Showing posts with label na każdą kieszeń. Show all posts
Showing posts with label na każdą kieszeń. Show all posts

Sunday, February 19, 2012

Liga przęciętniaków

Na fali kosmetycznego rugania, postanowiłam popastwić się jeszcze nad jednym z kosmetyków polskich firm, które obecnie znajdują się w moim posiadaniu. (Pobyt w Polsce chciałam wykorzystać na swego rodzaju testy, niektóre polskie kosmetyki można dostać w Stanach, tyle że za znacznie większe pieniądze. Gdyby się okazało, że mam za czym płakać, to byłabym gotowa nawet te większe pieniądze zapłacić w ramach sympatii do firmy). Dlatego dzisiaj postanowiłam znów uruchomić moją wrodzoną ukąśliwość i podzielić się z wami wrażeniami z używania ziajowej receptury młodości z serii Sopot Spa.


Po zobaczeniu tego produktu spodobała mi się estetyka opakowania i cena. Pożyteczny pomysł z przeźroczystym minimalistycznym opakowaniem, całkiem poręczne zamknięcie, butelka ładnie wpasowała się do kształtu mojej dłoni. Jakby chciała powiedzieć - "weź mnie ze sobą"! Mój ci on! - pomyślałam i rześko wpadkowałam go do koszyka. (Potrzebowałam czegoś do używania PO demakijażu oczu, ponieważ mój wodoodporny tusz do rzęs Urban Fatty Mascara to nieprzejednany wojownik i na chwilę obecną muszę zmywać go w 3 etapach). Pomyślałam sobie, że butelka ok - będzie widać zużycie i fajny kolor produktu (aparat przekłamar kolor, w rzeczywistości jest to dość jaskrawy błękit). Po jakimś czasie naszła mnie jednak olśniewająca myśl, że nie wiem wcale czy fakt że dane mi będzie oglądać ten kolor powinnam zaliczyć na plus, ponieważ tak nienaturalny odcień niebieskiego w kosmetyce powoduje u mnie sporą nieufaność. Gdybym jeszcze miała łazienkę w tym kolorze to mógłby sobie stać tak pod kolor łazienki, ale że mam go regularnie ciapać sobie na twarz, to mina może nieco zrzednąć. Nic to - pomyślałam - i postanowiłam chwilowo nie zawracać sobie tym głowy w imię możliwego wspaniałego działania. Rozśmiesza mnie jednak ta zachwalana receptura młodości z algami morskimi - czy ktoś widział w Sopocie algi morskie o modrym kolorze? ;) Zapach kosmetyku jest zaskakująco przyjemny, całkowicie nieprzypominający zapachu alg. Algi wszak śmierdzą okrutnie! Pomna tego faktu, postanowiłam jednak być dzielna w imię piękna. Hmm, niepotrzebnie, zapach nie zatyka, ani nawet za bardzo się nie narzuca. A dziwne, bo w składzie nawet doszukałam się jakiegoś ekstraktu z alg ;)

No to teraz nieco o niedziałaniu tego produktu ;), który ma zapewniać 'łagodny demakijaż, zapobiegać wysuszeniu skóry, jednocześnie skórę zmiękczać i wpływać kojąco na podrażnienia'. Demakijaż jest łagodny do bólu, ponieważ trudno w ogóle powiedzieć, żeby produkt cokolwiek usuwał :D Na początku używałam tylko do zbierania tego, co pozostało na oczach/rzęsach po użyciu mleczka do demakijażu Korres, względnie płynu do demakijażu UD no i na takie kompletne ostatki całkiem się nadawał. Potem już było tylko gorzej, ponieważ wpadłam na jakże bezsensowny pomysł, by używać go zgodnie z przeznaczeniem ;) Próbowałam po prostu zrobić nim demakijaż, także oczu. Elegancko nasączyłam wacik, przyłożyłam do oka, odczekałam, czynność powtórzyłam z drugim okiem, popatrzyłam na siebie w lustrze i miałam ochotę krzyknąć z przerażenia. Nazwanie mnie misiem pandą byłoby niesamowitą obrazą dla zacnego rodu pand. Czarne smugi ciągnęły się pod samą  brodę,a na rzęsach wciąż widoczny był tusz. Czynność więc powtórzyłam (wielokrotnie) z użyciem nowych wacików, niestety - konieczne okazało się użycie innego mleczka, które dopiero poradziło sobie z osmoleniem mojej gębuli. Oczywiście bogatsza o nowe doświadczenie, następnym razem próbowałam z kilkoma tuszami niewodoodpornymi - na próżno, z żadnym z nich płyn sobie nie poradził. Złudne okazały się też nadzieje o zapobieganiu wysuszeniu twarzy, nawet powiedziałabym, że produkt wyraźnie się do tego wysuszenia przyczynia. Jeśli wystąpiło jakieś działanie kojące w ciągu tych kilku tygodni używania to także umknęło ono mojej uwadze.

Podsumowując - produkt nie jest wyjątkowo okropny, ale  na pewno zbędny. Tak samo nie liczyłabym na nawilżenie ani poprawienie stanu skóry. Ot, można stosować jako ostatnią fazę demakijażu.

Zakończę jednak moim ulubionym tematem, czyli polityką nietestowania na zwierzętach i oficjalnego stanowiska w tej sprawie (przy tym podejściu do klienta i ewentualnych pytań, gdyż dla mnie to się niezaprzeczalnie ze sobą łączy). Cóż, od kilku lat/miesięcy firma idzie chętnie w zaparte, że nie testuje na zwierzętach, ale robi to zaskakująco mało przekonująco. Po pierwsze, cierpliwość nie jest zdecydowanie mocną stroną firmy. Odpowiedzi mailowe brzymią niekiedy jakby osoby odpowiadające były znudzone pytaniem, nawet zahaczają o opryskliwość. Po drugie, firma bardzo mętnie tłumaczy fakt nieposiadania znaczka o nietestowaniu na zwierzętach na opakowaniu oraz fakt, że nigdy nie starała się o miejsce na żadnej nietestującej liście - np. liście OK! Wymówkom nie ma końca, ciągle przewija się temat prawa unijnego i prawa zabraniającego czegoś tam i poszanowania prawa orzez firmę. Tyle że firma nie o poszanowanie prawa była pytana, a o pośrednie wspieranie labolatoriów testujących na zwierzętach, które a) mogą testować nowe, nieprzebadane wciąż w UE składniki b) mogą wszak być umiejscowione poza ramami Unii Europejskiej. Pomijam, że prawo unijne w żadnym miejscu nie zabrania firmom dbania o swoich klientów i zapewniania ich, że przestrzegają np. pewnych wymogów. O braku inicjatywy wejścia na listy nietestujących na zwierzętach firm nawet nie wspomnę, wszak firma sprzedaje swoje kosmetyki nie tylko w Polsce i certyfikat na pewno nie zaszkodziłby jej wizerunkowi. Kanu np. taki certyfikat posiada (lista OK - KLIKTutaj więc Ziaja zarobiła u mnie wielkiego minusa i niniejszym osobiście wstawiłabym ich na listę firm niepewnych

Saturday, February 18, 2012

A w bublolandii...

Wczoraj był wnerw, dziś znów notka na wesoło. Grunt to się nie dać wytrącić z równowagi i dalej robić swoje. Notka na wesoło, bo szukanie dobrego nietestowanego zmywacza do paznokci (a raczej czytanie ich etykietek) przyprawiło mnie jakiś czas temu o wybuchy dobrego humoru.

Drogą dygresji: zawsze byłam pełna podziwu czytając recenzje na blogach, gdzie Dziewczyny, po miesiącu używania (żeby można było porządnie ocenić działanie specyfiku) pisały, że kosmetyk do niczego się nie nadaje i że przyprawił je o pryszcze/bóle głowy/wysypkę. Kurcza, chylę kapelusza, mnie by na czyn takiej odwagi chyba stać nie było w imię uczciwej recenzji. Jak coś mi nie pasuje to już nie pasuje, rozstajemy się z delikwentem bez żalu (oddaje w chętne ręce) bądź odstawiam i używam tylko w przypadku ksometycznego SOS, jak już wszystko inne się skończy. Z panem na zdjęciu zawarłam wystarczająco długą znajomość, żeby wiedzieć, że to nie będzie ten jedyny. Zresztą nawet zapchajdziurą nie jest najlepszą, ale serca nie mam go tak już zupełnie zjeżdżać w nagłówku mojego opisu.


Buszując ostatnio po Drogeriach Natura, wpadł mi w oko ten oto cud kosmetyki. Naprawdę, kto by się oparł zapewnieniom producenta, że produkt ten "nawilża i pielęgnuje paznokcie oraz naskórek  wokół nich. Pozostawia świeży zapach owoców kiwi"? Do tego wszystkiego na opakowaniu widnieje wielki napisa AROMATHERAPY. Gdybym dopiero zaczynała w kosmetycznym świecie, normalnie pozbyłabym się wszystkich preparatów do skórek (plus może nawet owocowych wód toaletowych, w końcu mam pachnieć świeżymi owocami).

No to rozradowana przyniosłam zabawki do domu i jedziem ściągać z paznokci te ogryzki lakieru, które się tam ostały po podróży samolotem. Pierwsze wrażenia: okropny, przeohydny smród zmywacza. Czyli normalka. Bajki o aromaterapii można od razu zapomnieć, zresztą kto o zdrowych zmysłach odważy się umieścić coś takiego na pudełku od zmywacza? Na kiwi to ten zmywacz nawet nie rzucił okiem. Nic to, myślę i ochoczo zabieram się do właściwego zajęcia - zmywania rzeczonego lakieru.  I tutaj nie ma się czym zachwycać, robota jest jak oranie pola w czasach pańszczyźnianych - żmudna, trudno i za licho nieopłacalna. Można się tylko umorusać i namachać, a lakier i tak swoje. Zaliczyłam także marnotrawstwo zasobów, bo niezbędny był wacik za wacikiem i nasączalstwo od podstaw, bo ze zmywaniem to marnie, marnie. No i ten obiecany efekt pielęgnujący - chyba w ogóle pozostawię bez komentarza, ktoś się tam chyba naczytał jakiś opowiastek science - fiction. Zmywacza zmuszona jestem używać znacznie dłużej, niż bym sobie tego życzyła - brak zasobów, niestety - ale gdyby dało się tego uniknąć...

Przyczepię się też do polityki nietestowania na zwierzętach - jest na naszej wątkowej liście ( na wizaż.pl) jako firma nietestująca na zwierzętach, jednak po wejściu na stronę nie ma o tym ani jednego słowa. Domyślam się, że informacja pochodzi z korespondencji z  firmą, ale nie wiem jak mam się ustosunkować do ich słowa pisanego po przeczytaniu zapewnień o świeżych owocach kiwi. Taaa.

żeby nie było tak całkiem źle, to uczciwie napiszę, że nie jest to najgorszy zmywacz, jaki miałam, co najmniej kilka w podobnej kategorii już zaliczyłam, ale to chyba jedyne dobre, co mogę o nim powiedzieć. Zdecydowanie bardziej podszedł mi truskawkowy zmywacz Sensique, o którym pisałam w innej notce. 

Saturday, February 11, 2012

Nietestowany na zwierzętach dom

Nietestowane na zwierzętach środki czyszczące

Dziś się wyłamię nieco z mojej zasady i po raz pierwszy opublikuję produkty, opierając się na nie swoich własnych poszukiwaniach, a na poszukiwaniach Dziewcząt z wątku o Bezpiecznych Firmach (czyli nie testujących na zwierzętach) z wizaż.pl. Powodem jest fakt, że takie mini śledztwa przeprowadziłam już w Stanach i tam dokładnie wiem, których produktów mogę używać, a których mam bezwzględnie unikać. Dlatego dzisiejszy wpis dedykuję im (im- Dziewczętom z wątku) w podzięce za ich pracę i wytrwałość :* 


Na zdjęciu widać używane przeze mnie produkty chemii gospodarczej:

 a) uniwersalny płyn do mycia firmy Frosch, do dostania we wszystkich większych supermarketach. Używam go do mycia łazienki, podłóg, kafelek, zlewozmywaków. Dobrze czyści i ma przyjemny zapach.
 b) plyn do mycia naczyń Gold Drop, wersja eco. Droższy od normalnej wersji, także do dostania w większych supermarketach. Gold Drop jest polską firmą z Limanowej, z ekologicznym ukierunkowaniem.
 c) mydełko do odplamiania Dr Beckmann. Mydełko nakładamy na plamę i zostawiamy na jakiś czas zanim wypierzemy rzecz. Ja zostawiam na ok. 1 dzień. Szczerze mówiąc nie wiem gdzie można je znaleźć, zastałam je w łazience już po przylocie. Edit: dziś znalazłam je (oraz wiele pokrewnych produktów Dr Beckmann) w Piotrze i Pawle


Rzecz, którą zamierzam wypróbować: orzechy piorące. Słyszałam dużo sprzeczynych opinii na ich temat, myślę, że czas się samej o tym przekonać.

***************

Kochani, z powodu burzy, która rozpętała się ostatnio na blogach urodowych chciałabym wtrącić też swoje przemyślenia. Dla tych, którzy nie wiedzą o co chodzi, myślę, że najlepiej na swoim blogu ujęła sprawę Urban Warrior - klik.

Nie współpracuję z żadną firmą ani nie mam w planach żadnej współpracy. Nie założyłam bloga z takim zamysłem. Mój blog powstał w powodu rozgoryczenia niemożnością znalezienia czegokolwiek o kosmetykach nietestowanych na zwierzętach. 

Jestem osobą, która nie zgadza się z frontem wojujących (sporo osób w organizacjach praw ochrony zwierząt jest dość agresywnych w swoich poczynaniach) ani z frontem olewających (i tak sama nic nie zmienię, więc po co zaczynać). W związku z tym nie mogłam sobie za bardzo w blogowym internecie znaleźć miejsca. Założyłam bloga, bo miałam wrażenie, że brakuje takiej alternatywnej opcji w blogosferze. Chciałam pokazać, że wybieranie opcji nietestowanych na zwierzętach, ekologicznych (albo chociaż ekologiczniejszych), popierających idee Sprawiedliwego Handlu, omijających szerokim łukiem oligarchiczne molochy kosmetyczne (śmiejcie się, ale kilka koncernów trzyma w garści większość kosmetycznych rynków świata, mnie się to nie podoba) nie jest trudne ani bezsensowne. Nietrudno zauważyć, że na moim blogu prawie nie ma recenzji, bo nie do końca czuję się uprawniona do recenzowania produktów. Po prostu pokazuję aternatywne opcje.

 Nie będę się zarzekać, że nigdy, przenigdy nie przetestuję niczego co mi będzie ofiarowane do przetestowania, bo prawdę mówiąc różnie się w życiu toczy. Nawet jeśli coś takiego nastąpi, prawdopodobnie nie zdecydowałabym się na współpracę z firmami polskimi, bo po pierwsze nie podoba mi się to jak wiele z nich traktuje 'współprace' i w ogóle klienta, a po drugie nie wiem czy mogłabym współpracować z jakąkolwiek firmą, która nie jest otwarcie firmą nietestującą na zwierzętach, wyczerpująco odpowiadającą na wszelkie pytania zadane w mailach, umiejącą się wykazać dokumentacją że nie skupiają składników od jakichkolwiek labolatoriów testujących na zwierzętach i będącą dumną z takiego nastawienia (jak Lush czy Everyday Minerals, których odpowiedzi mailowe tym bardziej zachęciły mnie do zakupów). Na chwilę obecną takich firm w Polsce nie widzę (może poza kilkoma chlubnymi wyjątkami), a standard customer care (obsługi klienta) w Stanach postawił moją poprzeczkę niezwykle wysoko. 

No nic, to tyle ode mnie. Mam nadzieję, że post o dostępnych środkach chemii gospodarczej pomoże niektórym z Was :)

Tuesday, October 11, 2011

Matowe cienie Catrice

Matowe cienie Catrice są mniej więcej tym, czego spodziewałam się po przeczytaniu i usłyszeniu tony pochlebnych opinii na blogach i niemieckojęzycznym YT-ubie. Ale i tu nie obyło się, niestety, bez przykrej niespodzianki.

Ok, zacznijmy może od zdjęcia ogólnego swatchy, które posiadam:



Od lewej strony: I like Lilac, Grey's Philosophy, Go, Charlie Brown!, In The Army Now.

Zacznijmy więc może od cienia, który lubię najmniej, do koloru, który lubię najbardziej. Recenzję otworzy więc Grey's Philosophy:



Jakiś czas temu bardzo spodobało mi się połączenie różu z szarościami w makijażach. Jest to szczególnie przyjemne połącznie biorąc pod uwagę fakt, że często noszę odcienie różu do szarych spodni bądź spódnic i miałam nadzieję, że uda mi się to ładnie ze sobą połączyć w makijażu oka. Ponieważ jednak wciąż jestem w fazie testów i prób i błędów z moim makijażem, postanowiłam nie wydawać na szary cień zbyt dużo. Zaczęłam od szarego matu z MySecret. Tu jednak nastąpiło moje pierwsze rozczarowanie, dlatego też następnie sięgnęłam po cień Catrice. No niestety i tym razem szarych fajerwerków nie było i nie będzie - jak pewnie same możecie ocenić po zdjęciu swatcha, cień po maznięciu palcem jeszcze jakoś się prezentuje, natomiast odrobinę roztarty zanika zupełnie. Na oku w zasadzie go nie widać, a co widać wygląda na brzydką szarą plamę. Zdecydowanie ogromne rozczarowanie dla mnie.

Drugi kolor, I love Lilac, był także efektem moich pomysłów na eksperymenty kolorystyczne. Uwielbiam nosić śliwkowy kolor, a także odcienie purpury. Próbowałam znaleźć coś, co być może ładnie podbijało by kolor moich tęczówek, a do tego pasowało do moich kreacji. Ogólnie kolor jest dość jasny, na powiekach nawet jaśniejszy niż na swatchu poniżej, jednak tym kolorem nie jestem aż tak rozczarowana. Po prostu nie noszę go tak często, bo się za bardzo nie polubiliśmy:



Kolor jest przyjemny, może nie zachwycający, ale przyjemny. Pigmentacja w porządku, jednak podczas rozcierania bardzo łatwo ten kolor rozmyć. Robi się wtedy taki fioletowo - szarawy i wygląda jak limo. Na zdjęciu napakowane kilka warstw, żeby jak najlepiej pokazać kolor. Jednym słowem z dwojga złego wybrałabym I Like Lilac (gdyby dano mi wybór między tym, a Grey's Philosophy), ale mus w mojej torebce to to na pewno nie jest.

Na deser zostawiam sobie dwa kolory, które przynajmniej spełniły moje oczekiwania:



In The Army Now (ciemna zieleń - khaki) i Go, Charlie Brown uratowały dla mnie tę serię. Pigmentacja przyzwoita (chociaż też nie polecam używania bez bazy, bo można je rozetrzeć), konsystencja pudrowa, ale taka akurat (nie twarda i nie za sucha), trwałość na bazie przyzwoita, kolor po użyciu jak w opakowaniu. Ogólnie - lubię i prawdopodobnie kupiłabym ponownie.

Ogólne wrażenia? Bardzo się cieszę, że miałam okazję kupić i przetestować aż tyle (po roku nagminnego słuchania o Catrice na niemieckojęzycznym YT-bie myślałam, że Catrice to jakieś ósme cudo natury, porównywane jakościąś do UD, Smashboxa albo Stili, a za 1/7 ceny. Koniecznie chciałam wypróbować i przekonać się na własnym oku ;) jaka ta seria naprawdę jest. Na całe szczęście szał na Catrice bezpowrotnie mi minął. Nie zrozumcie mnie źle, to nie są cienie złej jakości, za tę cenę są one zdecydowanie sensowne i nawet godne wypróbowania. W ogólnym rozrachunku w zasadzie je polecam. Jednak szum, jaki wokół nich powstał nazwałabym jednak odrobinę niezdrowym. Nie ma co spodziewać się po nich kosmetycznego objawienia

Chociaż może to tylko szum jaki powstał w mojej głowie po wysłuchaniu zbyt wielu filmików do dojczowsku ;)

Saturday, October 8, 2011

Naturalna maseczka kakaowa

Dzisiejszy przepis na wegańską maseczkę kakaową znalazłam na stronie Vegan Beauty Review. link do strony i za pozwoleniem prowadzącej bloga (na piśmie :D), zamieszczam ją tutaj. Przyznam szczerze, że wypróbowałam ją tylko raz, ale uznałam ją za bardzo interesującą ze względu na dodatek (bądź podstawowy składnik :D) kakao. Mam zamiar wypróbować ją ponownie na dniach. Jest to produkt typu kosmetyk z lodówki: możemy przygotować ją same ze zwykłych składników spożywczych. Wg przepisu ze strony, do sporządzenia maseczki potrzebne będzie:

# 1/3 cup (ok. 220 g) organicznego kakao (bądź innego kakao, w zależności od tego, czy jest to dla Was ważne)
# 3 łyżki stołowe jogurtu sojowego (dla nie - wegan wystarczy zastapić jogurt sojowy zwykłym jogurtem naturalnym)
# 3 łyżeczki syropu z agawy (jeszcze raz, jest to wersja dla wegan, dla nie - wegan agawę można zastapić miodem w płynnej postaci)
3 łyżeczki zmielonych płatków owsianych
# kilka kropel soku z cytryny (który ma działać jako naturalny konserwant)

Zacznij od wymieszania składników sypkich (kakao



i zmielonych płatków owsianych),



następnie dodaj składniki płynne bądź glutowate ;) Mieszaj do czasu uzyskania gęstej papki.



Tak przygotowaną papkę nałóż na buzię i zmyj po 10 min.

Wady i zalety maseczki:

a) zalety:
- wydaje mi się, że nadaje się do wszystkich rodzajów cery. jest delikatna, wygładza buzię, podczas zmywania zmielone płatki owsiane delikatnie masują
- w 100% naturalna (już bardziej to się chyba nie da :D) i całkowicie cruelty - free! (szczególnie w wersji wegańskiej)
- tania, większość z tych składników mamy zawsze w lodówce pod ręką - tak przygotowana pasta starcza na około 3 aplikacje
- łatwa do przygotowania, zmieszanie składników trwa 3 minuty ;)
- pięknie pachnie
- odpręża
- w ciepłe dni można dodać jogurtu z lodówki, wtedy dodatkowo ochładza

b) wady:

- nakładając ją trudno się przekonać do jej niezjedzenia :D
- może zrobić z łazienki pobojowisko podczas zmywania
- zmycie jej w ogóle może graniczyć z 'cudem nad kranem', pasta jest gęsta i chętnie pozostaje na buzi
- najlepiej nakładać ją jak nikogo nie ma w domu, mój mąż miał ubaw po pachy moim kosztem :D

Saturday, October 1, 2011

Pojedyncze błyszczące cienie Catrice

Na fali swatchowej dzisiaj trochę o błyszczących cieniach Catrice, które posiadam w swojej kolekcji: 100 Welcome to Miami Peach (bardzo pomysłowa nazwa, przyznaję bez bicia), 110 Gilbert's Grapefruit, 330 I Think I've Green You Before (jeszcze raz chylę czoła pomysłowości, ale tu razi mnie gramatyczna nieścisłość - wszak powinno być I think I've greenED you before :P, ale może się czepiam)

Na początek parę zdjęć:








Zacznijmy od tego, że napaliłam się na te cienie niemiłosiernie: Catrice, odciupinkę droższa siostra - bliźniaczka Essence, miała być znacznie lepszej jakości od tej drugiej za doprawdy niewielką dopłatą. Niemiecki YT aż o niej huczy. Jak tylko zobaczyłam Welcome To Miami Peach w kilku filmikach na YT, czułam, że muszę go mieć. Pierwszą rzeczą, którą zrobiłam w Naturze, było odszukanie szafy Catrice w celu zakupienia Welcome to Miami Peach ( a także jednej z ich pomadek i lakieru do paznokci, ale to też temat na inną notkę). Wyobrażałam sobie piękny brzoskwinkowy kolor o wspaniałej pigmentacji, niemalże porównywalny z moim cieniem Urban Decay ABC Gum. I faktycznie, pigmentacja po dotknięciu palcem wydaje się fantastyczna:



Prawda jest jednak taka, że na moich powiekach cień ten pozostawia poświatę koloru, a raczej błysku. Kompletnie nie jest to to, czego oczekiwałam. Moim zdaniem cien ten wygląda na moim oku tanio, z dużo ilością dyskotekowego flesza, a nie delikatnie, rozświetlająco. Poza tym przy rozcieraniu na powiece kolor nie jest prawie w ogóle widoczny, zostaje niemal sam błysk. Konsystencja cienia niby w porządku, ale jakaś taka twarda, i po dotknięciu za sypka. Przy nałożeniu za dużo pozostawia wypukłą wartswę na palcu (przy cieniach z wyższej półki typu Stila nigdy mi się coś takiego nie przytrafiło).

Kolejny cień, Gilbert's Grapefruit, także nie wywołał u mnie jakiegoś pozytywnego szoku. W opakowaniu wygląda na totalnie inny kolor od Welcome to Miami Peach, jednak na skórze różnica w odcieniu, orzynajmniej na moim oku, jest naprawdę niewielka.Na pierwszy plan znów wysuwa się srebrnawy błysk. Kolor widoczny, pigmentacja niby w porządku, ale efekt jakiś taki dla mnie niemrawy.



Ostatnim zakupionym przeze mnie cieniem błyszczącym (czy to jest wykończenie frost?) był I Think I've Green You Before. Kupiłam dla spróbowania, ponieważ noszę całe mnóstwo rzeczy w podobnych odcieniach i w ogóle lubię tego typu morskawe kolory. Tu także się z tym cieniem jakoś wybitnie nie polubiliśmy, chociaż myślę, że efekt po zeswatchowaniu na ręce przynajmniej jest taki, jakiego się spodziewałam:



Podsumowując: ocena ogóla 6/10.
Moje prywatne odczucia: za dużo dyskotekowego błysku, za mało klasycznego koloru. Kolor nie bardzo soczysty (i w przypadku jasnych kolorów można je uzyskać soczyste). Pigmentacja w porządku, ale na oku już nie prezentuje się aż tak super jak w opakowaniu. Cena też w porządku, ale w tym przedziale można kupić coś jeszcze sensowniejszego. Wybór kolorów fajny. Opakowanie mocne, całkowicie spełniające oczekiwania. Konsystencja produktu jakaś taka twardawa, brak uczucia luksusu podczas używania (czego oczywiście można się spodziewać po produkcie drogeryjnym za tę cenę, ale tak od razu opisuję wrażenia). Ogólnie produkt jest ok, może nawet dobry, utrzymuje się długo, nie roluje na oku, nie osadza w załamaniu powieki (używałam tylko z bazą), jednak mnie osobiście nie powalił. Czy kupiłabym ponownie? Być może, jednak tym razem skusiłabym się na ich cienie matowe (recenzja wkrótce).

Wet'n'Wild

Do firmy Wet'n'Wild stosunek miałam umiarkowany, żeby nie powiedzieć chłodny. Och taka sobie firemka, coś jak nasze Wibo - średnia półka z tendencją znizkową (żeby nie powiedzieć niższa półka), dwa pierwsze zakupy z tendencją zniżkową (tudzież wpadką) zaliczone, rewelacji się nie spodziewałam.



Na zdjęciu paletka Wet'n'Wild Vanity 249. Muszę powiedzieć, że podeszłam do niej z pewną dozą niepewności, zwłaszcza że byłam już w posiadaniu jednej paletki "szóstki" tej firmy i nie byłam nią zachwycano (ale o tym w innej notce).

Tu muszę przyznać, że zachęcił mnie już sam wygląd tej paletki. Po pierwsze, zawiera 6 bardzo przystępnych kolorów cieni do dziennego makijażu, w wersji zarówno matowej, jak i z drobinkami. Jeśli weźmie się pod uwagę cenę (5$ = ok. 15 zł), to jest ona obłędnie niska. Wystarczy spojrzeć na pigmentację cieni błyszczących:



Serio, takie coś za 15 zł? Ogólnie przy paletkach Wet'n'Wild natknęłam się na zarzut, że albo cienie matowe są ok albo błyszczące,a le rzadko cała paleta jest udana. Zdecydowanym atutem Vanity jest to, że oba rodzaje cieni są dobrze napigmentowane, miękkie, o takiej dość kremowej (niekoniecznie pudrowej) konsystencji - i łatwo się rozcierają:



Jednym słowem, bardzo przyjemna paletka do makijazu dziennego. W sumie nie widzę w niej żadnych wad. Moja ocena ogólna: 8/10 (brakuje jej efektu elegancji i luksusu, dlatego nie daję 10/10, ale w sumie trudno to nazwać konkretnym zarzutem) ;)

Saturday, September 24, 2011

Essence gel eyeliner



Najbardziej nie mogę przeboleć, że w nowym mieszkaniu nie ma ani jednego miejsca, w którym mogłabym zrobić sensowne zdjęcie. Mieszkanko jest małe i ma zdecydowanie za mało okien, jest bardzo ciemne. Stąd mam pewne kłopoty ze zrobieniem sensownych zdjęć i dlatego wrzucam obecnie tylko podstawowe zdjęcia produktu, co mi jednak strasznie gra na nerwach. Postaram się w najbliższym czasie nad tym popracować.


Dziś chciałabym Wam ponownie zwrócić uwagę na firmę Essence. Nie jest to pierwszy raz kiedy wspominam firmę Essence (jednak na poprzednim blogu, nie tym, tu jeszcze nie miałam okazji), jednak z upływem czasu jestem nią coraz bardziej pozytywnie zaskoczona. Nie powiedziałabym, że jestem nią oczarowana - Essence potrafi robić dobre kosmetyki, jednak bardzo łatwo trafić u nich na bubla. Żeby jednak oddać tej firmie sprawiedliwość - na bubla można trafić wszędzie, nawet wśród firm wysokopółkowych, a bubel za 9 zł to jednak nie to samo co bubel za 100zł. Poza tym można wśród ich kosmetyków trafić na prawdziwe perełki - Multi Action Mascara, niektóre lakiery do paznokci, eyelinery, ostatnio nawet cień do powiek w kremie (na niemieckim YT roiło się od recenzji cieni do powiek Ballerina LE) i inne.

Będąc jeszcze w Polsce postanowiłam wypróbować ich eyeliner w żelu. Do tej pory używałam ich eyelinera w pędzelku (robiłam nawet jego recenzję na blogu), który lubię i serdecznie polecam,tym razem mój wybór padł na eyeliner żelowy. W sumie to postanowiłam dać ich eyelinerowi w żelu kolejną szansę (podobny produkt z limitowanej edycji Denim Wanted był bardzo fajny, ale zasychał w zastraszającym tempie). Produkt, który obecnie posiadam kupiłam w Polsce jakieś 5 miesięcy temu, choć regularnie używam dopiero od jakiś 10 dni - 2 tygodni. Niestety nie wiem czy jest w stałym asortymencie czy tylko była to limitowanka, ponieważ nie jestem aż tak na bieżąco z Essence pod tym względem. w Stanach jest ono (na szczęście!) do dostania, ale z moich obserwacji asortyment jest mniejszy i limitowane edycje docierają nieregularnie. Limitowane edycje docierają tu zresztą później, co ma akurat dobre strony, ponieważ kiedy w Polsce nie można niektórych produktów już kupić, tu dopiero pojawiają się na półkach ;) To daje mi możliwość prześledzenia recenzji w Pl i w Niemczech i kupienia tylko tego, co wydaje się naprawdę interesujące ;)



Niestety nie pamiętam dokładnej ceny, ale oscylowała w granicach 10 - 15 zł.

Eyeliner jest naprawdę godny polecenia:
* konsystencja jest żelowa, niezbyt mokra, ale na tyle plastyczna, że można z łatwością prowadzić kreskę bez drapania się pędzelkiem po oku (miałam taki jeden eyeliner, że miał bardzo twardą konsystencję od początku, po tygodniu stresów wylądował w koszu)
* cena jest bardzo przystępna, zwłaszcza w stosunku do jakości
* na oku eyeliner elegancko zasycha od razu po nałożeniu, nie smuży, nie zostawia jakiś dziwnych plam
* dość łatwo manewruje się tego typu produktem
* brak dziwnego zapachu
* słoiczek ma sensowną wielkość, ani za dużą, ani za małą (zdążę go prawdopodobnie zużyć zanim zaschnie na kamień, ale nie będę musiała biegać po nowy eyeliner do sklepu co miesiąc)
* trzyma się od rana do nocy, nawet deszcz mu niestraszny; przeżyje łzy i nawet potarcie oka (uuf, bo tu mamy do czynienia z bardzo roztargnioną osóbką, której się niekiedy "zapomni", że ma makijaż, mimo że maluje się nieprzerwanie od kilku(nastu) lat)
* ładna czerń
* słoiczek sensowny, z mocnym zamknięciem zapobiegającym wysychaniu, w razie upadku nic z niego nie wyleci

Jednym słowem polecam, jestem z niego bardzo zadowolona.

Friday, September 16, 2011

Paznokietki

No, dzisiejsza notka nie będzie zachwycająca ani bardzo nowatorska. Po moim ostatnim odkryciu (Avon na czarnej liście Pety), wypowiedzialam swoje uczestnictwo w Avonie czy jak to się oficjalnie zwie i na pewno nie zamierzam zamieszczać tu jego recenzji.

Dzisiaj szybka notka o jednym z moich ulubionych zmywaczy do paznokci. Truskawkowy Sensique - bo o nim mowa - podbił moje serce podczas mojej wizyty w Polsce. Wiem, że zbiera on bardzo różne, niekiedy wręcz skrajne opinie, ale ja nie mogę na niego narzekać. Po pierwsze, moim zdaniem dobrze zmywa. Po drugie, nie zawiera acetonu. Po trzecie, zapach ma, jak na zmywacz, całkiem znośny. I po czwarte cenę ma calkiem przystępną.



Po mojej serii przygód z tzw. zmywaczami bardziej naturalnymi, z którymi trzeba namachać się do nieprzytomności, żeby cokolwiek zmyły, a na paznokciach i tak zostaje wartswa koloru i wydawaniu na nie 2 razy więcej (no bo przecież zdrowsze są), z radością rzuciłam się na truskawkowy Sensique. Tylko ciekawe co potem, jak znów będę musiała bawić się w znalezienie zamiennika.

Wednesday, August 17, 2011

Ekologiczne oczyszczanie i czyszczenie

Notka dziś nieco odmienna, ponieważ zainspirowały mnie do niej moje wojaże po googlach. Z początku notka miała być o hydrolatach, ale podczas szukania i czytania co w trawie piszczy trafiłam przez przypadek na pewną ciekawostkę w necie. Otóż całe moje wielkie poszukiwania zapoczątkowała chęć znalezienia czegoś takiego jak Biochemia Urody w Stanach (zazwyczaj wszystkie nowości tego typu w Polsce przychodzą do nas z  zagranicy i jeśli znajdę coś u nas, to jestem w stanie znaleźć to gdzieś indziej). Oczywiście znalazłam tonę stron z hydrolatami, olejami, masłami, maseczkami, składnikami kosmetyków... poza myjącym olejkiem pomarańczowym z BU, który kocham pasjami. To z kolei zainspirowało mnie do tego, żeby poszukać co nieco o czyszczących olejkach.... ;)




Okazało się, że czysty olejek pomarańczowy jest tutaj bardzo popularny i można znaleźć mnóstwo jego zastosowań. Oto co znalazłam:

- czysty stężony olejek pomarańczowy jest na tyle silny, że może nawet wyżreć plastik. Dlatego też odrobinę rozcieńczony można z powodzeniem stosować jako środek czyszczący takie upierdliwe osady jak osady na grillu, kuchenkę, zabrudzone podłogi i kafelki. I wszystko to całkowicie naturalnym środkiem, otrzymywanym ze skórki pomarańczowej!

- jako środek polerujący i czyszczący do drewna - no w końcu jest to też olejek, czyli drewna nie rysuje ;)

- mycie olejkiem pomarańczowym może pomóc pozbyć się insektów typu mrówki w nietoksyczny sposów. One nie znoszą tego zapachu

- podobno pomaga pozbyć się klejących powierzchni po odklejeniu nalepek z przedmiotów - pewnie wszystkie znamy ten problem kiedy to po odklejeniu czegoś z opakowania (np ceny), wszystko klei nam się do palców

- w aromaterapii jako środek antyzapalny, poprawiający humor (na depresję czy chandrę), znalazłam nawet jego zastosowanie jako afrodyzjak :D (pamiętajmy jednak, że do wszystkich tych rzeczy należy używać roztworu olejku pomarańczowego z innymi substancjami, np. z innymi olejkami)

Ale to jeszcze nic, drogie Panie, okazuje się, że olejek pomarańczowy może być dobrym i ciekawym komponentem wszelkiego rodzaju kosmetyków oczyszczających naszą buzię. Sama buszując po internecie znalazłam co najmniej kilka przepisów na tego typu specyfiki, tu chciałabym zaproponować Wam jeden z najprostszych:

Przepis na pomarańczowy olejek oczyszczający:

4 łyżki olejku ze słodkich migdałów
4 łyżki oliwy z oliwek
1 łyżeczka do herbaty vitaminy E w oleju
10 kropelek czystego olejku pomarańczowego

Składniki przelewamy do szklanej buteleczki, wstrząsamy kilkakrotnie i..gotowe! Na twarz można nakładać przy pomocy delikatnej szmatki.
Przepis pochodzi ze strony http://dailydelights.sheknows.com/articles/823915/how-to-make-homemade-facial-cleanser

Ekologiczny środek czyszczący, środek poprawiający humor, afrodyzjak i mleczko oczyszczające w jednym? Ja w to wchodzę bez wahania! :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...