Showing posts with label wegetariańskie. Show all posts
Showing posts with label wegetariańskie. Show all posts

Friday, July 31, 2015

Olejkownia


Mój narzucony samej sobie zakaz kupowania nowych kosmetyków spowodował, że sięgnęłam do mojego zaplecza kosmetykowego i wreszcie zaczęłam wykańczać co mam. A miałam dużo, oooj dużo. Część kosmetyków nie przeżyła moich wiecznych przeprowadzek, część poleciała z moją mamą z powrotem do Polski, zasilając liczne szeregi kosmetykowych żołnierzy u niej. Czyli pewnie się kurzą.

Tak czy siak, ponownie odkryłam i prawie wykończyłam ten olejek. Prawdę powiedziawszy to wcale go nie chciałam. Poszłam do Tj Maxxa w celu kupienia olejka w sprayu. Niestety takiego olejka co to by był naturalny, w sprayu i jeszcze z w miarę niekosmiczną ceną nie było, więc ze zrezygnowaniem wybrałam ten. Wybrałam, wypróbowałam i odstawiłam na półkę. (A dokładniej to do pudła z kosmetykami, bo akurat ani na półce. ani w szafce ani nigdzie indziej miejsca już na niego nie było )

Na szczęście olejek wygrzebałam i ponownie zaczęłam używać. Muszę powiedzieć, że kilka rzeczy mnie w nim zauroczyło. Po pierwsze zapach. Czasami olejki potrafią doprowadzić mnie do szału swoim zapachem, ale temu się udało tego nie zrobić. Po drugie, olejek... no wiadomo, jest oleisty, w związku z czym klejący  , ale ten przynajmniej nie jest ciężki. Niestety olejek ma też wady i jedną z głównych jego wad jest dość słab,y jak na tego typu kosmetyk, skład:


Działanie jak i przy innych olejkach - jeśli jesteś zmotywowana do regularnego używania, to zapewne działa cuda Smiley Ogólnie dobrze mi się go używało i zapewne kupiłabym ponownie, a za często nie mogę się poszczycić kupowaniem tych samych kosmetyków ;) Jest więc solidny komplement w stronę kosmetyku.

Zalety:
+ zapach
+ konsystencja
+ kosmetyk całkowicie wegański
+ po prostu przyjemny w użyciu

Wady:
- skład
- cena: kupiłam go w TJ Maxxie, ale normalna cena to prawie $18, a to jest naprawdę niemało za taką pojemność i w życiu bym za niego tyle nie dała

Monday, October 8, 2012

Mania olejowania

Na początek to ja się Wam muszę porządnie wyżalić, aka wyjojczeć.  Mam nadzieję, że się nie narażę niektórym z Was, ale jakoś tak czuję, że chcę zabrać głos w debacie pt. moda.

Im więcej siedzę w temacie, tym bardziej czuję, że zaczynam mody, jako zjawiska społecznego, nie cierpieć.  Określenie fashionistka doprowadza mnie do śmiechu - a cóż to za cudak? Określenie charakteru? Negatywne czy pozytywne? Toż to rzeczownik, proszę was, - to jak jest? Jestem Polką, jestem emigrantką, jestem fashionistką?  Chodząc po różnych blogach też nie zawsze wiem jak mam się ustosunkować do panującego w blogosferze/necie pojęcie mody.  Pal to licho jak chodzi o zabawę ubraniami i kombinowanie stroju, ale jak słyszę, że coś jest wiocha/tandeta/kicz, to mnie trzepie.  Najgorsze jest jednak określenie "moda jak z bazaru".  Powiem szczerze, że śmiać mi się chce, bo od kiedy zarabiam w USA to stać mnie na modne marki typu Ralph Lauren, Tommy Hilfiger, Guess, Pierre Cardin, Anne Klein, Calvin Klein, Donna Karan, Maggy London czy inne, nawet droższe,  i równie dobrze mogłabym określić te wszystkie krzyczące jak to w Polsce panuje moda bazarowa tym samym hasłem - ubrania jak z bazaru, jeśli się je porówna do kosztownych ciuchów z butiku.  Ktoś ma zabawę z ciuchami - fajnie, ale żeby robić z tego kwestię życia lub śmierci, pochodzenia ( "a bo to takie wiejskie"), statusu społecznego ("zajeżdża taniochą i tandetą") to już chyba lekkie przegięcie.  Pomijam fakt jak widzę takie babeczki co to wszystkich zjeżdżają, a same nie widzą, że coś im nie pasuje, ale jest modne - to trzeba nosić!, to wywracam oczami.  Nie każdemu pasują rurki i nie każdy dobrze wygląda w botkach, color (pisownia amerykańska, celowo nie piszę colour) blocking czasami wygląda ok, ale w niektórych sytuacjach nie pasuje. Itd itp.  Trochę dystansu do siebie, świecie modowy!  Posiadanie własnego stylu, wyrażanie własnego charakteru w sposobie ubierania - nie ma w tym nic złego, niech Wam wyjdzie na zdrowie.  Ale wywyższanie się nad innymi, bo ktoś jest modny - jaka to zasługa i jaka to cnota, to "fashionistkowanie"?

No dobra, wygadałam się ;) Teraz pora na na tematy kosmetyczne, bo dawno już o tym nic nie było.  Dziś o mojej (nie znów tak) nowej miłości do olejków.  Jak zapewne wiecie, na blogach kosmetycznych wszelakiej maści od dawna głośno o olejkach przeróżnych firm, o różnym bukiecie zapachów, składów i przeznaczeniu.  Kto śledzi mnie od czasu, kiedy blog był bardziej żywotny ;), ten wie, że Linus i balsamy/masła do ciała nie pałają do siebie zbyt ciepłymi uczuciami i w linusowym sercu zdecydowanie znajduje się miejsce na jakiś inny specyfik do pielęgnacji skóry.  A że kosmetykami wielofunkcyjnymi, skórno-włosowymi, wzgardzić się nie da... Stąd uwaga linusowa skierowana została na oleje.

Temat nie jest mi całkowicie nowy.  W swojej kolekcji posiadałam już olej kokosowy (2 różnych firm) , migdałowy (także 2 różnych), rycynowy i olej z pestek malin ( skombinowane z przeróżnymi olejkami eterycznymi, a także zmieszane same z sobą).  W moje łapki wpadła też jaśminowa Amla, której zapach na włosach oczarował mnie na wiele ładnych tygodni.  Niestety, pomimo długiego używania, bardzo ciężko mi wyrobić sobie zdanie na temat różnych olei, wybrać faworytów i jednoznacznie ocenić: to pomaga, a to nie.  Ponieważ nie obdarzyłam żadnego z olei płomiennymi uczuciami, postanowiłam, że... no cóż, że warto może uzbroić się w kilka innych olejków, a nuż któryś z nich okaże się ideałem?  Oczywiście, jak to Linus, wpadłam w szpony promocji i wyprzedaży, w związku z czym za połowę ceny zakupiłam kilka różnych rodzai olejków.  Na początku chodziło mi przede wszystkim o włosy - przez jakiś czyas zdecydowanie za mało o nie dbałam i wiedziałam, że pora intensywnie zabrać się za maski, odżywki i olejowanie.  Z myślą o włosach najpierw "popełniłam" zakupy włosowe podczas mojej wizyty w TJ Maxxie. 


Serum do włosów oparte na olejkach?  Muszę powiedzieć, że wyglądało zachęcająco.  Chwilowo mam dość bawienia się w mieszanie olei i czytanie co dobre dla jakiego typu włosów - po prostu nie starcza mi na to czasu.  Wiem wiem, pewnie wyszłabym na tym lepiej i miałabym bardziej naturalny skład... No ale znając mnie, to i tak nie potrafiłabym użyć specyfików w przepisanym czasie, więc trochę konserwantów to akurat mnie się pewno przyda... 

Skład możecie przeczytać sobie na zdjęciu poniżej.  Po lewej stronie znak króliczka i zapewnienie, że firma nie testuje na zwierzętach ( tak wiem, lista to to nie jest... ale zawsze to większa szansa, że faktycznie są, jak się deklarują, cf). 


Kolejnym olejkiem, na który napadłam w sklepie, był olejek do włosów w sprayu.  Doszłam do wnioksu, że to po prostu najlepsze, najwygodniejsze wyjście, przynajmniej na razie, jak dbać o moje włosy mogę w zasadzie tylko w biegu.  Pierwszym produktem tego typu był ten oto specyfik:




Podobał mi się pomysł mgiełki do włosów, gdyż dał mi nadzieję, że być może, dzięki odpowiedniej końcówce, nie przeciążę sobie włosów olejami (ileż to razy napaćkałam się tak, że nawet szampon nie mógł sobie poradzić z tym... Wciąż mam nadzieję, że to jest dobre rozwiązanie dla osób jak ja, olejujące "od serca").

Także możecie przybliżyć sobie skład (bo całoście to niestety nie widać :/) :


Ale, ale, tu moja przygoda się oczywiście nie kończy, ponieważ jak Linus wpadnie w manię testowania, to już wpadnie... Któregoś dnia wybrałam się na zakupy do supermarketu i wpadłam na 50% wyprzedaż produktów firmy J.R. Watkins.  Olejki Watkinsa chciałam wypróbować już jakiś czas temu, ale jakoś ciągle było coś - a to wydawały mi się za drogie, a to miałam inne rzeczy do kupienia na liście, a to mąż kręcił nosem (olej do ciała? Będziemy mieli steki z Linusa czy jak?? :D) i inne takie. Oto co udało mi się upolować:


Cytrynowy olejek do ciała i kąpieli. 

Skład: grapeseed oil, macadamia ternifolia seed oil, apricot kernel oil, avocado oil, lemon peel oil, safflower seed oil, aloe barbadensis leaf extract, tocopheryl acetate. 

Brzmi interesująco i pachnie zabójczo.

Kolejne 2 olejki są wynikiem mojego niezdecydowania odnośnie zapachu.  Po przyniesieniu do domu myślę, że moim ulubieńcem został grapefruit, ale olej kokosowy i miód także nie brzmi strasznie ;) Oba to olejki do ciała w sprayu, a oto ich skład: 

apricot kernel oil, isopropyl myristate, 100% natural fragrance, tacopherol



A tu jeszcze cała Watkinsowa rodzinka:



Czekam na opowieści o waszych doświadczeniach z olejkami, zwłaszcza próbami z nowymi firmami.  Wiem, że na rynku jest obecnie masa olei oraz mieszanek olei i, jak dotąd, nie spotkałam się z jednoznacznie negatywnymi opiniami na temat jakichkolwiek z nich.  Niektóre działają słabiej, inne macniej, niektóre pięknie pachną, inne po prostu śmierdzą... ale jednak nikt nie mówi, że ich działanie to kompletna bzdura.  Domyślam się jednak, że na konkretne efekty to jednak trzeba trochę poczekać, szczególnie na włosach - no a mi, niestety, często brak cierpliwości.  Pomagają mi zapachy, za którymi przapadam - mam nadzieję, że będzie tak i w tym wypadku. 

Thursday, February 16, 2012

Nie otynkowana, tylko pomalowana! Słówko o podkładach mineralnych.

O minerałach pisałam na moim poprzednim blogu, pozwolę sobie więc przekleić moje uwagi ogólne dla tych, którzy są ze mną od niedawna. Całą moją poprzednią notkę można przeczytać TUTAJ. Czyli najpierw ogólnie:

Minerały mają kupę zalet i kilka znaczących wad. Największe problemy z minerałami występują na początku ich używania, zazwyczaj jak się dopiero podejmuje decyzję o wypróbowaniu tego typu kosmetyków. Początki zawsze bywają trudne, a już zwłaszcza jak się jest zielonym w temacie jak szczypiorek na wiosnę.

Linie mineralne niemineralnych firm naprawdę rzadko są prawdziwymi kosmetykami mineralnymi! Najczęściej zawierają dodatki tych wszystkich zapychaczy, które dodają do form płynnych, ale że dodają też do kosmetyków minerał w jakiejś formie (najczęściej startej ;) ) to się szumnie ogłaszają jako mineralne. Nie dajmy się ogłupić! No to teraz słówko o problemach z prawdziwymi minerałami:

a) po pierwsze, większość firm mineralnych jest dostępna tylko online i to często trzeba zamawiać je ze Stanów bądź Wielkiej Brytanii (wyjątek: bardzo wysoko ocenione kosmetyki mineralne Pixie Cosmetics)

b) po drugie, ilość firm mineralnych jest przytłaczająca, czasami naprawdę nie wiadomo od czego zacząć

c) zanim zacznie się używać minerałów trzeba często zaopatrzeć się w odpowiednie pędzle

d) zanim nasza buzia zacznie przypominać buzię normalnego człowieka a nie ufo, często trzeba znaleźć własny 'sposób na minerał'. Dotyczy to głównie sposobu ich nakładania oraz bazy pod nie (minerały zachowują się inaczej na różnych bazach, dotyczy to także nałożenia na mokro)

e) nie są najłatwiejsze do użycia w podróży lub w ciągu dnia - mogą brudzić, wysypywać się no i wszędzie trzeba by taszczyć pędzelki ze sobą. I już sobie wyobrażam wielkośc mojej kosmetyczki podróżnej, gdybym musiała tachać ze sobą te wszystkie puzderka, pędzelki, woreczki strunowe, pudry, podkłady, korektory, róże, cienie...

Plusy używania minerałów:

a) efektu, jaki można osiągnąć minerałami, nie da się porównać z niczym. Naturalny wygląd, gładka buzia, ujednolicony koloryt

b) ponieważ podkłady i pudry istnieją w tylu formułach i w tylu odcieniach, można je dobrać idealnie do karnacji i rodzaju skóry

c) naturalnego składu nie trzeba chyba nawet wspominać

d) w przypadku cieni czy róży wybór kolorów jest obłędny

e) z powodu oferowanych próbek bardzo łatwo jest wypróbować ogromną ilość kolorów, niektórych nawet bardzo zbliżonych do siebie, ale odrobinę innych, bez wywalania niepotrzebnie pieniędzy w błoto jeśli kolor nam nie podpasuje

f) próbki starczają na naprawdę długo, więc ogólnie powiedziałabym, że są tańsze od tradycyjnach cieni podobnej jakości

g) kosmetyki mineralne (przynajmniej te prawdziwe mineralne) się nie przeterminowują - dobre dla takich chomików jak ja

h) większość z nich nie uczula i nie zapycha, ALE tu uwaga dla wszystkich osób, szczególnie z problemową cerą: uczulenia na naturalne składniki nie są rzadkością, czasami można być paskudnie uczulonym na któryś składnik. Tylko dlatego, że jakiś kosmetyk mineralny z konkretnym składem nas uczulił, nie trzeba od razu zakładać, że tak będzie z każdym mineralnym składnikiem. Czasami trzeba popatrzeć na skład i, drogą eliminacji, znaleźć ten nas podrażniający

i) na skórze minerały są praktycznie niewyczuwalne i niewidoczne (jeśli są prawidłowo dobrane)

j) wystarczy odrobina, by twarz wyglądała promiennie i zdrowo

k) nie ma niebezpieczeństwa, że zostawią na twarzy odznaczającą się linię (między na przykład podkładem a szyją). Wszyscy kochamy perypetie z widocznym podkładem, prawda? :>

l) skóra w podkładach mineralnych po prostu oddycha, czego nie mogę powiedzieć, żebym doświadczyła z podkładami płynnymi

ł) wiele minerałów zawiera naturalny filtr przeciwsłoneczny, dobre dla osób, którym się nie chce używać prawdziwych kremów z filtrami :> Nawet jeśli nie jest to to samo działanie to lepszy rydz niż nic.

Podkład Everyday Minerals w formule semi matte

Na zdjęciu używany przeze mnie podkład Everyday MInerals. Opakowanie zawiera 5.5g, kosztuje 12 $. Nie uważam tego za wygórowaną cenę. Opakowanie, w którym są sprzedawane pełnowymiarowe podkłady jest takie samo jak opakowanie do pełnowymiarowego różu. Okrągłe plastikowe pudełeczko ma około 6,5 cm średnicy i wyposażone jest w siteczko oraz dodatkowe zamknięcie tegoż siteczka. Zapobiega to wysypywaniu się produktu. Znacznie lepsze rozwiązanie niż przy opakowaniu próbek, z których nieopatrznie zawsze dziwnym trafem "wycieka" mi produkt.

Everyday Minerals Fair Neutral
Skład na zdjęciu powyżej. W opisie napisane jest, że zapewnia mocne krycie. Co prawda nie potrzebuję mocnego krycia, więc nie z takim zamierzeniem go kupiłam, jednak nie zauważyłam przy okazjonalnej niespodziance, żeby krył jakoś fantastycznie - pewnie zależy to od nałożonej ilości i stopień krycia można stopniować. Ja zawsze nakładam ilość minimalną. Najlepiej wygląda nałożony na mokro z hydrolatem (sposów na nakładanie zapożyczony od Emilki (pozdrawiam Cię Emilko :*), która mnie oświeciła jak zapewnić sobie brak pylistej maski na twarzy przy używaniu tego produktu). Nakładam pędzlem flat topem, również z EDM, spryskanym uprzednio odrobiną hydrolatu oczarowego. (Uwaga, aby można było używać tego podkładu w ten sposób, trzeba mieć bardzo dobry rozpylacz, zdecydowanie nie polecam tego ze strony Biochemii Urody, rozpyla za dużo produktu!). Następnie nakładam kolistymi ruchami, w razie potrzeby czynność powtarzam. Podkład na buzi jest kompletnie niezauważalny. Nic się nie odznacza, nie wyciera, nie wygląda nienaturalnie. Nie czuć go na twarzy.

Za co niezmiernie lubię firmę Everyday Minerals, to ich bardzo stanowczą politykę prozwierzęcą (są na wszystkich listach firm nietestujących na zwierzętach, wymagają od dostawców corocznych oświadczeń i dokumentów, że surowce, które skupują nie są testowane na zwierzętach), fachową obsługę klienta i bardzo częste promocje. Za każdym razem kupowałam coś od nich na promocji. Co mi się też bardzo podoba to fakt, że można zamówić próbki (5 próbek) w dowolnej grupie kolorystycznej. Sama zamówiłam już 10 próbek (jaśniejszy zestaw na zimniejsze dni i ciemniejszy na lato). Darmowe próbki poszczególnego zestawu (danego koloru, np. light albo fair albo medium) można zamówić raz. Każdy kolejny raz będziemy musieli za próbki zapłacić 5 dolarów. Tłumacząc jeszcze raz - jeśli chcemy wypróbować kolor fair, dostaniemy 4 czy 5 próbek formuł za darmo w tym właśnie odcieniu (kolor fair w formule original glo, semi matte, matte itp). Jeśli chcemy następnym razem zamówić wersję próbek light, bo fair nam nie odpowiadało, znów dostaniemy je za darmo. Jeśli po tym nie będziemy wciąż pewni, który kolor i formuła odpowiadajł nam najbardziej, możemy zamówić próbki w kolorze light czy fair jeszcze raz, ale tym razem płacąc za nie 5$. Uuuf ;)

Niestety nie jestem w 100% pewna jak to wygląda w Polsce, na pewno jednak ich amerykańska strona jest bardzo przyjemna.

Podkładu używam od około roku, acz sporadycznie. Uważam go za wydajny, bo mi wystarczy naprawdę odrobinka. Jestem z niego zadowolona, choć nie wiem czy jest to mój mineralny kosmetyk doskonały. Na razie próbowałam tylko podkładów z EDM i Lucy Minerals, te ostatnie okazały się dla mnie niewypałem. Czy polecam? Absolutnie, podkłady jak najbardziej warte wypróbowania.

Monday, February 6, 2012

Zimowe walki skórne

Po spędzeniu kilkunastu dni w temperaturach zamrażalnikowych stwierdzam posępnie, że moimi radami dotyczącymi pielęgnacji w zimie to ja mogę się co najwyżej za uchem podrapać Skype Emoticons  Człowiek się po prostu odzwyczaja od zimy jeśli mieszka przez jakiś czas w innym klimacie. W zimie to ja mogłam co najwyżej długie portki nosić (w przeciwieństwie do jesieni, w której nosiło się letnie sukienki), ale żeby mi kuperek odmarzał nieważne co bym robiła to już zupełnie inna bajka!

Fatalnie prezentował się też stan mojej skóry. Wyschłam jak sucharek i sama sobie nie potrafiłam pomóc. No ale czego to się spodziewać jak człowiek ma lekki kremik do rąk a balsamu w ogóle nie miał bo przecież miesiąc bez tego spokojnie przeżyję. Aha, przeżyć to może przeżyję, ale istnieje ryzyko że będę się drapać nie paznokciami, a otwartą dłonią, poniważ tak popękała mi skóra na rękach.

Kurację zaczęłam od podstaw, czyli wpakowania do szafy mamy drogeryjnych mydeł w płynie. Mówcie sobie co chcecie, ale takie mydła mi po prostu doprowadzają stan skóry do opłakanego stanu. Pierwsze co poszło w ruch, to zmiana mydła na Białego Wielbłąda Barwy (jest to roślinny odpowiednik Białego Jelenia). Konieczna jednak była bardziej zdecydowana interwencja. Do interwencji wybrałam sklep Matique.
Po pierwsze dużo o sklepie słyszałam i chciałam go wypróbować, po drugie mieli bardzo fajny balsam do skóry i promocję na pewien inny kosmetyk. Łącznie koszt samej przesyłki za 2 produkty wyniósł mnie 6,50 zł  (list polecony), co mnie przekonało do zakupu. Sklep zrobił na mnie miłe i profesjonalne wrażenie, przesyłka wysłana była dosłownie dzień czy 2 dni po złożeniu zamówienia, wszystko elegancko napisane w mailu. Paczka dobrze zabezpieczona, w środku próbki. Jak na razie naprawdę żadnych zastrzeżeń. A teraz co do zawartości samej przesyłki. Na pierwszy rzut poszło coś dla wołającej o pomoc skóry całego ciała:


Lavera jest firmą ekologiczną i nie testującą na zwierzętach. Posiadają certyfikat NaTrue (ale nie pytajcie mnie co dokładnie to oznacza, bo nie jestem wielką fanką systemu ich różnicowania stopni ekologiczności). Do zakupu zachęcił mnie różany zapach. Cena 33,90 zł za 150 ml. Na tle innych balsamów nie wyglądało to najgorzej. Kosmetyk nadaje się dla wegan.



Nie chcę tutaj zaczynać receznji tego kosmetyku ponieważ za krótko go używam, jednak muszę opisać swoje pierwsze wrażenia. A wrażenia są takie, że przepadłam z kretesem. Jestem jedną z tych osób, która nie używa balsamów (tylko na łydki po podrażnieniu i to jeśli muszę) bo ich nie znoszę. Konsystencji, uczucia lepkości, warstwy na skórze. Próbowałam wielu balsamów drogeryjnych i w sumie już kilku balsamów bardziej w kierunku wyższej półki lub naturalnych, próbowałam maseł, lotionów, a i tak nie mogłam znaleźć nic co by mi pasowało. Zostałam przy olejkach do ciała. Olejki jednak na taką zimę okazały się niewystarczające.
Tu jednak dostałam skórnego katharsis. Konsystencja tego kosmetyku jest cudowna, luksusowa, jakby miękka. Przypomina mi wszystkie stare reklamy telewizyjne Cocolino, z dużym puchatym misiem na tle puchatego prześcieradła czy białego ręcznika i uczuciem delikatności i lekkości. Zapach obłędny. Rozsmarowaniego  to czysta przyjemność, przy czym balsam wchłania się błyskawicznie, pozostawiając skórę zrelaksowaną i dopieszczoną. Ten produkt ma wszelkie szanse zostać moim kosmetycznym odkryciem roku 2012 ( i tak, naprawdę wiem, że mamy dopiero luty Skype Emoticons ). Nabrałam taką chrapkę na produkty Lavera, że pojęcia nie macie (jak i ja sama ledwie je mam, normalnie ślinka mi cieknie na sam widok ich kremów do rąk i dezodorantów.  Zaczynam podejrzewać, że dostałam pomieszania zmysłów w sensie dosłownym, zmysłu smaku ze zmysłem wzroku ;).

Dla zainteresowanych zdjęcie konsystencji:


Przy okazji pochwalę się próbeczką kremu, która była dołączona do paczki.


Za wiele o tej firmie na razie nie wiem poza tym, że ma EcoCert i że twierdzą iż ich produkty nie są testowane na zwierzętach. No i poza tym wiem też to, co wyniknęło z mojego 4krotnego użycia, bo jak zapewne widzicie, wycisnęłam z próbki wszystkie soki, pastwiłam się nad nią do ostatka Free Icons . Powiem tak: baardzo bardzo mnie ten krem zainteresował. Na moje zmasakrowane ręce pomógł od razu, ma również przyjemną konsystencję i ciekawy zapach. Chyba się bliżej przyjrzę tej firmie, bo kusi, aj kusi.

A tu jeszcze skład dla zainteresowanych:


Miłego wieczoru, idę się balsamować przed snem ;)

Tuesday, December 13, 2011

Sucha skóra zimą? Nie ma mowy!

Powoli zbliża się sezon grzewczy. Co prawda u mnie dziś około 15 stopni, ale generalnie było już kilka dni kiedy temperatura sięgnęła wartości jednocyfrowach. Oczywiście od razu odczuła to moja skóra.

Co robić? Na całe moje nieszczęście należę do osób, które balsamów nie znoszą organicznie, pomimo tego, że konsekwentnie wciąż próbuję nowych w nadzieji, że któryś wreszcie trafi w mój gust, po czym zazwyczaj znów odkładam go na półkę. Tym razem jednak znalazłam coś, co działa niezawodnie i co nie przeszkadza mi na skórze ani trochę - jest to olejek migdałowy.



Problemem z olejkiem migdałowym jest jego zapach. Po nałożeniu go na skórę czuję się trochę jak kurczak na rożnie - no a przynajmniej tak pachnę. Jako osoba mająca swego rodzaju bzika na punkcie zapachów postanowiłam pobawić się zwykłymi olejkami eterycznymi, mieszając je z olejkiem migdałowym i nakładając taką miksturę na ciało po kąpieli. Efekt? Skóra jest miękka, delikatna, nawilżona, pachnąca. Uwielbiam ten efekt, jaki daje olejek migdałowy. Kolejnym plusem jest to, że można regularnie kombinować z zapachem - wszystko dozwolone. Wanilia, czekolada, truskawka, lawenda, drzewo sandałowe, pomarańcza, róża, sosna - no czego tylko dusza zapragnie. Tradycyjnie zaczęłam od pomarańczy z grejpfrutem, ale następnym razem chyba pokombinuję z czymś innym. Poniżej zdjęcia olejków, których obecnie używam z Aura Cacia.



Może macie jakieś mieszanki olejków eterycznych godnych polecenia? Wszelkie propozycje bardziej niż mile widziane! Smiley

A Wy? Próbowałyście kiedyś porządnie się naolejować po kąpieli? ;)

Monday, December 12, 2011

Coraz bliżej święta!

Czujecie nastrój świąteczny? ja wyjątkowo w tym roku zaczęłam go odczuwać bardzo wcześnie. Ponieważ n uczelni kończy się semestr akademicki (jest krótszy w Stanach), jestem prawie wolna. W świat poszło też sporo kartek świątecznych i drobnych upominków. Powoli zawitała i u nas zima (rozumiana jak temperatury bliższe 10 stopni, no ale zawsze to zima, ogrzewanie poszło w ruch). Moja pielęgnacja także się zmieniła. Powoli nadchodzi też czas na podsumowanie kosmetycznego roku 2011, co? :)

Dzisiaj notka dość szybka, pomiędzy pakowaniem walizek a pisaniem projektu. Chwilowo dość mocno zaangażowana jestem w bardzo ciekawy projekt o metaforach w języku polskim, nimieckim i angielskim. Niestety, pracowity semestr uniemożliwił mi wcześniejsze rozpoczęcie projektu, w związku z tym mam teraz dość sporo roboty. Chciałam Wam się jednak pochwalić małym drobiazgiem, który niedawno został zostawiony przez kuriera - prawdziwa gratka dla wielbicielek kosmetyki naturalnej:



Suki jest jedną z tych firm, której kosmetyków w zwykłych cenach na pewno nie odważyłabym się kupić o ile wcześniej nie postradałabym zmysłów. Dlatego też kiedy zobaczyłam ich kosmetyki w moim ulubionym internetoym outlecie, postanowiłam chwycić okazję. Problemem jest to, że strona internetowa wysyła swoje przesyłki z ogromnym opóźnieniem - na swoją przesyłkę musiałam czekać ponad miesiąc. Ponieważ jednak zostało mi to obwieszczone z góry, nie mam im tego za złe.

W zestawie znajdują się 3 rodzaje pielęgnacyjnych produktów do ust:
- bezbarwny
- w kolorze sugarberry pot
- w kolorze wineberry kiss

oraz lusterko i mały pędzelek.

Zestawu miałam na razie okazję użyć tylko raz. Pierwsze wrażenia - uczta dla ust. Balsam otula usta przyjemną mniełką i naturalnym owocowym zapachem. Dokładniejsza recenzja po dłuższym używaniu :)

Na koniec jeszcze zdjęcie składu i króliczka The Leaping Bunny.




Wrócę jak tylko czas pozwoli, mam Wam naprawdę mnóstwo rzeczy do pokazania i do poopowiadania! :) A tymczasem zaszywam się w moim projekcie.

Wednesday, November 23, 2011

Urban Decay - moja miłość

Nawet nie wiecie jak się cieszę, że dziś wreszcie wyszło słońce! Przede wszystkim dlatego, że już od kilku dni noszę się z zamiarem pokazania Wam efektów długotrwałej wyprzedaży na oficjalnej stronie Urban Decay. Efekty te możecie podziwiać między innymi (ale nie wyłącznie :D) w formie mojej najnowsze paletki UD - Vegan palette. Dziś porobiłam tyle zdjęć, że chyba nic mi nie umknęło :)



Opakowanie jest prawdziwą gratką dla maniaczek kolorowych, artystycznych opakowań. Wiele osób twierdzi, że kupiło by paletkę dla jej samych walorów artystycznych ;)



Ta śliczna paletka przyszła w nieco większym opakowaniu, na którym widniały nazwy cieni oraz nazwa Urban Decay Prime Potion (Sin). W zestawie dołączona była też ich fenomentalna kredka do oczu 24/7 Glide-On.



Mam dla Was 2 zdjęcia w pełnym słońcu:





A tu zdjęcie na zewnątrz w naturalnym świetle, ale nie w pełnym słońcu:



I tu jeszcze zdjęcia swatchy:



Paletka jest obecnie do kupienia na stronie UD za 13$ (wow!). I jak tu jej nie kochać? :)

Dla wszystkich, którzy jeszcze tego nie zauważyli - Urban Decay jest jedną z moich najulubieńszych firm kosmetycznych wszechczasów. POMIMO tego, że znani są ze swoich intensywnych kolorów, artystycznych opakowań i dużej ilości błysku/metalicznych wykończeń, co w zasadzie nie jest moim stylem ;)

Zapach jak narkotyk

Chcialam porobić zdjęcia moich najnowszych zdobyczy z Urban Decay, ale dzisiejsza pogoda uniemożliwiła mi marzenia o sesji zdjęciowej, w związku z czym postanowiłam dziś zmienić trochę temat.
Ostatnio wykończyłam masę kosmetyków i powoli czas przynajmniej niektóre z nich podsumować. O kremie do rąk ShiKai Pomegranate Hand $ Body lotion pisałam już na moim poprzednim blogu. Szczerze to w tej recenzji, po około roku używania, nie napiszę nic nowego. Tak wyglądała moja nowiuśka tubka kremu:



A tu znaczek The Leaping Bunny i lista składników (ale niestety nie cała, ponieważ nie zauważyłam, że aparat uchwycił tylko połowę listy ;)a opakowania niestety już nie posiadam)



Nic nowego nie napiszę. Krem zachwycił mnie od pierwszego użycia przepięknym zapachem i bardzo miłą konsystencją. Błyskawicznie się wchłania i zostawia miłe uczucie na rękach. Można używać też jako balsamu do ciała, ale ponieważ krem jest dośc drogi i ponieważ sama nie przepadam za balsamami, używałam go sporadycznie. Głównie w podróży, bo bez niego się nie ruszałam nigdzie. Co do właściwości pielęgnacyjnych, to zależą one od tego jak bardzo suchą skórę dłoni posiadamy. Ja mam okropne problemy z dłońmi, permanentnie mi pękają i w zasadzie nawet środki apteczne sobie z nimi nie radzą. Poza tym bardzo często myję ręce. Bez kremu dłonie pękają mi do krwi. na początku byłam z działania bardzo zadowolona, po jakimś czasie chyba jednak skóra przyzwyczaiła się do działania i byłam zadowolona mniej. Tak czy siak - uwielbiam ten krem za całokształt i na pewno kupię ponownie. Zresztą - jak w tytule - jestem totalnie uzależniona od zapachu ;) Tak wygląda moje umęczone próbami wydobycia z niego jeszcze czegoś opakowanie. Ale się skurczybyk nie poddał, trza było ciąć operacyjnie ;)



Cena 9$ za 8 oz. (ok. 240 ml). Zużywałam prawie rok pomimo regularnego użycia - to chyba nieźle, co? ;) Można też kupić w wersji do torebki - w tym wypadku zapłacimy 1$ za 30 ml. Absolutny hit jak dla mnie. Jest to jeden z moich zdecydowanie ulubionych kosmetyków cruelty - free.

Sunday, November 20, 2011

Zrób to sama! :)

W zasadzie z robieniem kosmetyków jest mi nie zawsze po drodze - zabieram się, zabieram i jakoś nigdy nie mogę się ostatecznie zebrać - a to nie mam wystarczającej ilości składników, a to wydaje mi się drogo, a to czasu nie mam, a to trzeba coś zużyć - aleeeee dobry przepis nie jest zły!

Próbuję się pozbyć końcówek kosmetyków na okolicznośc przeprowadzki. Niestety jednak jestem takim roztrzepańcem, że stale natykam się w domu na coś otwartego a nieskończonego. Ostatnio właśnie zdałam sobie sprawę, że na półce wciąż zalega mi olejek migdałowy, a ja zupełnie nie mam pomysłu co tym razem by tu z nim zrobić. Druga sprawa to taka, że właśnie wykończyłam opakowanie mojego ukochanego, ulubionego pomarańczowego olejku myjącego z Biochemii Urody, na którego punkcie mam kompletnego fioła, ale którego nie mogę kupić w Stanach. Musiałabym go ściągać z Polski (i to przez rodzinę), a na takie operacje nie mam chwilowo ani siły ani ochoty. Dlatego, po raz kolejny sięgnęłam do głębokiego zaplecza internetowego i... eureka!

Kochani, przedstawiam Wam przepis na olejek do demakijażu (przepis pochodzi ze strony http://hungeree.com/?p=1326 i jest odpowiednio zmodyfikowany, po pierwsze ze względu na mnie samą - podmieniłam olejki, po drugie z uwagi na użycie w przepisie amerykańskich uncji). No to lecimy!

Mniej więcej wszystko, czego możecie potrzebować, znajduje się na zdjęciu poniżej:



Od lewej strony: olejek ze słodkich migdałów, pomarańczowy olejek eteryczny, hydrolat oczarowy, hydrolat różany. Jedyne, co poza tym może Wam się przydać to mała buteleczka (wskazana pojemnoiść to ok. 4 oz., czyli ok. 118 ml, ale ja zrobiłam na wszelki wypadek połowę przepisu co by nie marnować składników jeśli nie polubię gotowej mieszanki):



Przezroczysta buteleczka nie jest konieczna, ale pomaga nie zapomnieć o wstrząśnięciu przed użyciem ;)

Składniki mieszamy w proporcjach (tutaj podaję przepis zmniejszony o połowę ponieważ uważam, że dobrze jest najpierw sprawdzić czy go lubimy):

Składniki:

2 łyżki stołowe oleju ze słodkich migdałów ( w oryginalnym przepisie była oliwa z oliwek, ale ja wolę olejek ze słodkich migdałów, pozostawiam to już Waszemu uznaniu), w moim przypadku Aura Cacia
1 łyżka hydrolatu oczarowego (u mnie z BU)
1 łyżka hydrolatu różanego (też z BU)
5 kropel pomarańczowego olejku eterycznego ( w moim przypadku Aura Cacia)

Przepis:

Po prostu wlewamy do buteleczki ;)

Gotowa mieszanka wygląda tak:



A tak wygląda mieszanka w postaci wstrząśnietej:



Muszę powiedzieć, że użyłam go na razie raz, ale buzia była po nim bardzo gładka i miła w dotyku. Ale dokładniejszą relację zdam może kiedyś indziej ;) Produkt może odrobinę dziwnie pachnieć (pomarańcza plus oczar plus róża), ale nie jest to jakiś bardzo narzucający się zapach.

Saturday, November 19, 2011

Jesienny kąpielowy wspomagacz :)

Żeby mi się tak chciało jak mi się nie chce! Powoli jesień dociera ju do nas, chociaż na klombach wciąż jeszcze kwitną kwiaty i pogoda wciąż oscyluje w granicach 15-22 stopni. Ale już widać, że to nie to. Ja osobiście nie narzekam, bo lubię zimniejsze temperatury, ale jedno, czego nie znoszę, to brak wystarczającej ilości światła (słońca). Bryyy!

Tu powoli zbliża się Święto Dziękczynienia (przerwa, przerwa!!), a niedługo po niej powoli zbliża się koniec roku akademickiego, więc na uczelni masakra. Dla mnie i jako studenta i jako nauczyciela. Stres lubi się czasem wkraść do mojego życia i choć jest w miarę do poradzenia sobie z nim, to lubię się czasami wspomóc. Czym najbardziej?

1) odprężającą kąpielą. Ostatnio odkryłam świetne mydełka od razu z peelingującymi drobinkami - strzał w 10. Skóra jest po tym miękka, gładka, przyjemna w dotyku. I sam proces mycia jest iście orgią dla zmysłów :) Mydełka kupiłam w zestawie (3), ale pokazuję chwilowo dla przykładu jedno z nich:



Tak wygląda opakowanie:




A tak skład:



Muszę powiedzieć, że do tej pory uważałam mydło za mydło i nic więcej - ot, używasz bo trzeba, fajnie jeśli za bardzo nie wysusza i fajnie jeśli nie śmierdzi ;), no ale po zetknięciu z tymi cudeńkami chyba zmienię zdanie. Mydło to nie jest tylko mydło, to uczta dla zmysłów!

Jak nie używam mydła to sięgam po olejek do masażu i do kąpieli Starej Mydlarni (do dziś prowadzę śledztwo w sprawie czy rzeczywiście nie skupują składników od labolatoriów testujących na zwierzętach, ale skontaktować się z tą firmą wymagałoby chyba kolejnego cudu nad Wisłą - sama wysłam do nich 3 maile, a ile wysłały dziewczyny od nas z wątku to nie zliczę. Dlatego raz kupiłam z powodu ich króliczka na opakowaniach, drugi raz nie wiem czy się skuszę choćby dlatego, że mają klientów w ..... no w minusowym poważaniu no ;)



Po prawej olejek (jako olejek do kąpieli sprawdza się bardzo fajnie, szczególnie w zimie, choćby z uwagi na czekoladowy zapach, który jakoś wybitnie pasuje mi do zimy. Jednak w kwestii olejków do masażu Kanu bije Starą Mydlarnię na głowę), po lewej szampon do włosów włoskiej firmy Erboristica, podobno nietestowany na zwierzętach (tak twierdzi też opakowanie), którego niestety dane mi go było przetestować tylko 2 razy, ale który powodował, że włosy były miękkie jak jedwab smileys, pośrodku perfumki Pacifica oraz mój aktualny krem do rąk. Krem bardzo bardzo lubię i wkrótce nastąpi jego recenzja.)

Jakieś inne pomysły na jesienne odprężenie, poza kubkiem dobrej herbaty? :)

Sunday, October 23, 2011

Badger nr 2

Ostatnio przedstawiałam na blogu Sleep Balm firm Badger Balm. Tak mi się przypomniało, że nie jest to jedyny produkt tego typu, w którego posiadaniu jestem:



Na zdjęciu widoczny inny produkt tego typu, produkt anty stress. Opakowanie duże (28 g), bardzo wydajne, tak się smaruję i smaruje i smaruję... A tam ciągle masa produktu.

Skład: Extra Virgin Olive Oil, Beeswax, Essential oils of Tangerine, Lavender, Rosemary Verbenone, Cedarwood, Chamomile, Spearmint and Rose Otto, CO2 extracts of Rosehip & Calendula. W 100% naturalny i certyfikowany ekologiczny plus w 100% cruelty - free (no chyba że weźmiemy pod uwagę zawartość wosku pszczelego jako produktu niewegańskiego, ale jak dla mnie jest to produkt CF).

Opakowanie: genialne. Solidne, ze ślicznym projektem, porządnym zamknięciem, napisy i obrazki nie wycierają się łatwo. Niebanalne i słodkie, pewnie spodoba się też dzieciom.

Cena: No taka sobie, ale do przeżycia. Ok 10$

Zapach: Piękny. Mieszanka rzeczywiście uspokaja zmysły, produkt pachnie samą naturą. Żadna sztuczna nota niewyczuwalna. Mniam!

Działanie i podsumowanie: Tu mam znów najwięcej problemów. Produkt na pewno trochę działa i na pewno wszystkie świry na punkcie ekologicznych kosmetyków będą z niego zadowolone. Jednak wysłałam go do Polski jako prezent dla osoby cierpiącej na nerwicę i okazał się zdecydowanie za słaby. Jest to więc produkt delikatny, raczej dla osób ogólnie mających fazę większego stresu albo może w fazie jesiennej chandry. Czy kupiłabym go ponownie? Pewnie tak, chociaż gdybym miała wybierać to lepszym pomysłem jest chyba Sleep Balm. Działanie mają podobne (choć ten zapach jest ładniejszy i taki bardziej... dopracowany, misterny) i chyba można ich używać w podobnych sytuacjach. Ogólnie produkt bardzo przyjemny w użyciu, acz cudów nad Wisłą to się po nim nie należy spodziewać. Tak czy siak jeden z moich ulubionych gadżetów, choćby dla samych walorów estetycznych (zapachu i opakowania).

Apropos wyprzedaży. Nie mogłam wczoraj uwierzyć jak przez przypadek weszłam na stronę Urban Decay (szukałam czegoś dla znajomej), że mieli wyprzedaż. Ich paleta Vegan Palette była przeceniona na 13$! (A to jest ok. 45 zł). Oczywiście o palecie mogłam tylko pomarzyć, bo już dawno została wykupiona, ale załapałam się na ich tusz do rzęs za... uwaga uwaga! 5$. Słownie: pięć dolarów, czyli 15 zł. Za tusz, który normalnie kosztuje grubo ponad 60 zł!

No, ale miny mojego małżonka nie sposób opisać....
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...