Showing posts with label wyższa półka. Show all posts
Showing posts with label wyższa półka. Show all posts

Friday, July 31, 2015

Olejkownia


Mój narzucony samej sobie zakaz kupowania nowych kosmetyków spowodował, że sięgnęłam do mojego zaplecza kosmetykowego i wreszcie zaczęłam wykańczać co mam. A miałam dużo, oooj dużo. Część kosmetyków nie przeżyła moich wiecznych przeprowadzek, część poleciała z moją mamą z powrotem do Polski, zasilając liczne szeregi kosmetykowych żołnierzy u niej. Czyli pewnie się kurzą.

Tak czy siak, ponownie odkryłam i prawie wykończyłam ten olejek. Prawdę powiedziawszy to wcale go nie chciałam. Poszłam do Tj Maxxa w celu kupienia olejka w sprayu. Niestety takiego olejka co to by był naturalny, w sprayu i jeszcze z w miarę niekosmiczną ceną nie było, więc ze zrezygnowaniem wybrałam ten. Wybrałam, wypróbowałam i odstawiłam na półkę. (A dokładniej to do pudła z kosmetykami, bo akurat ani na półce. ani w szafce ani nigdzie indziej miejsca już na niego nie było )

Na szczęście olejek wygrzebałam i ponownie zaczęłam używać. Muszę powiedzieć, że kilka rzeczy mnie w nim zauroczyło. Po pierwsze zapach. Czasami olejki potrafią doprowadzić mnie do szału swoim zapachem, ale temu się udało tego nie zrobić. Po drugie, olejek... no wiadomo, jest oleisty, w związku z czym klejący  , ale ten przynajmniej nie jest ciężki. Niestety olejek ma też wady i jedną z głównych jego wad jest dość słab,y jak na tego typu kosmetyk, skład:


Działanie jak i przy innych olejkach - jeśli jesteś zmotywowana do regularnego używania, to zapewne działa cuda Smiley Ogólnie dobrze mi się go używało i zapewne kupiłabym ponownie, a za często nie mogę się poszczycić kupowaniem tych samych kosmetyków ;) Jest więc solidny komplement w stronę kosmetyku.

Zalety:
+ zapach
+ konsystencja
+ kosmetyk całkowicie wegański
+ po prostu przyjemny w użyciu

Wady:
- skład
- cena: kupiłam go w TJ Maxxie, ale normalna cena to prawie $18, a to jest naprawdę niemało za taką pojemność i w życiu bym za niego tyle nie dała

Monday, July 27, 2015

Korektor Bare Minerals


Małe osiągnięcia też powinno się świętować, prawda? A jak dla mnie osiągnięcie denka kosmetyku to wciąż jednak jest niemały wyczyn. Dlatego też chętnie się pochwalę ;) 

Tak tak, korektora używałam tak długo aż nie mogłam nic z niego już wydłubać ;) Bare Minerals, a właściwie obecnie Bare Escentuals, bo podobno się przemianowali na Escentuals (tylko, cholerka wie czemu, wciąż mają napis Bare Minerals na opakowaniach) jest firmą na liście Pety oznaczoną jako firma cruelty - free. Niestety należą oni do Shiseido (które niestety nie może się poszczycić byciem firmą ok). 

Oczywiście najchętniej kupuję firmy, które w ogóle nie wzbogacają kieszeni testujących koncernów, ale w ciągu ostatnich kilku miesięcy było dość trudne. Po pierwsze, takie miałam zamieszanie w robocie, że zazwyczaj wpadałam do drogerii z rozwichrzonym włosem i mordem w oczach i targając ze sobą znudzonego do granic możliwości szofera aka mojego małżonka Smiley Dlatego też potrzebowałam czegoś CF szybko i bezboleśnie ;) Po drugie, coraz więcej z moich ulubionych firm zaczęło albo spadać z listy Pety albo zaczęły być wokół nich niejasności (Urban Decay, Stila, Korres, Smashbox, Bare Minerals, Lorac). Na szczęście część z firm wycofało się ze sprzedaży na rynku chińskim (Urban Decay, Korres), część wróciło na listę nietestującej listy Pety (Smashbox!), a część wreszcie zaczęła wyczerpująco odpisywać na maile (Lorac). Może więc będzie mi łatwiej znów kupić coś bez tygodniowej nagonki na internecie i bez morderczych spojrzeń ze strony mojego lubego (przecież te wszystkie tubki i kolory wyglądają zupełnie tak samo!) Smiley

Bare Minerals jest jakościowo i cenowo mniej więcej na tym samym poziomie co Urban Decay, Smashbox, Too Faced, Tarte i kiedyś Stila. (Obecnie Stila przeniosła się na listę kosmetyków testowanych na zwierzętach, więc ja Stilii także mówię do widzenia.) Kupiłam go w zimie, kiedy potrzebowałam w miarę treściwego korektora pod oczy. Wszystkie korektory, które kupuję, kupuję w celu maskowanie obwódek pod oczami i zazwyczaj nie używam ich na przebarwienia ani wypryski. Ogólnie oceniam go jako dobry, ale nieidealny, zwłaszcza przy wzięciu uwagi jego ceny. Bardzo niewiele różnił się od korektora Tarte, którego używałam przed tym. 

Zalety:
+ trwały
+ bardzo dobrze kryje
+ dobrze się rozprowadza
+ super wydajny (ale czy wszystkie korektory nie są wydajne?), wystarczy naprawdę odrobina

Wady:
- jeśli użyje się go za dużo, to może osadzać się w fałdkach skóry
- konsystencja jest dość treściwa, więc najlepiej używać go po użyciu kremu pod oczy

Generalnie polecam, acz prawdpodobnie swoim KWC bym go nie nazwała. 

Friday, January 16, 2015

Kosmetyczny top wszechczasów, czyli Urban Decay Naked 3

Jak już wspomniałam wcześniej, skupienie się na używaniu kosmetyków zamiast ich kupowaniu przez ponad rok ma pewne zalety. Na przykład taką, że wreszcie można naprawdę zauważyć, po które kosmetyki sięgamy non stop, po które sięgamy od czasu do czasu, a po które wcale.

Dla przykładu, przez cały rok używałam głównie 6 produktów: korektora pod oczy, podkładu, bazy pod cienie, kredki do oczu, tuszu do rzęs oraz cieni w jednej palecie kosmetycznej. Czasami, jeśli miałam taką ochotę, używałam szminki. Wybranie 'odpowiedniej' pomadki było nierzadko najbardziej stresującą częścią poranka, ponieważ nigdy nie mogłam się zdecydować, która szminka będzie najlepsza (tylko co to za różnica tak właściwie?). Oczywiście pomijam tu podstawowe produkty higieniczne jak mydło czy szampon, ale na opisywanie tych produktów, których używam, przyjdzie czas kiedy indziej.

Dlatego dość łatwo mi jednoznacznie określić, że paleta Urban Decay Naked 3 była najczęściej sięganym przeze mnie kosmetykiem roku 2014. Był to zeszłoroczny prezent gwiazdkowy od mojej mamy i używałam go, jeśli nie codziennie, to co 2gi dzień.


Jak dla mnie ta paleta nie ma prawie żadnych wad. Prawie, ponieważ jedną z rzeczy, która u UD kuleje to zawsze są cienie z drobinkami brokatu, które lubią się osypywać. Jest to coś, co zauważyłam we wszystkich paletach UD, a testowałam ich kilka. Druga to taka, że UD należy teraz do testującego koncernu L'Oreal i nie każdy uważa ich za firmę CF. Ja generalnie nie wiem co mam dokładnie o nich myśleć, jako że UD jest wciąż na liście Pety. No poza tym posiadam w tym momencie mnóstwo kosmetyków UD, głównie z czasów kiedy ta firma była całkowicie przyjazna zwierzętom i ich produktów na pewno się teraz nie pozbędę.

Zalety:
+ paletka ma piękne, fantastycznie komponujące się ze sobą kolory,
+ jest to paleta z ciepłymi odcieniami róży, brązu i złocieni ;), która jest idealna dla osób dobrze wyglądających w ciepłych kolorach,
+ zawiera 12 dość dużych cieni oraz dwustronny pędzelek,
+ paleta ma dość lusterko,
+ opakowanie jest bardzo mocne i zabezpiecza produkty w środku, dlatego też łatwo z nią podróżować,
+ konsystencja cieni jest naprawdę fantastyczna,
+ cienie bardzo łatwo się mieszają, rozcierają i zlewają ze sobą, ale pozostają bardzo długo na powiece, a z bazą - są nie do zdarcia. Moja kuzynka, której kiedyś zrobiłam makijaż na bazie UD i cieniami UD poszła w makijażu na imprezę do rana a rano wyglądała jakbym dopiero co ją pomalowała, Nie muszę mówić, że morduje mnie od roku, żeby jej kupić bazę UD? ;)
+ kolory są nasycone i łatwo z nimi pracować,
+ paleta zawiera cienie matowe, jak i połykujące,
+ ilość cieni daję duże pole do popisu i wypróbowywania różnych makijaży, zarówno dziennych jak i wieczorowych,
+ cena w USA jest bardziej niż przyzwoita i zazwyczaj przed Świętami można ją kupić z dodatkowym, 20% rabatem.

Paleta pozwala mi na wykonanie makijaży bardziej profesjonalnych do pracy, gdzie mocny makijaż nie jest za bardzo wskazany (obecnie pracuję ze studentami) oraz na wyjścia po pracy, za co bardzo ją cenię. Zrobienie makijażu rano zajmuje mi parę minut i zawsze mogę liczyć, że będę wyglądać mniej więcej tak, jak chciałam. 

Wednesday, February 29, 2012

Kolejne starcie nietestowanych na zwierzakach tuszy do rzęs

Dzisiaj kolejna notka o tuszach do rzęs - tym razem takie małe porównanie działania. Miały być zdjęcia efektu na oczach, niestety obecne światło mi to uniemożliwiło. Jeśli coś się zmieni z pogodą, to spróbuję nadrobić :)


Dziś w szranki stają tusze wysokopółkowe (Urban Dacay) z tuszami z drogerii (Catrice). Nie do końca wiem co powiedzieć o firmie POP Beauty, ponieważ cenę ma porównywalną z cenami Smashboxa, Stili czy Urban Decay, jednak mało o tej firmie wciąż wiem. Dla dokładniejszej analizy tusze używałam jakieś czas same, a jakiś czas naprzemiennie wszystkie 5, żeby móc porównać efekt na rzęsach. Dodatkowo do zabawy zaprosiłam kuzynkę, który ma zupełnie inne rzęsy ode mnie. Ja mam bardzo długie, mocne, ale potrzebujące pogrubienia, ona ma malusie, króciutkie, zdecydowanie wymagające sporego wydłużenia (inaczej ich nie widać).


Typowy już dla mnie element recenzji tuszu do rzęs, czyli porównanie szczoteczek. The Giant z Catrice oczywiście zainteresowała mnie szczotą. Przez ten wabik ją kupiłam. Tarte i drugi tusz Catrice mają dość podobne szczoteczki w kształcie, z tym że szczoteczka Tarte jest plastikowa i bardzo gęsta, lepiej radzi sobie z rozczesywaniem rzęs.


Na pierwszy rzut pójdzie tusz Tarte, a dokładnie jego dwie próbki, które pokazywałam w innej notce (klik). Dwie próbki kosztowały mnie 10$ (plus podatek), czyli tak mniej więcej 30zł (normalnie ceny jednego pełnowymiarowego tuszu to około 17-20$, czyli prawie 60 zł). Tusz nie jest tani, ale jest naprawdę fantastyczny. Szczoteczka z bardzo zbitym włosiem (plastikowym) jest zadziwiająca miękka, w niczym nie przypomina szczoteczki używanego przeze mnie Wonderlash Oriflame lub kiedyś używanego Masterpiece Max z MF (przypominam, Max Factor testuje na zwierzętach, w związku z czym ostatnim razem używałam go z 5 lat temu, ale już wtedy szału nie było). Generalnie plastikowe szczoteczki, które nie są odpowiednio gęste, co prawda rozczesują ładnie rzęsy, ale nie pokrywają ich wystarczającą ilością tuszu. Tarte robi to fantastycznie, przy tym nie ma mowy o posklejanych rzęsach z powodu gęstości włosia. Szczoteczka jest więc prawdziwym hitem.

Pokrycie rzęs jedną warstwą tuszu gwarantuje piękny, naturalny wygląd rzęs. Są podkreślone, pogrubione i wydłużone, a nawet podkręcone! Nie mają natomiast przerysowanego efektu. Taki efekt osiągnąć można nakładając 2, a nawet 3 warstwy tuszu. Rzęsy są bardzo mocno podkreślone, wciąż nieposklejane, podkręcone. Wersja niewodoodporna nie tworzy pod oczami efektu pandy, tylko jakby wypłukuje się z rzęs w kontakcie z wodą. Nie zauważyłam kruszenia się, nie ma także mowy o grudkach. Brak efektu owadzich nóg. Wersja wodoodporna całkiem dobrze się zmywa, tak więc i tu nie mam specjalnych zastrzeżeń. Naprawdę polecam, obecnie jest to jeden z moich tuszowych hitów.



Kolejny produkt to również liga wysokopółkowa (a przynajmniej wyższa półka). Normalna cena to około 17-20$ (co na warunki amerykańskie jest ceną jak Smashbox czy Benefit ( zarówno jeden, jak i drugi na 95% testowane na zwierzakach, więc osobiście już więcej nie tknę). Ja zakupiłam na stronie producenta podczas ogromnej wyprzedaży - 2 opakowania za 10$. Potem jednak coś mnie tknęło, żeby sprawdzić recenzje tuszu i niestety były one bardzo kiepskie. Trochę żałowałam, że dałam się skusić. Do czasu. Na początku nie używałam go za często, ponieważ zraziłam się po przeczytaniu tylu niepochlebnych recenzji. Zaczęłam więc używać go w niepogodę (bardzo wodoodporny, jeśli wodoodporność jest cechą stopniowalną :P) i po jakimś czasie zauważyłam, że tusz naprawdę nieźle sobie z moimi rzęsami radzi. Przede wszystkim, bardzo mocno je pogrubia. Zresztą, efekt na rzęsach możecie zobaczyć TU (bez użycia zalotki). Jak widać na zdjęciu, tusz nie podkręca rzęs i w sumie raczej ich nie wydłuża. Jednak zagęszczenie powoduje, że rzęsy są bardzo widoczne. Tusz ma bardzo gęstą, zbitą konsystencję. Ta obserwacja spowodowała, że przeczytałam jeszcze raz recenzje w internecie i dopiero wtedy zorientowałam się, że dotyczą one wersji niewodoodpornej, ponieważ wielokrotnie narzekano na jego bardzo wodnistą konsystencję. Tu konsystencja jest dokładną odwrotnością. Problemem jest szczoteczka - jest tradycyjna, ogromna i niełatwo się nią manewruje, zwłaszcza przy dolnej linii rzęs. Największą wadą tego tuszu jest trudność jego zmywania. Naprawdę, trzeba zmywać go 3 bardzo porządnymi środkami do demakijażu (po prawdzie przyznam się, że nie mam żadnego prawdziwego płynu dwufazowego, jednak z innymi tuszami wodoodpornymi moje normalne środki sobie radzą). Nie ma mowy o efekcie pandy, ale czasami może się coś skruszyć. Tragedii nie ma, ale efektu: wow, to są najlepsze rzęsy, jakie miałam!, też nie.

Ogólne podsumowanie: tusz jest dobry, jeden z najlepszych pod względem pogrubiania rzęs. Nie trzeba się martwić o deszcz czy łzy. Za taką cenę, w jakiej go kupiłam (5 dolców za sztukę) jest to tusz super i zdecydowanie kupiłabym go ponownie. Jednak za cenę 20$ chyba wolałabym tusz Tarte, POP Beauty albo Stili, względnie inny tusz Urban Decay. Być może zmienię zdanie po dłuższych testach, przede mną kolejne opakowanie.



Catrice The Giant to mój najnowszy (wypróbowany) nabytek w kategorii tusze dorzęs. Kupiłam, gdyż zafascynowała mnie szczoteczka. Poza tym tusz nie był wybitnie drogi (ok. 20 zł), no i był łatwo dostępny, ponieważ wystarczyło przejść się do Drogerii Natura. Kupiłam i... no cóż, zachwytów nie będzie, tusz wydaje mi się dość przeciętny. Na moich rzęsach efekt jest taki sobie - odrobinkę może i pogrubia, ale efekt jest dość lichy, wydłużać faktycznie nie wydłuża (ale nie miał, więc tu można mu darować), efekt jest 'taki o'. Jak wiele innych, niespecjalnie dobrych, tuszy. Przy 2 warstwach zaczyna się sklejanie, które nie bardzo mi się podoba. Nie jest też zbyt trwały w starciu z kropelką wody, zaczyna się mazać i wyglądać średnio elegancko. Konsystencja ok, szczoteczka za to bardzo nie poręczna.

Natomiast na obronę tuszu muszę powiedzieć, że poprosiłam także kuzynkę o przetestowanie go i stwierdziła, że jest to jeden z najlepszych tuszy, jakie miała. Pogrubia, wydłuża, dodaje objętości jej rzęsom. Z prawie niewidocznych rzęs robi prawdziwe firanki (no ale i tak po około 3 warstwach). Jest bardzo zainteresowana tym tuszem, dlatego też go ode mnie dostanie. Ja nie mam do niego nerwów.

Podsumowanie: bez zachwytów. Raczej nie kupię ponownie, bo nie widziałam efektu, o jaki mi chodzi. W zasadzie to w ogóle nie widziałam efektu. Natomiast, jak widać, są osoby, które mogą być  z niego bardzo zadowolone.


To inny tusz do rzęs, który ostatnio testowałam, Catrice Lashes to Kill. Muszę powiedzieć, że jestem pod dużym wrażeniem tego tuszu. Za całkiem przystępną cenę (także około 16 zł)  otrzymujemy sensowny produkt. Rzęsy są bardzo ładnie podkreślone. Trudno mi powiedzieć czy jest to efekt pogrubienia, podkreślenia czy podkręcenia, ale efekt jest dość spektakularny. Wydaje mi się, że po prostu robi wszystko po trochu: pogrubia, wydłuża i podkręca. Można nałożyć kilka warstw i efekt jest mocniejszy, nie ma jednak sklejenia jak w przypadku The Giant. (Efekt w sumie podobny do efektu tuszu POP Beauty, ale chyba więcej pogrubienia). Natomiast zauważyłam jedną dość powżną wadę tuszu - i jest to bardzo słaba odporność na wodę. Jednego dnia popłakałam się ze śmiechu podczas damskich pogaduszek i tusz zrobił mi naprawdę zawstydzające czarne ślady pod okiem, nawet mój mąż zwrócił mi uwagę, że 'popłynęłam'. Było to dość nieproporcjonalne do ilości wody, jedna łza i duży problem. Aż nie chcę myśleć co by się stało gdyby złapał mnie deszcz.

Podsumowanie: tusz jest naprawdę bardzo fajny, jednak gdybym miała kupić go jeszcze raz, to sięgnęłabym po wersję wodoodporną. W tej wersji może być niebezpieczny dla zdrowia ludzkiego (jakiś zawał wywołać czy coś ;)



Ostatnim tuszem, o którym już zresztą kiedyś pisałam, jest POP Beauty. Dostałam go ( a właściwie 2 sztuki) w prezencie . Tusz po kilku pierwszych użyciach zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Przede wszystkim gwarantuje niesamowite wręcz wydłużenie. Rzęsy miałam pod samymi brwiami, czegoś takiego nie widziałam jeszcze nigdy. Problem polega na tym, że mnie naprawdę przydało by się odrobinę pogrubienia. Tutaj więc tusz niedomaga (oczywiście jest to tusz wydłużający, nie pogrubiający, więc obietnice producenta są spełnione w 100%). Ponieważ z natury mam bardzo długie rzęsy, tusz ten sprawia, że są odrobinę śmieszne - za długie na taką grubość. Oczywiście efekt jest, oj jest, a z tuszem pogrubiającym to już w ogóle bajka.... jednak po licho kupować tusz w oryginalnej cenie 20 dolców jeśli potrzeba mi przy tym drugiego w takiej samej cenie? Na szczęście tusz nie robi mi owadzich nóżek (nudne to wyrażenie już, wyświechtane, od dziś może będę używać pajęczych udek? ;), więc tu ma u mnie dużego plusa. Nie zauważyłam spływania podczas niesprzyjających warunków - owszem, tusz trzymać się rzęs nie będzie, jednak nie rozmaże się w paskudny sposób. Co mnie jednak strasznie w nim denerwuje to szczoteczka. Wszystko fajnie, dobry kształt, poręczna, dobra do manewrowania, odpowiednia gęstość... i klops. Nie wiem czemu, ale na szczoteczce wciąż zbierają się (bądź doklejają) małe włoski. Nigdy mi się takie coś jeszcze nie zdarzyło i bardzo mi się to nie podoba, zwłaszcza że sam tusz jest naprawdę niezły A szczoteczka po prostu nie przystaje jakością do reszty (domyślam się, że te włoski odpadły po prostu od szczoteczki, po czym się na niej 'osiedliły'. Popatrzcie sami na zdjęcie:



Dla małego testu - porównania, poprosiłam kuzynkę o wypróbowanie. To, co ten tusz zrobił z jej rzęsami to czysta poezja. Cóz za firany! Dlatego zdecydowałam, że druga sztuka tuszu powędruje do niej - efekt na rzęsach naprawdę jest tego wart.

Tusz ma też prześliczne opakowanie, ale chwilowo nie dysponuję zdjęciem.


Z tuszy drogeryjnych, które zdążyłam już zakupić w Polsce, zostały mi jeszcze do przetestowania:
# Multi Action Smokey Eyes (miałam różową i byłam bardzo zadowolona),
# tusz Wibo (taki w fioletowym opakowaniu),
# tusz Kobo Soft Brown
Mam nadzieję, że wkrótce (pewnie za ok. 3 miesiące ;) dodam kolejną porcję mini recenzji.

To tyle dziś ode mnie. Sugestie, zażalenia, wnioski? ;)

Thursday, January 5, 2012

Tarte, Tarte, Tarte ach to Ty!



Zaczynając moją przygodę z rynkiem amerykańskich kosmetyków i podejmując decyzję o jak najpełniejszym wyeliminowaniu testowanych na zwierzętach kosmetyków koncernowych, natknęłam się początkowo na mur niewiedzy. Z czasem zmienił się on w interesujące poszukiwania nowych, nieznanych na rynku polskim firm, ale początki łatwe nie były.

Jeden ze śladów zaprowadził mnie do Tarte. Tarte jest jedną z tych ekskluzywnych marek, która:

¤ nie tylko stawia na ładne opakowania i marketing, ale
¤ także afiszuje się certyfikowanym znaczkiem Pety, poświadczającym politykę CF firmy,
¤ posiada linię kosmetyków wegańskich
¤ reklamuje używanie naturalnych składników i eliminację szkodliwych substancji jak SLSy, parabeny, sztuczne barwniki, parafina, oleje mineralne itp.

W drogeriach znajdują się w pobliżu firm takich jak Smashbox, Stila, Lorac, Cargo czy Urban Decay. Od dawna chciałam wypróbować kosmetyki tejże firmy a po natknięciu się na wprost fenomenalny tusz do rzęs Light, Camera, Lashes, zainteresowałam się tą marką nie na żarty. Po użyciu kilku testerów ich wygrywających konsumenckie nagrody róży (wydają się być naprawde świetne, ale przyjrzę się im bliżej) postanowiłam dać szansę ich produktom do ust.

Jednym z kosmetycznych prezentów, które sama sobie podarowałam pod choinkę był zestaw szminko-błyszczyków w mazaku tej firmy. No to po kolei. Limitowana edycja zawiera 5 sztuk, o różnym wykończeniu (3 tzw. lip lusters i 2 tzw. lip tints). Koszt całego zestawu wynosił 29$ plus VAT, ewentualnie plus koszty przesyłki. Pojedynczy produkt kosztuje 24$. Są to wysuwane kredki o dość interesująacej konsystencji. Nie zawierają parabenów, oleju mineralnego, SLSów, ftalenów i sztucznych barwników.

Tak wyglądają swatche:



Moimi ulubionymi kolorami są glitzy i dazzled. Dazzled oferuje bardzo delikatny kolor i ponętny błysk, dazzle jest stonowanym, lekko beżowym kolorem. Perky jest także dość ładnym kolorem, klasycznym cukierkowaym różem, który także wygląda ponętnie. Dostałam kilka komplementów podczas jego noszenia. Flashy i swank mnie nie przekonują, ale myślę, że to sprawa koloru.



Ogólnie lubię. Skład bardzo interesujący, wybór kolorów trafiony, konsystencja miła w aplikacji, nadają ustom bardzo kuszący wygląd. Cenę 29$ za zestaw 5 flamastrów uważam za uzasadnioną jeśli weźmie się pod uwagę brak tanich, szkodliwch składników. Na ustach ich prawie nie czuć i można używać ich bez kredki do ust. Fajnym pomysłem jest też to, że są one wysuwane, dzięki czemu nie trzeba ich temperować. Jednak przyczepiłabym się dwóch rzeczy: trwałości i wydajności. Nie są na ustach zbyt trwałe i dość szybko się zużywają.

Ogólna ocena: 4/5. Kredki są interesującym pomysłem, mają dobry skład, ładne kolory i
są miłe w noszeniu. Zapach jest w zasadzie niewyczuwalny. Konsystencja przyjemna. Jednyk są to produkty bardzo drogie i przy takiej cenie nie zasługują na miano kosmetyku cudu. Wybór kolorów i wykończeń uważam natomiast za bardzo trafiony.

A Wy? Słyszałyście coś o Tarte?

Thursday, December 29, 2011

Smashbox Be Discovered 2011 Limited Edition Holiday Palette



Lipiec 2015: Smashbox ponownie został umiesczony na liście Pety jako firma nie testująca na zwierzętach.

My tu sobie gadu gadu, a sterta kosmetyków rośnie ;)

Jednym z wydarzeń choinkowych pierwszej ligi był smashboxowy prezent pod choinką - prawdziwe cudeńko tych świąt. Smashbox postarał się w tym roku bardzo bardzo, poza tą paletą, nota bene największą, wypuścił także osobną, mniejszą paletkę cieni plus eylinerów Click you are it i zestaw błyszczyków w bardzo przystępnej cenie 29$. Jednak z całej tej trójcy zdecydowanie najbardziej podpasował mi mój prezent.



Be discovered zawiera:

- 45 cieni do powiek
- 9 eyelinerów w kremie
- 3 róże
- 1 puder brązujący
- 2 rozświetlacze
- 6 błyszczyków
- 4 mini pędzelki

Powiem szeczerze, że jest to jedna z tych palet, w przypadku której samo patrzenie sprawia przyjemność. Na jednej ze stron wyczytałam, że jest ona zdecydowanie piękniejsza w rzeczywistości niż na jakimkolwiek zdjęciu, jakie można znaleźć w internecie i trudno się z tym nie zgodzić. Przyznam szczerze, że sama jeszcze jej nie próbowałam, na razie trzymam ją w opakowaniu i wyciągam po to tylko, by na nią popatrzeć.





Cała paletka jest niesamowicie wszechstronna, zawiera w zasadzie większość produktów niezbędnych przy makijażu twarzy; pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że zawiera ich nadmiar. Wybór kolorów jest na tyle ogromny, że w zasadzie już przy jej otwieraniu lekko wpadam w panikę.



Smashbox się postarał i za nas wykonał brudną robotę grupowania kolorów. Mamy więc mniejsze grupy kolorystyczne: kolory ciepłe, naturalne i chłodne. Ponoć także 3 najbliższe kolory w rzędach pogrupowane są tak, by ładnie wyglądać na oku. Jednym słowem projekt jest idiot - proof ;), stworzony z myślą zarówno o świrach makijażowych, jak i początkujących.

Niestety nie używałam jej jeszcze, więc nie mogę powiedzieć czy bym ją polecała czy nie, na pewno jednak cieszy oko. No i jednak jest to Smashbox - po Smashboxie nie spodziewałabym się totalnego badziewia, aczkolwiek wysokopółkowym firmom także zdarza się wypuścić kosmetyki średnie. Paletka jest piękna i całkowicie doceniam ją jako prezent, jednak nie wiem czy sama bym sobie ją kupiła. Głównie dlatego, że nie mam pojęcia czy będę umiała używać ją w całości - a jeśli nie będzie używana w całości to po co mi tego tyle? ;)

P.s. Na koniec taka mała uwaga: wiem, że moje znaki wodne są jakieś niedorobione ostatnio, nie mam pojęcia co się stało z moim programem ostatnio, ale wypluwa z siebie coś takiego. Zapewniam Was jednak, że zdjęcia wykonane są przeze mnie. Jeśli coś nie jest mojego autorstwa to zawsze staram się zamieścić autora :)

Monday, December 12, 2011

Coraz bliżej święta!

Czujecie nastrój świąteczny? ja wyjątkowo w tym roku zaczęłam go odczuwać bardzo wcześnie. Ponieważ n uczelni kończy się semestr akademicki (jest krótszy w Stanach), jestem prawie wolna. W świat poszło też sporo kartek świątecznych i drobnych upominków. Powoli zawitała i u nas zima (rozumiana jak temperatury bliższe 10 stopni, no ale zawsze to zima, ogrzewanie poszło w ruch). Moja pielęgnacja także się zmieniła. Powoli nadchodzi też czas na podsumowanie kosmetycznego roku 2011, co? :)

Dzisiaj notka dość szybka, pomiędzy pakowaniem walizek a pisaniem projektu. Chwilowo dość mocno zaangażowana jestem w bardzo ciekawy projekt o metaforach w języku polskim, nimieckim i angielskim. Niestety, pracowity semestr uniemożliwił mi wcześniejsze rozpoczęcie projektu, w związku z tym mam teraz dość sporo roboty. Chciałam Wam się jednak pochwalić małym drobiazgiem, który niedawno został zostawiony przez kuriera - prawdziwa gratka dla wielbicielek kosmetyki naturalnej:



Suki jest jedną z tych firm, której kosmetyków w zwykłych cenach na pewno nie odważyłabym się kupić o ile wcześniej nie postradałabym zmysłów. Dlatego też kiedy zobaczyłam ich kosmetyki w moim ulubionym internetoym outlecie, postanowiłam chwycić okazję. Problemem jest to, że strona internetowa wysyła swoje przesyłki z ogromnym opóźnieniem - na swoją przesyłkę musiałam czekać ponad miesiąc. Ponieważ jednak zostało mi to obwieszczone z góry, nie mam im tego za złe.

W zestawie znajdują się 3 rodzaje pielęgnacyjnych produktów do ust:
- bezbarwny
- w kolorze sugarberry pot
- w kolorze wineberry kiss

oraz lusterko i mały pędzelek.

Zestawu miałam na razie okazję użyć tylko raz. Pierwsze wrażenia - uczta dla ust. Balsam otula usta przyjemną mniełką i naturalnym owocowym zapachem. Dokładniejsza recenzja po dłuższym używaniu :)

Na koniec jeszcze zdjęcie składu i króliczka The Leaping Bunny.




Wrócę jak tylko czas pozwoli, mam Wam naprawdę mnóstwo rzeczy do pokazania i do poopowiadania! :) A tymczasem zaszywam się w moim projekcie.

Thursday, November 24, 2011

Urban Decay po raz kolejny

Zamęczę Was tymi moimi ostatnimi zakupami - wybaczcie! Ale wiecie jak to jest jak się człowiek zauroczy, namiętnie gada w kółko o tej samej... osobie. No w tym przypadku gadam o firmie, ale wierzcie mi, poziom endorfin jest ten sam ;)

Czy ja już mówiłam, że od zawsze zapuszczałam paznokcie i jakoś nigdy nie udało mi się wytrwać w postanowieniu? Nieeee? To mówię! To znaczy udawało mi się je zapuścić na chwilę, góra miesiąc, a potem znów łapy w buzię i ziuuuu obgryzać (nadmiar stresu). Ale teraz coś nowego - otóż wreszcie mam paznokcie na tyle pokazowe, że postanowiłam zacząć je malować (po raz - uwaga uwaga - trzeci w życiu). Efektem mojego zapuszczania był dość nieoczekiwany zakup na stronie UD, a mianowicie zestaw lakierów. Zestawik rzeczywiście jest śliczny i prezentuje się mniej więcej tak:



Ach, UD i te ich misterne opakowania... Podoba mi się też to, że lakiery są miniaturkowe. Kolory szybko mi się nudzą i często nie przepadam za wielkimi buteleczkami czegokolwiek, taka wielkość wydaje mi się bardzo praktyczna. Ogromną zaletą lakierów jest łatwośc rozprowadzania i ogromna łatwość zmywania. Posiadam jeden lakier Zoyi z drobinkami i zmycie tego z paznokci zajmuje mi ładne kilka minut. Do UD tylko przykładam wacik nasączony zmywaczem i po kolorze.

W rzeczywistości lakiery prezentują się ładniej i kolory są bardziej nasycone. Biały jest biało-różowy (jak to się zwie? fluorescensyjny?), różowy i fioletowy są dość neonowe, a fiolecik i złoty z drobinkami. Fiolet jest przepiękny, nigdy bym nie pomyślała, że mogę polubić brolatowy lakier, ale ten jest fantastyczny. Biały kolor nadaje paznokciom taki dystygowany charakter i optycznie je wydłuża. Złoty jest... naprawdę złoty i w jego noszeniu zalecałabym rozwagę. Natomiast fajnie się prezentuje do makijażu wykonanego paletką Naked i np. fioletowym cieniem Stili w załamaniu, do tego do ciemnofioletowej, stonowanej bluzki.

No nic, poczekam jeszcze chwilkę aż paznokcie będą bardziej reprezentatywne i zacznę wklejać zdjęcia jak lakiery prezentują się na paznokietkach :) Cena zestawu na promocji: 8$

Wednesday, November 23, 2011

Urban Decay - moja miłość

Nawet nie wiecie jak się cieszę, że dziś wreszcie wyszło słońce! Przede wszystkim dlatego, że już od kilku dni noszę się z zamiarem pokazania Wam efektów długotrwałej wyprzedaży na oficjalnej stronie Urban Decay. Efekty te możecie podziwiać między innymi (ale nie wyłącznie :D) w formie mojej najnowsze paletki UD - Vegan palette. Dziś porobiłam tyle zdjęć, że chyba nic mi nie umknęło :)



Opakowanie jest prawdziwą gratką dla maniaczek kolorowych, artystycznych opakowań. Wiele osób twierdzi, że kupiło by paletkę dla jej samych walorów artystycznych ;)



Ta śliczna paletka przyszła w nieco większym opakowaniu, na którym widniały nazwy cieni oraz nazwa Urban Decay Prime Potion (Sin). W zestawie dołączona była też ich fenomentalna kredka do oczu 24/7 Glide-On.



Mam dla Was 2 zdjęcia w pełnym słońcu:





A tu zdjęcie na zewnątrz w naturalnym świetle, ale nie w pełnym słońcu:



I tu jeszcze zdjęcia swatchy:



Paletka jest obecnie do kupienia na stronie UD za 13$ (wow!). I jak tu jej nie kochać? :)

Dla wszystkich, którzy jeszcze tego nie zauważyli - Urban Decay jest jedną z moich najulubieńszych firm kosmetycznych wszechczasów. POMIMO tego, że znani są ze swoich intensywnych kolorów, artystycznych opakowań i dużej ilości błysku/metalicznych wykończeń, co w zasadzie nie jest moim stylem ;)

Tuesday, October 25, 2011

Tarte


Strona producenta: http://tartecosmetics.com/

Znacie firmę Tarte? Jest to jedna z tych firm, o których usłyszałam stosunkowo niedawno, łącznie z paroma innymi firmami, które są znane w USA, ale znacznie mniej za oceanem (przynajmniej z moich doświadczeń). Mnie oczywiście zainteresowali z powodu nietestowania na zwierzętach. Cenowo i jakościowo plasują się gdzieś w okolicach Urban Decay, Stili, Smashboxa, Too Faced i Cargo, ale mają nieco inne produkty i nieco inną estetykę. Są jednak firmą z gatunku droższych, w związku z tym zanim kupiłam cokolwiek pełnowymiarowego, postanowiłam rozejrzeć się za jakąś w miarę sensowną tańszą alternatywą.

Jako że jestem w fazie poszukiwań dobrego tuszu do rzęs (tuszu poszukuję zresztą od zawsze, wszystkie do tej pory przetestowane było ok. Niektóre lepsze, niektóre gorsze, niektóre nawet świetne, ale żadne nie były wow - żadne, poza jednym tuszem z firmy Faberlic, który dane mi było przetestować tylko raz, o którym mało kto słyszał i który został oczywiście wycofany ze sprzedaży. Od tego czasu szukam w tuszach tego niebiańskiego efektu firanek), mój wybór padł na kilka tuszy wysokopółkowych. Między innymi mozliwość przetestowania 2 próbek tuszy tej firmy - wodoodpornej i niewodoodpornej wersji.

Na razie nie mogę za wiele powiedzieć na temat tego tuszu, ponieważ dopiero zaczęłam go używać, ale... Co wpadło mi w oko to to, że faktycznie, efekt robi. Najbardziej zdziwiło mnie to, że podkręcił i wydłużył mi rzęsy bez zalotki - taki efekt widziałam na rzęsach chyba po raz pierwszy. Czy jednak zapewni mi taki efekt, o jaki mi chodziło to jeszcze nie wiem. Na pewno trzeba się tą szczoteczką nieźle namachać, ale im więcej machania, tym rzęsy ładniejsze (brak sklejania czy grudek), więc jak na razie narzekać nie mogę. Na pewno jak wykończę obie próbki to opiszę wrażenia. I na pewno moje pierwsze starcia z tuszem nie zniechęciły mnie do tej marki.

Wielkość: 2x 3ml. Cena: 10$

Sunday, October 16, 2011

Z cyklu kosmetyczny faworyt babiego lata :)



Chciałam się z Wami podzielić moim kosmetycznym znaleziskiem. Jest to jedna z moich ukochanych palet. Ogólnie z paletami mam taki problem, że nie za bardzo chce mi się płacić tylko za kolory, które noszę - z reguły tylko około połowę palety ;) Dlatego też aż tak za paletami nie przepadam. Z tego samego też powodu sporo palet w kolekcjach Urban Decay mi nie podchodzi, pomimo że uwielbiam cienie tej marki. Kiedy jednak zobaczyłam TĘ paletę, poczułam, że muszę ją mieć.

Paletka nazywa się classic beauty eye shadow palette i zawiera 13 cieni:

- bubble (najbardziej u góry)
- rosette (poniżej)
- liberty (górny prawy róg)
- ribbon (kolor poniżej)
- bronze (prawy dolny róg)
- flutter (kolor powyżej, zlotobrązowy)
- jewel (na samym dole)
- taffeta (stalowofioletowy, kolor powyżej)
- cove ( delikatny stalowy niebieski w lewym dolnym rogu)
- marina (ciemniejszy kolor powyżej)
- crystal (najjaśniejszy kolor, lewy górny róg)
- tulle (kolor poniżej)
- sequins (matowa czerń w sercu paletki)

Cena tej palety to ok 22$ (widziałam ją jednak w Ulcie za 15$, więc można ją było dostać jeszcze taniej) - jak dla mnie bardzo konkurencyjna. Jakość cieni nie do pomarudzenia: pigmentacja jest fantastyczna (przynajmniej wszystkich kolorów neutralnych i ciepłych, bo tylko te sprawdziłam ;), konsystencja cudowna, cienie wytrzymują na powiekach w niezmienionym stanie (na bazie) wiele godzin. Wygląd palety fantastyczny, uwielbiam ich designy. Produkt naprawdę godny uwagi, choć nie wiem czy do dostania w Polsce.

Zdjęcie w słońcu:



Niestety nie jestem chwilowo w posiadaniu swatchy, ale to się powinno wkrótce zmienić.

A Wam jak się podoba? :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...