Showing posts with label ciekawe. Show all posts
Showing posts with label ciekawe. Show all posts

Saturday, January 7, 2012

Native American Goods, czyli indiańskie cudeńka

Przemierzając bezkresne drogi w Arizonie, Nowym Meksyku czy Nevadzie nie sposób nie natknąć się na tutejsze tereny Indian. Tak tak, prawdziwi indianie wciąż żyją w Stanach i choć można spekulować czy mają się dobrze (np. spory odsetek alkoholizmu), znaleźli w każdym razie swoje sposoby na dostosowanie się do życia w Stanach. Oczywiście temat Indian jest długi i szeroki, w zwiazku z tam naprawdę tutaj liznę tylko temat i opowiem o znajdująacych się przy drogach sklepach, w których sprzedawane są indiańskie dobra.

Najchętniej kupowanym dobrem jest biżuteria. Poza tym ceramika, kosze, koce, kartki pocztowe oraz inne indiańskie specyfiki, w tym kosmetyczne. Za każdym razem przejeżdżając w okolicach indiańskich rezerwatów, zatrzymuję się by coś u nich kupić. Powodów jest kilka: zwykła ciekawość, zainteresowanie ich kulturą i wyrobami, chęć poparcia ich przemysłu i rzeźbiarstwa. Oczywiście autentyczne wyroby Indian są rękodziełami, w zwiąazku z tym są drogie, ale uważam, że ceny są zasłużone. Niestety chwilowo moje wymarzone przedmioty przekraczały możliwości portfela, w związku z czym ograniczyłam się do kilku drobiazgów, w tym małego kremu.



Malutkie opakowanie ozdobione jest indiańskimi motywami, np tym prześlicznym elementem:



Na tym zdjęciu pewnie trudno Wam będzie to zauważyć, ale krem ma intensywnie lawendowy kolor.






Zapach? Desert rain, czyli pustynny deszcz. Brzmi śmiesznie, ale w sumie tak jak las w deszczu ma specyficzny zapach, tak i pustynia go ma. Zapach ciężki do opisania, bardzo słodki, ale przebija przez niego ziołowa nuta. Mnie bardzo przypadł do gustu, jest taki dość nietuzinkowy. Ogólnie produkt bardziej ciekawostka niż niezbędnik, ale bardzo fajnie mieć takie coś w kosmetykowej kolekcji. Polecam szczególnie na prezent jeśli kiedykolwiek będziecie mieli okazję kupić coś takiego w Stanach, bo jest to rzecz dość unikatowa, zwłaszcza w Europie.

Sunday, October 23, 2011

Badger nr 2

Ostatnio przedstawiałam na blogu Sleep Balm firm Badger Balm. Tak mi się przypomniało, że nie jest to jedyny produkt tego typu, w którego posiadaniu jestem:



Na zdjęciu widoczny inny produkt tego typu, produkt anty stress. Opakowanie duże (28 g), bardzo wydajne, tak się smaruję i smaruje i smaruję... A tam ciągle masa produktu.

Skład: Extra Virgin Olive Oil, Beeswax, Essential oils of Tangerine, Lavender, Rosemary Verbenone, Cedarwood, Chamomile, Spearmint and Rose Otto, CO2 extracts of Rosehip & Calendula. W 100% naturalny i certyfikowany ekologiczny plus w 100% cruelty - free (no chyba że weźmiemy pod uwagę zawartość wosku pszczelego jako produktu niewegańskiego, ale jak dla mnie jest to produkt CF).

Opakowanie: genialne. Solidne, ze ślicznym projektem, porządnym zamknięciem, napisy i obrazki nie wycierają się łatwo. Niebanalne i słodkie, pewnie spodoba się też dzieciom.

Cena: No taka sobie, ale do przeżycia. Ok 10$

Zapach: Piękny. Mieszanka rzeczywiście uspokaja zmysły, produkt pachnie samą naturą. Żadna sztuczna nota niewyczuwalna. Mniam!

Działanie i podsumowanie: Tu mam znów najwięcej problemów. Produkt na pewno trochę działa i na pewno wszystkie świry na punkcie ekologicznych kosmetyków będą z niego zadowolone. Jednak wysłałam go do Polski jako prezent dla osoby cierpiącej na nerwicę i okazał się zdecydowanie za słaby. Jest to więc produkt delikatny, raczej dla osób ogólnie mających fazę większego stresu albo może w fazie jesiennej chandry. Czy kupiłabym go ponownie? Pewnie tak, chociaż gdybym miała wybierać to lepszym pomysłem jest chyba Sleep Balm. Działanie mają podobne (choć ten zapach jest ładniejszy i taki bardziej... dopracowany, misterny) i chyba można ich używać w podobnych sytuacjach. Ogólnie produkt bardzo przyjemny w użyciu, acz cudów nad Wisłą to się po nim nie należy spodziewać. Tak czy siak jeden z moich ulubionych gadżetów, choćby dla samych walorów estetycznych (zapachu i opakowania).

Apropos wyprzedaży. Nie mogłam wczoraj uwierzyć jak przez przypadek weszłam na stronę Urban Decay (szukałam czegoś dla znajomej), że mieli wyprzedaż. Ich paleta Vegan Palette była przeceniona na 13$! (A to jest ok. 45 zł). Oczywiście o palecie mogłam tylko pomarzyć, bo już dawno została wykupiona, ale załapałam się na ich tusz do rzęs za... uwaga uwaga! 5$. Słownie: pięć dolarów, czyli 15 zł. Za tusz, który normalnie kosztuje grubo ponad 60 zł!

No, ale miny mojego małżonka nie sposób opisać....

Thursday, October 20, 2011

Bezsenność.... w Seattle?

Tak, tytuł dzisiejszej notki jest nawiązaniem do dość popularnego filmu z lat 90. Choć ja w zasadzie nie mieszkam w Seattle, tak mi się jakoś przypomniało, jako że mieszkam na obczyźnie i problemów ze snem mam ostatnio co niemiara. Przede wszystkim jestem koszmarcie zajęta, a do tego pod dużą presją - czasu, nawału rzeczy do roboty, deadlinów itd. Tym samym przypomniałam sobie dziś o mojej dość już zapomnianej (zakurzonej w szafie ;) )metodzie na bezsenność:



Firma: Badger jest niesamowicie sympatyczną, małą rodzinną amerykańską firmą, która stawia nie tylko na jak najbardziej naturalne produkty, ale także na bycie całkowicie CF. Produkty wytwarzają sami, na ich stronie można obejrzeć nawet filmik jak to robią. W ich ofercie nie znajdzie się nic podządzącego z uboju zwierząt ani w ogóle o podejrzanym, nienaturalnym pochodzeniu. Jedni ich kochają, drudzy nie tak bardzo - ja osobiście mam do marki ogromny sentyment. Na moim poprzednim blogu wspominałam już o tym produkcie, ponieważ jednak nie używałam go przez wiele miesięcy (no cóż, aż tak bardzo pomocy ze spaniem nie potrzebowałam z uwagi na mniej stresu), przypomniałam sobie o nim znów niedawno i wyciągnęłam go z mojej szafki z kosmetykami.

Produkty Badgera wpadły mi w ręce zupełnie przez przypadek - mój małżonek, zaniepokojony moim chronicznym niewysypianiem się z powodu stresu oraz chcąc zrobić mi niespodziankę, wybrał się do sklepu i podstepnie kupił mi kilka drogiazgów z ich oferty ;)

Opis: To, co widzicie na zdjęciu jest ich naturalnym balsamem (a raczej maścią) na poprawę jakości snu. Produkt ten opiera się na zasadzie aromaterapii - smarujemy nim skronie bądź nawet, jak ja to robię, brodę i okolice pod nosem i po prostu pozwalamy naturalnym olejkom eterycznym działać całą noc. Produkt ten występuje w dwóch wersjach pojemności: małej 0.75 oz.(21g), w której posiadaniu aktualnie jestem (za ok 6$) oraz większej, 2 oz, za ok. 10 $. Wierzcie mi jednak, że ta mała puszeczka jest naprawdę bardzo wydajna, ponieważ tego produktu potrzebujemy dosłownie ociupinkę. Skład jest, tak jak obiecuje producent, zupełnie naturalny:

Skład: Extra Virgin Olive Oil, Castor Oil, Beeswax, Bergamot Essential Oil, Lavender, Rosemary Verbenone, Ginger, Balsam Fir, (wszystkie organiczne, o ile dobrze widzę) (skład po polsku: oliwa z oliwek z pierwszego tłoczenia, olej rycynowy, wosk pszczeli, olejek eteryczny z bergamotki, imbir, rozmaryn).

Zapach specyficzny, taki jakby trochę leśnego olejku eterycznego. Mocny, ale przyjemny, i po kilku minutach już w zasadzie niewyczuwalny. Konsystencja mocnej zbitej maści, na palec nakłada się odrobinka i to odrobinka wystarczająca do pokrycia skroni. Produkt wydajny, estetyczny i szalenie miły w użyciu.



Działanie: Teraz zawsze mam problem z oceną tego typu produktu, ponieważ "na chłopski rozum" coś takiego nie ma prawa działać. No serio, kilka olejków i trochę ziółek? Trudno mi też ocenić na ile działanie tego cuda jest działaniem prawdziwym, na ile jest to tylko tzw. efekt placebo. JEDNAK, moje wysypianie się po użyciu tego cuda jest faktem, nieważne czy podziałał on sam czy podziałała moja podświadomość. Z osoby przewaracającej się z boku na bok, mającej koszmary w nocy, zalewającej się w nocy potem - zamieniłam się w osobę wyspaną i wypoczętą. Czy na sam problem z zaśnięciem pomaga... no cóż, tego nie wiem, natomiast mi pomaga na niespokojny, urywany, gorączkowy, nie przynoszący ukojenia sen.

Moje podsumowanie: wart spróbowania, dla samego faktu bycia 100% naturalnym. Zaszkodzić więc nie może, co najwyżej może pomóc.

Tuesday, October 18, 2011

Nikt z nas nie lubi podróbek, ale...

No właśnie, nikt z nas nie znosi podróbek, ale tańsze wersje popularnych kosmetyków już bardzo lubimy, co? ;) Tak stało się i z Linusiaczkiem, który, po raz kolejny już, wybrał się na zakupy po bułki i najpotrzebniejsze produkty spożywcze i został w sklepie zaatakowany przez promocję ;) Bronił się i bronił, ale ta cholera taka, no sama mu do koszyka wskoczyła no! (Znaczy produkt wskoczył, a nie promocja wskoczyła, ale może szkoda, chętnie bym taką promocję na zakupy częściej zabierała w sumie ;)



Logo pochodzi z ich strony. http://www.onebathandbody.com/

Tym oto sposobem buszując sobie wśród półek sklepowych nastąpił na mnie zmasowany atak ze strony kosmetyków zabójczo przypominających w swojej formie kosmetyki Lusha ;) No a przynajmniej ich popularne szampony w kostce. Oto co złapało mnie za rękaw i puścić nie chciaao w pewien upalny dzień:



Z góry uprzedzam, że nigdy tego cuda wcześniej nie widziałam, a po raz pierwszy wpadło mi ono w oko w sieci sklepów Target i zainteresowało po dokładniejszych oględzinach i stwierdzeniu, że na opakowaniu znajduje się znaczek króliczka i napis not tested on animals. Kolejnym ważnym czynnikiem była cena - z prawie 8$ przeceniony na niecałe 2$! (ok. 6 zł moje miłe panie :) Jakby tego było mało kosteczka zabójczo pachnie jaśminem - no jak się można było przed takim jaśminowym atakiem bronić, same powiedzcie? ;) Opakowanie zrobione z kartonu, ponoć nadaje się w 100% do recyclingu, brak plastikowych elementów (ważne dla mnie):

Po otworzeniu opakowania oczym mym ukazało się urocze metalowe pudełeczko i do mych nozdrzy dotarł jeszcze wyraźniejszy i przyjemniejszy zapach jaśminu:



Po otworzeniu i tegoż pudełeczka, wreszcie dochodzimy do sedna sprawy - produktu do włosów ;)



Kostka wygląda w ten sposób:



Nieregularna struktura, miękka, taka jakby mydlana w dotyku. Jestem bardzo ciekawa jak sprawdzi się w użyciu!

Tu jednak muszę zaznaczyć, że nie można wszystkich srok za ogon złapać i w parze z niższą ceną idzie niestety znacznie gorszy skład. Szczerze mówiąc tyle w nim dziwnych, chemicznie brzmiących nazw, że nawet bałam się go tu przepisać, żeby siebie samej nie przestraszyć ;) Pociesza mnie fakt, że kiedyś latami używałam tego typu produktów i żyłam, to może i teraz włosy mi nie staną dęba i na komendę nie wypadną Tu muszę jednak powiedzieć, że na ich stronie widnieje napis 99% natural, więc jestem z deka skołowana co mam o tym myśleć ;)

Edit: kochane, w związku z tym, że moją stronę przeglądają osoby, które mają pojęcie o składach i mogą być go ciekawe, podaję skład - ale robię to na waszą odpowiedzialność! ;)

Sodium Lauryl Sulfate, Sodium Cocoate, Glycerin, Fragrance, Deionized Water, Panthenol, Prynus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond Oil), Propylene Glycol, Chlorphenesin, Methylisothiazolinone, Oatmeal (avena Sativa)Malaleuca Alternifolia (tea Tree) Leaf Oil, 2-Phonoxyetanol, FD&C Yellow No.5 (CI 19140), D&C Red #33 (CI 17200)

No... prawda, że można się przerazić? Z wrażenia nawet go jeszcze nie sprawdziłam w bazie danych, bo mi się podoba i chcę go jednak zużyć :D

Jak Wam się podoba moje odkrycie, zżynające garściami z Lusha i innych naturalnych firm? ;)

Friday, October 14, 2011

Słówko o perfumowanych talkach do ciała

Po pierwsze z góry muszę przeprosić za niezbyt profesjonalne zdjęcia, ale z powodu braku odpowiednich warunków mieszkaniowych zmuszona byłam przenieśc moje sesje zdjęciowe na zewnątrz.

Dzisiejsza notka będzie odrobinkę kontrowersyjna, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że ten blog w dużej mierze zajmuje się kosmetykami naturalnymi. Dlaczego kontrowersyjna, napiszę po krótkiej recenzji. Oto coś, czego czego bardzo chętnie używam na co dzień w lecie albo po kąpieli. Są to perfumowane talki do ciała:



Na tego typu produkty natknęłam się zupełnie przypadkiem podczas buszowania między TJ Maxxowskimi półkami i jako kompletny maniak zapachowy i kosmetycznych nowinek (taka całkowita nowinka to to nie jest, jest jednak nowinką dla mnie), musiałam oczywiście wypróbować. Product był kilkakrotnie przeceniony i nawet z zaklejoną nakrętką pachniał zabójczo bzem. Ma on kilka zastosowań:

# można go kłaść bezpośrednio na skórę. Powoduje, że skóra jest jedwabiście gładka i do tego delikatnie pachnąca kwiatami. Wchłania nadmiar potu na ciele i niweluje jego zabójczy zapach ;)

# można go stosować jako posypkę do pościeli. Czasami lubię sobie sypnąć trochę tego produktu na prześcieradło; pomaga zwłaszcza podczas jesiennej chandry

# stosowałam go też na włosy jako swoistego rodzaju dezodorant do włosów. Dobry zwłaszcza na randkę do kina, gdzie osoba zainteresowana może siedzieć dość blisko naszej głowy

# jako zwykłą posypkę, w sytuacji awaryjnej używałam go na pewne niewygodne obtarcia po nadmiernych ekscesach ćwiczeniowych (zachciało mi się intensywnych ćwiczeń), podziałał i zdecydowanie złagodził wysypkę

Rozsmarowany talk jest na skórze zupełnie niewidoczny, do tego nadaje skórze niesamowite uczucie miękkości, jedwabistości.





(Talk można wetrzeć w skórę, na ostatnim pokazanym przeze mnie zdjęciu widocznie bieli, w rzeczywistości po dokładniejszym rozsmarowaniu zdecydowanie tego nie robi).

Dlaczego jest to produkt kontrowersyjny? Wiele osób uważa ostatnimi czasy, że talk może być szkodliwy dla zdrowia, a nawet rakotwórczy. Dyskusja o talku jest częścią szerszej dyskusji toczącej się w internecie oraz innych debatach o szkodliwości niektórych składników w kosmetykach (typu PEGi, parabeny, SLSy) i jest także różnie odbierana przez różne osoby. Osobiście nie jestem wciąż w 100% pewna, jaki jest mój stosunek do kosmetyków naturalnych - lubię je i czerpię gaściami z pomysłów i stron i naturalnej kosmetyce, tocząca się dyskusja przekonała mnie także do kosmetyków mineralnych, natomiast nie jestem pewna czy chcę uciekać się do naturalnej pielęgnacji w 100% i stronić od czegokolwiek, co może ewentualnie wzbudzać kontrowersje. Ten talk jest dla mnie taką przyjemną, pachnącą odskocznią od wszystkich rzeczy typu "to wolno, a tego nie". Kupiłam bo kusił mnie niesamowicie zapachem, przystępną ceną oraz brakiem dodatków odzwierzęcych (oczywiście w 100% cruelty - free). Polecam osobom lubiącym gadżety kosmetyczne oraz lubiących się czasami dopieścić kosmetyczną pierdółką ;)

Sunday, October 2, 2011

Z gatunku: ciekawe naturalne produkty

Pytanie do dociekliwych: co to jest?




Jeśli ktoś z Was zgadł za pierwszym razem, to jestem pełna podziwu - ponieważ ja sama musiałam przeczytać trzy razy ulotkę, żeby uwierzyć w to, co widzę ;)

Jest to nic innego jak mydło, dokładniej miękkie mydło (no, całe szczęście, że ktoś to dopisał na ulotce, bo sama bym chyba na to nie wpadła :D). Zgodnie z ulotką, jest to prawdziwe, robione według starej receptury, szare mydło lniano - potasowe.

Skład: olej lniany i ług potasowy

Dalej, zgodnie z ulotką:
# przyspiesza gojenie ran
# działa antyseptycznie
# przeciwdziała trądzikowi
# działanie przeciwłojotokowe, zapobiega przetłuszczaniu się włosów
# nie uczula

Moje zdanie? Cudak, po prostu cudak. Kiedy po raz pierwszy się z nim zetknęłam, myślałam, że rodzina nabiera mnie w butelkę ;) Przyszła do mnie kiedyś ciotka, powiedziała "Słyszałam, że zaczęłaś interesować się kosmetykami naturalnymi" i wręczyła mi zawiniątko. W zawiniątku tym znalazłam właśnie 2 kostki ( a raczej pojemniczki ;)) mydła. Jedyne co o nim wiem to, że kosztuje 10 zł za 180g i niezły z niego wybryk natury ;) Konsystencja przedziwna, ale używa się go przyzwoicie, mimo że w ogóle nie wiedziałam jak się do niego dobrać :D Pieni się dobrze, myje normalnie, chociaż proces mycia inny niż w przypadku mydła w kostce i inny niż w przypadku żelu do mycia. Ślizga się po skórze. Jest bardzo bardzo delikatne (używałam podczas gojenia się ran po zabiegu wycinania znamion na ciele). Na włosy go jeszcze nie nakładałam, ale planuje. Trądziku nie mam, więc tu niestety nie powiem co myślę, ale na pewno nie zrobiło nic dziwnego z moją skórą, a używam regularnie do twarzy. Zapach dziwny, taki faktycznie lniany, taki naprawdę lniany ;) Wydajność trudna do oceny, zależy ile się go nabierze :D
Jako bonus zdjęcie jego konsystencji ;)



Niestety pojęcia nie mam gdzie zostało zakupione jako że byl to prezent, zdołałam się tylko dowiedzieć, że było robione własnoręcznie przez jakąś dziewczynę we Wrocławiu lub spod Wrocławia i że raczej nie jest to wielka firma (chyba po prostu ktoś robi takie mydła i sprzedaje). Jakby co to się zgłosić do mnie, bo chętnie kupię ponownie! ;)

Thursday, September 29, 2011

Jeszcze trochę o zapachach cruelty - free

Niech mnie dundel świśnie z tym światłem w moim mieszkaniu, kręćka można dostać!! Z powodu problemów słoneczno - świetlnych tudzież wracania do domu po nocy planowana notka ze swatchami pewnej uroczej paletki Stila nie wchodzi w grę. W związku z tym postanowiłam powrócić na chwilę do tematu nietestowanych na zwierzętach gadżetów zapachowych, bo jest to jeden z moich ulubionych tematów.


Przez gadżety zapachowe rozumiem artykuły, które generalnie nie mają innego głównego celu jak przyjemnie pachnieć, czyli sole do kąpieli, różne rodzje mleka do kąpieli, bomby i kule do kąpieli (jestem wciąż w fazie odkrywania tychże, więc za dużo nie powiem), zapachy będące swoistego rodzaju perfumami, ale jednak nietypowymi, perfumowane talki do ciała (mój nowy wynalazek, mydła przede wszystkim nastawione na efektowny zapach, ekskluzywne olejki do masażu, świeczki itp. Wbrew temu, co się wydaje, niemało takich gadżetów cruelty - free jest sprzedawanych i w zasadzie o wielu z nich usłyszałam bądź wypróbowałam ze względu na moje zainteresowanie nowymi firmami.

1) Pacifica: Na moim poprzednim blogu wspominałam m.in. o wegańskich perfumach w kremie firmy (link do strony)Pacifica. Czego oni tam nie mają! 24 różne rodzaje zapachów, 3 formy perfum (w kremie, perfumy roll -on i perfumy z psikaczem), świeczki, masła do ciała. Fajne, efektowne opakowania, ciekawe kombinacje zapachowe. Zakupiłam sobie sama taki gadżet zapachowy w postaci wegańskich perfum w kremie o zapachu Spanish Amber i jestem bardzo zadowolona, choć bardziej traktuję je jako gadżet niż jako konkretne perfumy. Polecam zainteresować się Pacificą szczególnie podczas zakupów w sklepie TK Maxx (W USA pod nazwą TJ Maxx), ponieważ często można tak Pacificę znaleźć w naprawdę sensownych cenach.

2) Bath and Body Works: Jeśli chodzi o zapachowe świeczki i inne gadżety, to jedną z czołowych firm tego typu jest Bath and Body Works (Link do strony). Kto nie zna, niech żałuje, gdyż oni mają w ofercie doprawdy wszystko - olejki do masażu, zapachy do domu, świeczki, olejki zapachowe, kolekcje zapachowe, wody toaletowe, maziajki, cuda wianki jednym słowem.

3) Estetica: Żeby sięgnąć trochę bliżej domu, dużo ciekawych zapachowych gadżecików w ofercie ma Estetica, do dostania w Drogeriach Natura. Wedle mojej najlepszej wiedzy znajduje się ona na naszej wizażowej liście jako firma nietestująca na zwierzakach. Na zdjęciu powyżej widoczna m.in. ich sól do kąpieli. W ofercie przeróżne gadżety do kąpieli (kulki, płyny, peelingi etc.) i serie SPA. Strona: http://www.estetica.biz.pl/pl/m/estetica

4) Kanu: polska wegańska firma, z którą po raz pierwszy zetknęłam się zupełnie przez przypadek, poszukując jakiegoś fajnego olejku do masażu na wieczór we dwoje. Kupiłam jedyny, jaki wpadł mi w oko i przepadłam na wieki, po kilku dniach wróciłam po kolejny. Obecnie posiadam olejek do masażu o zapachu czekolada - pomarańcza oraz zielonej herbaty. Kocham te olejki nad życie z powodu zarówno konsystencji, zapachu jak i faktu nieklejenia się. Szczerze powiedziawsz nie są najtańszą firmą i nie mam pojęcia jakie są ich inne kosmetyki, ale te olejki to moje absolutne KWC. Po masażu skóra jest odprężona, nawilżona, ale wcale nie tłusta, do tego zapach powoduje pełen relaks. Uwielbiam. Link do strony: Kanu

5) Mydlarnie. Nie wiem jak to wygląda w innych miastach, ale dla wszystkich cruelty - free mieszkanek Wrocławia mam wspaniałą wiadomość: mydlarnia na Wita Stwosza posiada w swojej ofercie wyłącznie kosmetyki i gadżety nietestowane na zwierzętach. Kto wie, ten ma się z czego cieszyć, ponieważ mydlarnia ta posiada w swojej ofercie niezliczone cudeńka, mydełka, świeczki, sole do kapieli, olejki do kąpieli i inne cuda. (M.in. bzowe mydełko na zdjęciu pochodzi z tej mydlarni). Strona sklepu Mydlarnii wrocławskiej (po prawej stronie w górnym rogu oświadczenie, że sprzedają wyłącznie produkty cruelty - free)

6) Casswell - Massey: Jedna z, moim zdaniem, niewystarczająco znanych w Polsce firm. W ofercie mają dość sporo ciekawych pachnących gadżetów, poza oczywistą oczywistościa jak nietestowane na zwierzętach perfumy, płyny do kąpieli czy mydła, mają też rzeczy rzdziej spotykane jak np. pachnące talki do ciała, które są bardzo fajnym pomysłem na lato, kiedy to więcej się pocimy. Warto by rozejrzeć się za gadżetem tego typu w TJ Maxxie bądź innych uotletach - mnie udało się upolować je po 3$ sztuka. Od pewnego czasu noszę się z zamiarem recenzji mojego talku o zapachu bzu, ale jakoś nigdy się nie złożyło.. no nic, może na dniach. Link do strony z talkami: http://www.caswellmassey.com/talcs-body-powders-and-deodorants.aspx


Lista oczywiście nie jest kompletna, jest to bardziej zbiór moich ulubionych sklepów i gadżetów, które udało mi się wyłapać.

Saturday, August 13, 2011

Sos dla swędzącej skóry głowy

Ostatnio na moim ciele panuje prawdziwa Sodoma i Gomora. Na twarzy mnie obsypało, zaczęły wypadać mi na potęgę wlosy (??), do tego wszystkiego zaobserwowałam bardzo nieprzyjemne uczucie swędzenia skalpu od czasu do czasu. Mam wrażenie, że to moje ciało mści się za niechlujne karmienie go podczas wakacji (pod koniec wymarzonego urlopu nie było już..ekhem ekhem, pieniędzy na zdrowe odżywianie, więc jadło się tanio i szybko :>), ale na wszelki wypadek zmieniam pielęgnację włosów, odstawiam wszelkie używane kremy i specyfiki do twarzy oraz być może złapię nawet jakieś suplementy. Dietę oczywiście już zmieniłam na zbilansowaną, pożywną i zdrową, ale efekt po tygodniu tak szybko się pewnie nie pojawi, więc na to poczekam cierpliwie.

Dziś chciałam więc wam zdradzić moje SOS dla swędzącej skóry głowy. Drapanie nic nie pomoże, czesanie też nie, mycie nie pomaga, ale jest coś, co powoduje u mnie natychmiastową ulgę - i jest to żel aloesowy,

O moim ulubionym żelu Jason Natural Cosmetics pisałam W TEJ NOTCE na moim starym blogu, ale, dla przypomnienia, wkleję Wam zdjęcie tego specyfiku:

Jason Natural Cosmetics żel aloesowy
Nałożony na skórę głowy żel przynosi natychmiastową ulgę. Ponieważ się nie klei, włosy nie wyglądają na oklapnięte i absolutnie nie trzeba ich myć po takim zabiegu. Kiedyś, używając go regularnie, zaobserwowałam, że pojawiło mi się na głowie dużo nowych, króciutkich włosków, więc być może ten żel nawet stymuluje porost nowych włosów. Trochę także podnosi włosy u nasady (ale naprawdę minimalnie), więc czasami poprawia też ich wygląd, żeby nie były takie oklapnięte.

Jedyne, co musimy zrobić to wmasować żel w skórę głosy. Możemy go też zwyczajnie wklepać, jeśli ktoś woli, ale ponoć masowanie jest lepszym rozwiązaniem.

Kolejnym plusem tego produktu jest naturalny skład - normalnie jestem bardzo ostrożna z tym, co wklepię gdziekolwiek w okolice moich cebulek włosowych, ale ten żel nie stresuje mnie w ogóle. Jednym słowem - polecam wypróbować. Jak pisałam w poprzedniej notce, w Polsce do dostania m.in. w sklepie www.helfy.pl.

Edit: jak już piszę o tym dobrym składzie to go chociaż dopiszę ;)

Skład: Aloe Barbadensis (Aloe Vera) Leaf Gel, Aqua (Purified Water), Vegetable  Glycerin, Allantoin, Polysorbate 20, Panthenol (Vitamin B5), Potassium Carbomer, Arginine, Natural Menthol, Benzyl Alcohol, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, Chlorophyllin - Copper Complex, Fragrance Oil Blend. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...