, safflower seed oil, aloe barbadensis leaf extract, tocopheryl acetate. 

Brzmi interesująco i pachnie zabójczo.

Kolejne 2 olejki są wynikiem mojego niezdecydowania odnośnie zapachu.  Po przyniesieniu do domu myślę, że moim ulubieńcem został grapefruit, ale olej kokosowy i miód także nie brzmi strasznie ;) Oba to olejki do ciała w sprayu, a oto ich skład: 

apricot kernel oil, isopropyl myristate, 100% natural fragrance, tacopherol



A tu jeszcze cała Watkinsowa rodzinka:



Czekam na opowieści o waszych doświadczeniach z olejkami, zwłaszcza próbami z nowymi firmami.  Wiem, że na rynku jest obecnie masa olei oraz mieszanek olei i, jak dotąd, nie spotkałam się z jednoznacznie negatywnymi opiniami na temat jakichkolwiek z nich.  Niektóre działają słabiej, inne macniej, niektóre pięknie pachną, inne po prostu śmierdzą... ale jednak nikt nie mówi, że ich działanie to kompletna bzdura.  Domyślam się jednak, że na konkretne efekty to jednak trzeba trochę poczekać, szczególnie na włosach - no a mi, niestety, często brak cierpliwości.  Pomagają mi zapachy, za którymi przapadam - mam nadzieję, że będzie tak i w tym wypadku. 

Monday, September 17, 2012

Andalou Naturals, plotki plus Wendy

Ten ciągły, nieopuszczający mnie brak czasu. Oczywiście z zamiarem napisania nowej notki noszę się od dawna, ale ciągle coś staje mi na drodze. Brak chwili wytchnienia, obowiązki domowe, próba wetknięcia 4 przygotowanych domowych posiłków, ale też brak odpowiedniego światła do zdjęć albo coś, co nagle wyskakuje i musi być załatwione już, teraz, natychmiast.

Więc tak ogólnie to u mnie nastąpiła w ostatnim czasie masa zmian. Już nie mieszkam w wielkim Los Angles, miejscu gdzie można dostać wszystko o każdek porze dnia i nocy i z każdego zakątka świata. Powiem Wam jednak, że pokochałam Dakotę Południową, gdzie obecnie rezyduję. Czuję, że jest znacznie bliżej domu - nawet w powietrzu wyczuwam znajomy zapach lasów iglastych. Poza tym mówcie sobie co chcecie, ale tęskniłam za porami roku. Jesień, jakże się cieszę, że znów będę mogła podziwiać zmieniające kolory liście w jesiennym płaszczyk!

Kolejna nowość to taka, że nie jestem już osobą bezrobotną. Wprost przeciwnie - chwilowo mam dwie prace, ale o tym nie chce mi się  nawet myśleć, co dopiero pisać. Jednak ma to określony wpływ na mój tryb życia, w tym także na mój system i styl zakupów. Po pierwsze, nie mam szybkiego i łatwego dostępu do każdej firmy i nowości kosmetycznej, jaka mi się zamarzy. Problemem jest znalezienie wielu moich ulubionych marek cf. Często też nie mam czasu na szukanie godzinami po necie polityki każdej konkretnej firmy, która twierdzi, że jest cruelty - free, co często ma taki efekt, że muszę pójść na kompromis sama z sobą i kupować niektóre kosmetyki wedle zasady - nie należy do wielkiego koncernu, jest firmą promującą się jako nietestująca na zwierzętach i naturalną, miejmy nadzieję, że naprawdę jest.

Głównym miejscem, w którym obecnie zaopatruję się w moje kosmetyki, jest obecnie lokalny TJ Maxx. Właśnie tak odkryłam też firmę Andalou Naturals. (Możecie mi wierzyć, że oryginalna, amerykańska wersja TK Maxx, TJ Maxx właśnie, jest zdecydowanie tańsza i znacznie bardziej interesująca od jej europejskiego odpowiednika. Zdecydowanie nie byłam pod wrażeniem naszego wrocławskiego TK Maxxa podczas wizyty w Polsce.)





Na całe szczęście Andalou Naturals posiada znaczek The Leaping Bunny, co oszczędziło mi sporo problemu z próbami wykombinowania czy jest to firma ok czy nie. W swoim posiadaniu mam też wersję sunflower & citrus, ale nie miałam okazji jej jeszcze wypróbować ani zrobić jej zdjęcia. Szamponu używam już co najmniej od 2 tygodnie, ale jakoś wciąż nie mogę wyrobić sobie o nim ostatecznego zdania. 340 ml kosztowało mnie 5.99$, oryginalna cena to 10$. Szampon nie zawiera sylikonów. Cudownie pachnie, używanie go to czysty koncert zmysłów, dobrze się pieni i jest bardzo wydajny. Natomiast usztywnia moje włosy (co mi zazwyczaj nie przeszkadza, ale obecnie jestem w fazie szukania sensownej odżywki i mam pewne problemy z jej znalezieniem) i ostatnio nie poradził sobie ze zmyciem mieszanki olei. Myślę, że do czasu wykończenia całej buteleczki zdążę sobie o nim wyrobić opinię.

Teraz czas na mały offtop. Nie wiem czy kiedykolwiek się do tego przyznałam, ale mam kompletnego, niewytłumaczalnego świra na punkcie szalików. Moja fascynacja szalikami zaczęła się 3 lata temu i miałam nadzieję, że minie tak szybko, jak nagle się pojawiła. Na próżno, mania szalikowa prześladuje mój portfel (i mojego małża ;) do dziś. Ostatnio zebrałam się w sobie i przeliczyłam moją kolekcję... przyznaję się oficjalnie, że doszłam do 54 sztuk.... Na swoje usprawiedliwienie dodam, że nie szaleję za torebkami jak inne dziewczyny oraz nie stosuję żadnych używek :D  Szaliki i apaszki noszę prawie codziennie, uważam, że są fantastycznym dodatkiem do każdego zestawu. Wszystkim zarażonym szalikowym maniactwem chciałabym zadedykować filmik
Wendy - mojego najnowszego guru w sprawach ubioru. Zobaczcie same - czy ta kobieta nie jest niesamowita?

 
 

 

Wednesday, June 27, 2012

Kosmetycznie, dietetycznie




Witam wszystkich, wciąż śledzących mojego bloga :*

Kochani, jak sami wiecie, ostatnio w kręgach CF nastroje bywały różne. nawet i mnie się udzielił powszechny niepokó i pytanie krążące niejako w powietrzu pt. Co dalej?

Sprawa wygląda tak,  że nic dalej. Moje zdanie na temat testowania kosmetyków ma zwierzętach się nie zmieniło, więc idę po rozum do głowy i powracam w znów optymistycznym humorze. Przyznam szczerze, że trochę mnie ostatnie tygodnie zmaltretowały; jak nie problemy w domu, to problemy z pracą, jak problemy z pracą, to problemy pieniężne, jak problemy pieniężne - to problemy z rodziną. Ale szczerze? Będzie dobrze, tego nauczyła mnie at,osfera w Stanach. Kocham tę mentalność! Co by się nie działo, to się w końcu przecież poukłada, trzeba tylko się nie załamywać.

Kiedy nie pisałam bloga, dokonałam zaskakującego odkrycia,  że wciąż przybywa mi czytelników. Jest to o tyle właściwie zaskakujące, że obecnie blogi pisze masa dziewczyn, które codziennie dodają notki, bardzo często robią rozdania i  łatwo się znudzić blogami, które tego nie robią. Tym bardziej Wam dziękuję za uwagę. Przy okazji odkryłam,  ze wiele z Was prowadzi lub zaczyna prowadzić własme blogi, na których wspominacie o testowaniu na zwierzętach - super, kibicuję Wam z całego serca.

Żeby zupełnie nie zbaczać z tematów kosmetycznych, to Wam powiem, że znów zaczęłam rozglądać się po mniejszych firmach kosmetycznych... i nie jest źle. W ogóle nie jest źle, zwłaszcza, że sporo takich firm nie testuje. Tak samo, jak nie testuje większość polskich firm. Z pewną pokorą wróciłam też do firm mineralnych.

Earth Science jest firmą naturalną, niezbyt tanią, ale nieprzyprawiającą cenami o palpitacje serca, interesującą. Oczywiście, jak przystało na firmę pojawiającą się tym blogu, nie testują swoich kosmetyków na zwierzętach. Na zdjęciu powyżej znajduje się ich maska do włosów olive&avocado. Jest to maska nad maskami, jedna z niewielu, które stawia moje kłaki na nogi nawet jak prawie spalę sobie włosy.... :> (Nie pytajcie o szczegóły, mały wypadek przy domowym farbowaniu.... :>) Ja widzę różnicę w kondycji włosów już po 3 użyciach, aczkolwiek ostatnim razem konieczne było potrzymanie jej na moim blondyńskim łbie aż godzinę :> No w każdym razie ja polecam wypróbować. Jak mnie na moją głupotę pomogła, to i Wam musi pomóc, rady nie ma ;) Maseczka jest dość przyjemna w aplikacji i ma bardzo delikatny zapach. Nie zawiera też parabenów.

Dziś notka nieco pomieszana, kosmetykowo - dietowa, z naciskiem na dietowa. Nie wiem jak Wy, ale Linusiątko to ma niestety taką przywarę, że jak ma dołek to zaczyna wcinać masowo jak małe prosiątko i to zazwyczaj wiele rzeczy, które mu wpadnie w łapki. Zwłaszcza rzeczy, które nie powinny być uważane za zjadliwe :> Na efekty takiego stanu co prawda nie musiało zbyt długo czekać, ale na łocy przejrzało dopiero jak próbowało udokumentować fotograficznie podróż przez kilka Stanów z Kalifornii do Midwest. Ło matko, to naprawdę JA? No więc - dieta. Tym razem nieco bardziej zaplanowana niż poprzednim razem. W ruch poszły znów moje ukochane książki z serii Flat Belly Diet (o których wspominałam w tej notce - KLIK!) i jeszcze raz stwierdzam to samo - ta dieta jest absolutnie cudowna, rewelacyjna i w ogóle niezastąpiona. Przede wszystkim - działa i to dobrze działa, jest zdrowa, jest sensowna i można ją stosować całe życie, bo jest po prostu zdrowszym sposobem odżywiania się. Ponieważ zwróciłam uwagę na to, że sporo z Was interesuje się dietami i sposobem na zdrowe odżywianie, chciałabym przytoczyć Wam kilka uwag, które mi się nazbierały po naprawdę milionie wypróbowanych diet (teraz myślę, że wiele razy moja potrzeba pójścia na dietę była kompletnie wyssana z palca jakąś bzdurną wymarzoną wagą :>)

Rady dotyczące sensownej  i skutecznej diety wg Linusiaczka:

a)  dieta musi być nie tylko urozmaicona, ale i różnorodna. Przez różnorodność rozumiem nie tylko dietę zbilansowaną, ale też eksperymentowanie z różnymi kuchniami świata (u mnie sprawdziło się świetnie). O dziwo, ja po kilku tygodniach na takiej diecie nie czuję tęsknoty za śmieciowym czy nawet wysokokalorycznym jedzeniem. Osobom szukającym interesujących książek kucharskich polecam skierować swoje oczy na zagraniczne strony typu ebay.com czy amazon.com. Szczególnie polecam to wegetarianom i weganom - wybór wegetariańskich ksiązek kucharskich w Polsce jest, jak dla mnie, po prostu zatrważający. Natomiast amazon aż roi się od ciekawych książek kucharskich tego typu.

Moje ostatnie odkrycia kulinarne (ogólne, niewegetariańskie) to:



Zawiera 500 przepisów dietetycznych, które są pyszne i po prostu trudno uwierzyć, że niskokaloryczne. Wśród nich przepisy na wypieki (np. jagodowo cytrynowe muffiny!), kanapki, zupy, sałatki, przystawki, dania bezmięsne i mięsne.

Oraz:

Zbiór przepisów z całego świata.


Do znalezienia przepisy afrykańskie, chińskie, japońskie, indonezyjskie, tajskie, hinduskie, bliskowschodnie, marokańskie, włoskie, hiszpańskie, francuskie, północnoamerykańskie, karaibskie, meksykańskie i kreolskie. Ślinka cieknie, co? :)

Obecnie leci do mnie wietnamska książka kucharska - potrawy wietnamskie to moje ostatnie odkrycie dzięki cudowniej (i taniej) knajpce w LA. Powinna być już jutro - normalnie zacieram łapki!

Czemu tak naciskam na różnorodność? Żeby dieta kojarzyła się z nowyki smakami, żeby do posiłków dietetycznych podchodzić z wypiekami na twarzy, a nie ciągle się katować myślą: jestem na diecie, jestem na diecie, tego mi nie wolno, tego nie mogę... Wierzcie mi, przechodziłam przez różne fazy: nawet gotowałam specjalnie niesmaczne jedzenie, żeby nie chcieć zjeść za dużo :> Tfu tfu! Do dziś mnie też ciarki przechodzą na myśl o zupie kapuścianej :o Ale tak serio serio - to to nie działa, po prostu nie działa. Dieta, jak durnie by to nie brzmiało, musi sprawiać przyjemność.

b) Ruch. Z tym ruchem to jest tak, że.... ruch jest ważny, temu zaprzeczyć się nie da. Ruch jest zdrowy. Ale ruch musi być przyjemnością i musi być naturalnym dodatkiem. Sprzeciwiam się zapisywaniu się na 10 treningów z róznych dziedzin jeśli nie jest to wasz typowy styl życia. Na diecie ruchu powinno być więcej, ale być tak rozplanowany, żeby można było kontynuować ćwiczenia bez nerwów i bez zbytniego obciążenia nawet i po skończonej diecie, czyli nawet jak spędzamy 10h w robocie czy w środku sesji. Dlatego też jak dla mnie półgodzinny rześki spacer (marszowym tempem) plus 10 min ćwiczeń z ciężarkami co 2 dzień (nie ja to wymyśliłam, to zalecenia Flat Belly Diet) brzmią jak plan możliwy do zrealizowania nawet jak nie będę miała prawie w ogóle czasu czy nawet (tfu tfu) ochoty.

c) Kalorie. Babki, nie głodzić się! Nie wierzyć w bzdury, że na diecie trzeba być głodnym, nie jeść nic słodkiego i wyeliminować całkowicie pewne rzeczy, to może prowadzić do zaburzeń. Zbyt małą ilością kalorii bardzo łatwo rozwalić sobie system trawienny (ta dam, zgadnijcie na czyich błędach Linus się tego nauczył? :> Prawie 2 lata zajęlo mi przywrócenie się do normalności, przez jakiś czas tyłam na naprawdę minimalnych porcjach jedzenia.) Nie róbcie tego sobie. Szczerze mówiąc, nie uważam, żeby można było zejść poniżej 1500 kcal i cieszyć się łatwością diety. (Oczywiście te uwagi nie tyczą się osób na diecie wegańskiej, szczególnie witariańskiej, ale te osoby to akurat rzadko szukają porad dotyczących zbędnych kalorii ;)

d) 4-5 posiłków dziennie - jak najbardziej ma sens. Nie doprowadzić się do napadów wilczego głodu.

e) Nie  iść na miasto ani do sklepu na głodnego! To się nigdy nie kończy dobrze. W razie wątpliwości dobrze jest mieć przy sobie coś zdrowego do przegryzania - osobiście polecam garść orzechów. (Ale garść, a nie 2 paczki ;)

f) Flat Belly Diet zaleca używanie do każdego posiłku tłuszczy roślinnych. Takimi tłuszczami są orzechy, pestki, oliwa z oliwek (bądź np olej z pestek winogron czy orzechów włoskich), ćwiartka awocado albo oliwki. Takim tłuszczem jest też gorzka czekolada. Oczywiście wszystko z umiarem - ilość orzechów w posiłku powinna się wahać między 2, a 4 łyżkami, ilość zalecanego avocado to ćwiartka, ilość czekolady to pewnie ok. 50 g. Jednak to wystarczy, żeby można było poczuć różnicę w poziomie głodu. Podkreślam jednak, że należy od czasu do czasu zjeśc coś słodkiego - oczywiście własnej roboty albo np własnie kawałek gorzkiej czekolady, żeby wiedzieć ile kcal się naprawdę zjada - żeby nie patrzeć maślanymi oczami na każdą pokusę w sklepie.

g) Nie wiem dlaczego to u licha działa, ale działa! Polecam Wam układać posiłki, które nie tylko smakują, ale także wyglądają apetycznie, najlepiej złożone z intensywnych kolorów - zielonych części warzyw, czerwonych i pomarańczowych warzyw oraz owoców, żółci niektórych zbóż. Ja nie wiem CZEMU, ale coś w tym jest.

Flat Belly Diet ma jedną zasadniczą wadę, a dla Was nawet dwie. Po pierwsze, zaleca przygotowywanie posiłków 4 razy dziennie. Może to być trochę czasochłonne i czasami trudno jest je sensownie rozplanować. Po drugie, książka opiera się na składnikach bardzo powszechnych w Ameryce, nie tak jednak łatwych do dostania (ani tanich) w Europie. Tak czy siak, jest to jedyna naprawdę skuteczna i sensowna dieta, którą z ręką na sercu mogłabym polecić każdemu.

Tuesday, May 1, 2012

Włosy o zapachu kwinącej wiśnii

Uwaga: obecnie (lipiec 2015) firma Organix znajduje się na liście testujących firm Pety!

Wygląda na to, że są już pierwsze efekty mojego ograniczonego ostatnio kupowania kosmetyków! W ostatnim czasie wydawanie pieniędzy na kosmetyki ograniczyłam do minimum i wreszcie moje zapasy zaczynają topnieć. Oczywiście do pełnych zużyć jeszcze sporo mi brakuje, ale już do tego powoli dążę.

Na początek powiem, że z mojej listy kosmetyków do wykończenia (notka Kosmetikmord) jeden produkt mnie przerósł i jest to odżywka Hugo Naturals :/ Próbowałam używać, ale jakoś wybitnie nie mam do niej serca. Dość dobrze radzę sobie z mydłem Eart Therapeutics i systematycznie ubywa mi mleczka 3 w 1 Korres.

W ostatnim czasie zużyłam wreszcie kolejny produkt z serii Organix Haircare - tym razem o zapachu  kwitnącej wiśni i żeń-szenia. Skusił mnie obiecujący zapach oraz promocja (nabyłam 2 szampony w cenie 1, obecnie testuję wersję z olejkiem z drzewa herbacianego). Starczył mi na ok 3 miesiące regularnego używania (co 1-2 dni), przy włosach do ramion.



Konsystencja jak przy wersji kokosowej: glut ;) Jak ktoś nie lubi, to nie polubi. Szampon jest gęsty i nie lubi wychodzić z opakowania, wstydliwy taki ;) Natomiast plusem jest to, że trudno nabrać go za dużo albo na przykład wylać.

Zapach bardzo przyjemny, delikatny, nieprzytłaczający.

Działanie podobne do szamponu kokosowego, acz włosy po tym są zdecydowanie bardziej miękkie. Przypominam, że moją największą zmorą są włosy delikatne i oklapnięte - tzw. efekt "wymoczka" ;) Lubię szampony nadające włosom objętość, nawet za cenę szorstkości i trudności w rozczesywaniu. Ten na pewno należy do grupy nie nadającej mojej czuprynie przylizanego wyglądu i za to go bardzo lubię. Użyty razem z olejkiem do włosów Amli (olejek wcześniej ma się rozumieć, szampon tylko do zmycia) zapewnia efekt w miarę pośredni, włosy są dalej dość puszyste, ale nie aż tak sztywne.

Czy polecam? Zależy od typu włosów. Nie polecam osobom mającym problem z włosami suchymi, sianowatymi albo puszącymi się. Nic z tej kombinacji: włosy puszące się plus Organix dobrego nie będzie. Co najwyżej efekt szopy na głowie. Natomiast do włosów cienkiech i delikatnych będzie jak znalazł. Osobiście lubię szampony Organix i coraz częściej zaglądam w ich kierunku w sklepie :)

Wednesday, December 7, 2011

Notka kosmata ;)

No, przyznawać się, ile z Was myślało, że chodzi o jakieś niegrzeczne myśli, hę? :P Ponieważ ja miałam na myśli oczywiście włosy :P

Kochani, wybaczcie przedługą nieobecność na blogu - spowodowana była ona nawałem, naporem, przygniatającą masą nauki i obowiązków, których zresztą jak dotąd nie udało mi się jeszcze całkowicie wykończyć - ale przynajmniej najcięższe już za mną.

Na początek kilka faktów. Za niecałe 2 tygodnie się przeprowadzam i znów na jakiś czas zniknę. Podczas mojej nieobecności popełniłam zakupy ;) Tym oto sposobem niedługo pojawią się na blogu pierwsze zdjęcia i recenzję kilku nowych produktów nowych firm, między innymi super duper hiper naturalnej i w 100% cruelty - free firmy Suki oraz 100% Pure - firm, których w normalnych cenach w życiu nie odważyłabym się kupić. Pojawi się też - miejmy nadzieję - kilka recenzji kosmetyków (m.in. lakierów do paznokci).

Wczoraj wylałam ostatnią kropelkę z mojego szamponu Organix, niniejszym zakańczając chwilowo moją przygodę z nim. Pora by chyba coś o nim powiedzieć.



Tak wygląda buteleczka. Od razu powiem, że szampon nie jest tani i, pomimo, że kupiłam go na promocji, wciąż swoje kosztował (zdaje się w normalnej cenie koło 7-8$, ja zapłaciłam 6. Szampon ma wspaniały kokosowy zapach.



Teraz uwaga, uważnym wpadło na pewno w oko, że szampon reklamuje się jako niezawierający SLSów (without sulfates), ale na pierwszym planie w składnikach ma tajemniczo brzmiący Disodium Laureth Sulfosuccinate. Zrobiłam mały wywiad odnośnie tego składnika i oto co znalazłam:

- Disodium Laureth Sulfosuccinate to nie to samo co Sodium Lauryl Sulfate albo jakikolwiek -Sulfate
- największa róznica polega na tym, że malutkie cząsteczki SLSów mogą wnikać w skórę, powodując podrażnienia, natomiast cząsteczki DLS są większe i nie noszą takiego ryzyka
- na stronie http://kittenish.onsugar.com/Disodium-Laureth-Sulfosuccinate-vs-Sulfates-6216981 znalazłam także informacje, zgodnie z którymi stężenie DLS w szamponach ORganix wynosi ok 20%, jest więc o połowę niższe niż stężenie SLSów w normalnym droderyjnym szamponie
- DSL może być stosowany w szamponach reklamujących się jako szampony bez SLSów, są to bowiem, pomimo mylącej nazwy, calkowicie różne składniki

Ok, teraz coś o szamponie samym w sobie. Ma on bardzo gęstą konsystencję, która sprawia, że trudno go wydobyć z butelki oraz rozprowadzić na włosach. Prawdę mówiąc czasami go nawet dobrze trochę rozwodnić, używany w sposób bez rozwodnienia jest niewydajny. Prawie zawsze nakładałam za dużo produktu.

Co do samego szamponu... nie jest to na pewno produkt dla każdego. Od razu muszę powiedzieć, że sama od zawsze nienawidziłam szamponów z sylikonami, z tym że nigdy nie wiedziałam co to jest takiego, czego w tych szamponach nie znoszę. Wszystkie szampony typu Fructisy, Timoteie, Pantene i inne takie doprowadzały mnie dos zewskiej pasji z jednej prostej przyczyny - powodowały, że moje wlosy wydawały się oklapnięte. Nigdy nie mogłam mieć dłuższych włosów kiedy używałam drogeryjnych szamponów, bo zawsze wyglądały smętnie - zdrowo, ale smętnie. Zwisały mi wokoło głowy ;) Kiedyś przez przypadek umyłam włosy mydłem w płynie zamiast szamponem... i od tego czasu niekiedy decydowałam się na taki krok jeśli już byłam zdesperowana. Od kiedy odkryłam szampony bez silikonów postanowiłam - to jest to! Włosy faktycznie wydają się inne w dotyku, takie twardsze i sztywniejsze, ale w moim przypadku jest to ratunek dla ich wyglądu. Poza tym mogę wreszcie używać normalnej odżywki na włosy bez strachu że po pół dnia będą przetłuszczone.

Tak też jest z tym szamponem. Szampon używałam z odżywką Alba Botanica albo zmywałam nim olejek Amli - i takie combo na włosach było moim wybawieniem. Włosy były puszyste, wyglądało jakbym miała ich bardzo dużo i były bardzo grube. Natomiast mogą być problemy z ich rozczesaniem, dlatego odżywka po tym szamponie jest niezbędna. Muszę powiedzieć, że jak dla mnie jest to szampon bardzo dobry, niemal idealny. Włosy są po nim takie, jakie zawsze chciałam - grube, puszyste, nie przetłuszczają się, natomiast zdaję sobie sprawę, że osoby z włosami puszącymi się, suchymi bądź plączącymi się raczej nie będą z niego zadowolone.

Tuesday, October 18, 2011

Nikt z nas nie lubi podróbek, ale...

No właśnie, nikt z nas nie znosi podróbek, ale tańsze wersje popularnych kosmetyków już bardzo lubimy, co? ;) Tak stało się i z Linusiaczkiem, który, po raz kolejny już, wybrał się na zakupy po bułki i najpotrzebniejsze produkty spożywcze i został w sklepie zaatakowany przez promocję ;) Bronił się i bronił, ale ta cholera taka, no sama mu do koszyka wskoczyła no! (Znaczy produkt wskoczył, a nie promocja wskoczyła, ale może szkoda, chętnie bym taką promocję na zakupy częściej zabierała w sumie ;)



Logo pochodzi z ich strony. http://www.onebathandbody.com/

Tym oto sposobem buszując sobie wśród półek sklepowych nastąpił na mnie zmasowany atak ze strony kosmetyków zabójczo przypominających w swojej formie kosmetyki Lusha ;) No a przynajmniej ich popularne szampony w kostce. Oto co złapało mnie za rękaw i puścić nie chciaao w pewien upalny dzień:



Z góry uprzedzam, że nigdy tego cuda wcześniej nie widziałam, a po raz pierwszy wpadło mi ono w oko w sieci sklepów Target i zainteresowało po dokładniejszych oględzinach i stwierdzeniu, że na opakowaniu znajduje się znaczek króliczka i napis not tested on animals. Kolejnym ważnym czynnikiem była cena - z prawie 8$ przeceniony na niecałe 2$! (ok. 6 zł moje miłe panie :) Jakby tego było mało kosteczka zabójczo pachnie jaśminem - no jak się można było przed takim jaśminowym atakiem bronić, same powiedzcie? ;) Opakowanie zrobione z kartonu, ponoć nadaje się w 100% do recyclingu, brak plastikowych elementów (ważne dla mnie):

Po otworzeniu opakowania oczym mym ukazało się urocze metalowe pudełeczko i do mych nozdrzy dotarł jeszcze wyraźniejszy i przyjemniejszy zapach jaśminu:



Po otworzeniu i tegoż pudełeczka, wreszcie dochodzimy do sedna sprawy - produktu do włosów ;)



Kostka wygląda w ten sposób:



Nieregularna struktura, miękka, taka jakby mydlana w dotyku. Jestem bardzo ciekawa jak sprawdzi się w użyciu!

Tu jednak muszę zaznaczyć, że nie można wszystkich srok za ogon złapać i w parze z niższą ceną idzie niestety znacznie gorszy skład. Szczerze mówiąc tyle w nim dziwnych, chemicznie brzmiących nazw, że nawet bałam się go tu przepisać, żeby siebie samej nie przestraszyć ;) Pociesza mnie fakt, że kiedyś latami używałam tego typu produktów i żyłam, to może i teraz włosy mi nie staną dęba i na komendę nie wypadną Tu muszę jednak powiedzieć, że na ich stronie widnieje napis 99% natural, więc jestem z deka skołowana co mam o tym myśleć ;)

Edit: kochane, w związku z tym, że moją stronę przeglądają osoby, które mają pojęcie o składach i mogą być go ciekawe, podaję skład - ale robię to na waszą odpowiedzialność! ;)

Sodium Lauryl Sulfate, Sodium Cocoate, Glycerin, Fragrance, Deionized Water, Panthenol, Prynus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond Oil), Propylene Glycol, Chlorphenesin, Methylisothiazolinone, Oatmeal (avena Sativa)Malaleuca Alternifolia (tea Tree) Leaf Oil, 2-Phonoxyetanol, FD&C Yellow No.5 (CI 19140), D&C Red #33 (CI 17200)

No... prawda, że można się przerazić? Z wrażenia nawet go jeszcze nie sprawdziłam w bazie danych, bo mi się podoba i chcę go jednak zużyć :D

Jak Wam się podoba moje odkrycie, zżynające garściami z Lusha i innych naturalnych firm? ;)

Saturday, August 13, 2011

Sos dla swędzącej skóry głowy

Ostatnio na moim ciele panuje prawdziwa Sodoma i Gomora. Na twarzy mnie obsypało, zaczęły wypadać mi na potęgę wlosy (??), do tego wszystkiego zaobserwowałam bardzo nieprzyjemne uczucie swędzenia skalpu od czasu do czasu. Mam wrażenie, że to moje ciało mści się za niechlujne karmienie go podczas wakacji (pod koniec wymarzonego urlopu nie było już..ekhem ekhem, pieniędzy na zdrowe odżywianie, więc jadło się tanio i szybko :>), ale na wszelki wypadek zmieniam pielęgnację włosów, odstawiam wszelkie używane kremy i specyfiki do twarzy oraz być może złapię nawet jakieś suplementy. Dietę oczywiście już zmieniłam na zbilansowaną, pożywną i zdrową, ale efekt po tygodniu tak szybko się pewnie nie pojawi, więc na to poczekam cierpliwie.

Dziś chciałam więc wam zdradzić moje SOS dla swędzącej skóry głowy. Drapanie nic nie pomoże, czesanie też nie, mycie nie pomaga, ale jest coś, co powoduje u mnie natychmiastową ulgę - i jest to żel aloesowy,

O moim ulubionym żelu Jason Natural Cosmetics pisałam W TEJ NOTCE na moim starym blogu, ale, dla przypomnienia, wkleję Wam zdjęcie tego specyfiku:

Jason Natural Cosmetics żel aloesowy
Nałożony na skórę głowy żel przynosi natychmiastową ulgę. Ponieważ się nie klei, włosy nie wyglądają na oklapnięte i absolutnie nie trzeba ich myć po takim zabiegu. Kiedyś, używając go regularnie, zaobserwowałam, że pojawiło mi się na głowie dużo nowych, króciutkich włosków, więc być może ten żel nawet stymuluje porost nowych włosów. Trochę także podnosi włosy u nasady (ale naprawdę minimalnie), więc czasami poprawia też ich wygląd, żeby nie były takie oklapnięte.

Jedyne, co musimy zrobić to wmasować żel w skórę głosy. Możemy go też zwyczajnie wklepać, jeśli ktoś woli, ale ponoć masowanie jest lepszym rozwiązaniem.

Kolejnym plusem tego produktu jest naturalny skład - normalnie jestem bardzo ostrożna z tym, co wklepię gdziekolwiek w okolice moich cebulek włosowych, ale ten żel nie stresuje mnie w ogóle. Jednym słowem - polecam wypróbować. Jak pisałam w poprzedniej notce, w Polsce do dostania m.in. w sklepie www.helfy.pl.

Edit: jak już piszę o tym dobrym składzie to go chociaż dopiszę ;)

Skład: Aloe Barbadensis (Aloe Vera) Leaf Gel, Aqua (Purified Water), Vegetable  Glycerin, Allantoin, Polysorbate 20, Panthenol (Vitamin B5), Potassium Carbomer, Arginine, Natural Menthol, Benzyl Alcohol, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, Chlorophyllin - Copper Complex, Fragrance Oil Blend. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...