Showing posts with label drogeryjne. Show all posts
Showing posts with label drogeryjne. Show all posts

Wednesday, February 29, 2012

Kolejne starcie nietestowanych na zwierzakach tuszy do rzęs

Dzisiaj kolejna notka o tuszach do rzęs - tym razem takie małe porównanie działania. Miały być zdjęcia efektu na oczach, niestety obecne światło mi to uniemożliwiło. Jeśli coś się zmieni z pogodą, to spróbuję nadrobić :)


Dziś w szranki stają tusze wysokopółkowe (Urban Dacay) z tuszami z drogerii (Catrice). Nie do końca wiem co powiedzieć o firmie POP Beauty, ponieważ cenę ma porównywalną z cenami Smashboxa, Stili czy Urban Decay, jednak mało o tej firmie wciąż wiem. Dla dokładniejszej analizy tusze używałam jakieś czas same, a jakiś czas naprzemiennie wszystkie 5, żeby móc porównać efekt na rzęsach. Dodatkowo do zabawy zaprosiłam kuzynkę, który ma zupełnie inne rzęsy ode mnie. Ja mam bardzo długie, mocne, ale potrzebujące pogrubienia, ona ma malusie, króciutkie, zdecydowanie wymagające sporego wydłużenia (inaczej ich nie widać).


Typowy już dla mnie element recenzji tuszu do rzęs, czyli porównanie szczoteczek. The Giant z Catrice oczywiście zainteresowała mnie szczotą. Przez ten wabik ją kupiłam. Tarte i drugi tusz Catrice mają dość podobne szczoteczki w kształcie, z tym że szczoteczka Tarte jest plastikowa i bardzo gęsta, lepiej radzi sobie z rozczesywaniem rzęs.


Na pierwszy rzut pójdzie tusz Tarte, a dokładnie jego dwie próbki, które pokazywałam w innej notce (klik). Dwie próbki kosztowały mnie 10$ (plus podatek), czyli tak mniej więcej 30zł (normalnie ceny jednego pełnowymiarowego tuszu to około 17-20$, czyli prawie 60 zł). Tusz nie jest tani, ale jest naprawdę fantastyczny. Szczoteczka z bardzo zbitym włosiem (plastikowym) jest zadziwiająca miękka, w niczym nie przypomina szczoteczki używanego przeze mnie Wonderlash Oriflame lub kiedyś używanego Masterpiece Max z MF (przypominam, Max Factor testuje na zwierzętach, w związku z czym ostatnim razem używałam go z 5 lat temu, ale już wtedy szału nie było). Generalnie plastikowe szczoteczki, które nie są odpowiednio gęste, co prawda rozczesują ładnie rzęsy, ale nie pokrywają ich wystarczającą ilością tuszu. Tarte robi to fantastycznie, przy tym nie ma mowy o posklejanych rzęsach z powodu gęstości włosia. Szczoteczka jest więc prawdziwym hitem.

Pokrycie rzęs jedną warstwą tuszu gwarantuje piękny, naturalny wygląd rzęs. Są podkreślone, pogrubione i wydłużone, a nawet podkręcone! Nie mają natomiast przerysowanego efektu. Taki efekt osiągnąć można nakładając 2, a nawet 3 warstwy tuszu. Rzęsy są bardzo mocno podkreślone, wciąż nieposklejane, podkręcone. Wersja niewodoodporna nie tworzy pod oczami efektu pandy, tylko jakby wypłukuje się z rzęs w kontakcie z wodą. Nie zauważyłam kruszenia się, nie ma także mowy o grudkach. Brak efektu owadzich nóg. Wersja wodoodporna całkiem dobrze się zmywa, tak więc i tu nie mam specjalnych zastrzeżeń. Naprawdę polecam, obecnie jest to jeden z moich tuszowych hitów.



Kolejny produkt to również liga wysokopółkowa (a przynajmniej wyższa półka). Normalna cena to około 17-20$ (co na warunki amerykańskie jest ceną jak Smashbox czy Benefit ( zarówno jeden, jak i drugi na 95% testowane na zwierzakach, więc osobiście już więcej nie tknę). Ja zakupiłam na stronie producenta podczas ogromnej wyprzedaży - 2 opakowania za 10$. Potem jednak coś mnie tknęło, żeby sprawdzić recenzje tuszu i niestety były one bardzo kiepskie. Trochę żałowałam, że dałam się skusić. Do czasu. Na początku nie używałam go za często, ponieważ zraziłam się po przeczytaniu tylu niepochlebnych recenzji. Zaczęłam więc używać go w niepogodę (bardzo wodoodporny, jeśli wodoodporność jest cechą stopniowalną :P) i po jakimś czasie zauważyłam, że tusz naprawdę nieźle sobie z moimi rzęsami radzi. Przede wszystkim, bardzo mocno je pogrubia. Zresztą, efekt na rzęsach możecie zobaczyć TU (bez użycia zalotki). Jak widać na zdjęciu, tusz nie podkręca rzęs i w sumie raczej ich nie wydłuża. Jednak zagęszczenie powoduje, że rzęsy są bardzo widoczne. Tusz ma bardzo gęstą, zbitą konsystencję. Ta obserwacja spowodowała, że przeczytałam jeszcze raz recenzje w internecie i dopiero wtedy zorientowałam się, że dotyczą one wersji niewodoodpornej, ponieważ wielokrotnie narzekano na jego bardzo wodnistą konsystencję. Tu konsystencja jest dokładną odwrotnością. Problemem jest szczoteczka - jest tradycyjna, ogromna i niełatwo się nią manewruje, zwłaszcza przy dolnej linii rzęs. Największą wadą tego tuszu jest trudność jego zmywania. Naprawdę, trzeba zmywać go 3 bardzo porządnymi środkami do demakijażu (po prawdzie przyznam się, że nie mam żadnego prawdziwego płynu dwufazowego, jednak z innymi tuszami wodoodpornymi moje normalne środki sobie radzą). Nie ma mowy o efekcie pandy, ale czasami może się coś skruszyć. Tragedii nie ma, ale efektu: wow, to są najlepsze rzęsy, jakie miałam!, też nie.

Ogólne podsumowanie: tusz jest dobry, jeden z najlepszych pod względem pogrubiania rzęs. Nie trzeba się martwić o deszcz czy łzy. Za taką cenę, w jakiej go kupiłam (5 dolców za sztukę) jest to tusz super i zdecydowanie kupiłabym go ponownie. Jednak za cenę 20$ chyba wolałabym tusz Tarte, POP Beauty albo Stili, względnie inny tusz Urban Decay. Być może zmienię zdanie po dłuższych testach, przede mną kolejne opakowanie.



Catrice The Giant to mój najnowszy (wypróbowany) nabytek w kategorii tusze dorzęs. Kupiłam, gdyż zafascynowała mnie szczoteczka. Poza tym tusz nie był wybitnie drogi (ok. 20 zł), no i był łatwo dostępny, ponieważ wystarczyło przejść się do Drogerii Natura. Kupiłam i... no cóż, zachwytów nie będzie, tusz wydaje mi się dość przeciętny. Na moich rzęsach efekt jest taki sobie - odrobinkę może i pogrubia, ale efekt jest dość lichy, wydłużać faktycznie nie wydłuża (ale nie miał, więc tu można mu darować), efekt jest 'taki o'. Jak wiele innych, niespecjalnie dobrych, tuszy. Przy 2 warstwach zaczyna się sklejanie, które nie bardzo mi się podoba. Nie jest też zbyt trwały w starciu z kropelką wody, zaczyna się mazać i wyglądać średnio elegancko. Konsystencja ok, szczoteczka za to bardzo nie poręczna.

Natomiast na obronę tuszu muszę powiedzieć, że poprosiłam także kuzynkę o przetestowanie go i stwierdziła, że jest to jeden z najlepszych tuszy, jakie miała. Pogrubia, wydłuża, dodaje objętości jej rzęsom. Z prawie niewidocznych rzęs robi prawdziwe firanki (no ale i tak po około 3 warstwach). Jest bardzo zainteresowana tym tuszem, dlatego też go ode mnie dostanie. Ja nie mam do niego nerwów.

Podsumowanie: bez zachwytów. Raczej nie kupię ponownie, bo nie widziałam efektu, o jaki mi chodzi. W zasadzie to w ogóle nie widziałam efektu. Natomiast, jak widać, są osoby, które mogą być  z niego bardzo zadowolone.


To inny tusz do rzęs, który ostatnio testowałam, Catrice Lashes to Kill. Muszę powiedzieć, że jestem pod dużym wrażeniem tego tuszu. Za całkiem przystępną cenę (także około 16 zł)  otrzymujemy sensowny produkt. Rzęsy są bardzo ładnie podkreślone. Trudno mi powiedzieć czy jest to efekt pogrubienia, podkreślenia czy podkręcenia, ale efekt jest dość spektakularny. Wydaje mi się, że po prostu robi wszystko po trochu: pogrubia, wydłuża i podkręca. Można nałożyć kilka warstw i efekt jest mocniejszy, nie ma jednak sklejenia jak w przypadku The Giant. (Efekt w sumie podobny do efektu tuszu POP Beauty, ale chyba więcej pogrubienia). Natomiast zauważyłam jedną dość powżną wadę tuszu - i jest to bardzo słaba odporność na wodę. Jednego dnia popłakałam się ze śmiechu podczas damskich pogaduszek i tusz zrobił mi naprawdę zawstydzające czarne ślady pod okiem, nawet mój mąż zwrócił mi uwagę, że 'popłynęłam'. Było to dość nieproporcjonalne do ilości wody, jedna łza i duży problem. Aż nie chcę myśleć co by się stało gdyby złapał mnie deszcz.

Podsumowanie: tusz jest naprawdę bardzo fajny, jednak gdybym miała kupić go jeszcze raz, to sięgnęłabym po wersję wodoodporną. W tej wersji może być niebezpieczny dla zdrowia ludzkiego (jakiś zawał wywołać czy coś ;)



Ostatnim tuszem, o którym już zresztą kiedyś pisałam, jest POP Beauty. Dostałam go ( a właściwie 2 sztuki) w prezencie . Tusz po kilku pierwszych użyciach zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Przede wszystkim gwarantuje niesamowite wręcz wydłużenie. Rzęsy miałam pod samymi brwiami, czegoś takiego nie widziałam jeszcze nigdy. Problem polega na tym, że mnie naprawdę przydało by się odrobinę pogrubienia. Tutaj więc tusz niedomaga (oczywiście jest to tusz wydłużający, nie pogrubiający, więc obietnice producenta są spełnione w 100%). Ponieważ z natury mam bardzo długie rzęsy, tusz ten sprawia, że są odrobinę śmieszne - za długie na taką grubość. Oczywiście efekt jest, oj jest, a z tuszem pogrubiającym to już w ogóle bajka.... jednak po licho kupować tusz w oryginalnej cenie 20 dolców jeśli potrzeba mi przy tym drugiego w takiej samej cenie? Na szczęście tusz nie robi mi owadzich nóżek (nudne to wyrażenie już, wyświechtane, od dziś może będę używać pajęczych udek? ;), więc tu ma u mnie dużego plusa. Nie zauważyłam spływania podczas niesprzyjających warunków - owszem, tusz trzymać się rzęs nie będzie, jednak nie rozmaże się w paskudny sposób. Co mnie jednak strasznie w nim denerwuje to szczoteczka. Wszystko fajnie, dobry kształt, poręczna, dobra do manewrowania, odpowiednia gęstość... i klops. Nie wiem czemu, ale na szczoteczce wciąż zbierają się (bądź doklejają) małe włoski. Nigdy mi się takie coś jeszcze nie zdarzyło i bardzo mi się to nie podoba, zwłaszcza że sam tusz jest naprawdę niezły A szczoteczka po prostu nie przystaje jakością do reszty (domyślam się, że te włoski odpadły po prostu od szczoteczki, po czym się na niej 'osiedliły'. Popatrzcie sami na zdjęcie:



Dla małego testu - porównania, poprosiłam kuzynkę o wypróbowanie. To, co ten tusz zrobił z jej rzęsami to czysta poezja. Cóz za firany! Dlatego zdecydowałam, że druga sztuka tuszu powędruje do niej - efekt na rzęsach naprawdę jest tego wart.

Tusz ma też prześliczne opakowanie, ale chwilowo nie dysponuję zdjęciem.


Z tuszy drogeryjnych, które zdążyłam już zakupić w Polsce, zostały mi jeszcze do przetestowania:
# Multi Action Smokey Eyes (miałam różową i byłam bardzo zadowolona),
# tusz Wibo (taki w fioletowym opakowaniu),
# tusz Kobo Soft Brown
Mam nadzieję, że wkrótce (pewnie za ok. 3 miesiące ;) dodam kolejną porcję mini recenzji.

To tyle dziś ode mnie. Sugestie, zażalenia, wnioski? ;)

Sunday, February 19, 2012

Liga przęciętniaków

Na fali kosmetycznego rugania, postanowiłam popastwić się jeszcze nad jednym z kosmetyków polskich firm, które obecnie znajdują się w moim posiadaniu. (Pobyt w Polsce chciałam wykorzystać na swego rodzaju testy, niektóre polskie kosmetyki można dostać w Stanach, tyle że za znacznie większe pieniądze. Gdyby się okazało, że mam za czym płakać, to byłabym gotowa nawet te większe pieniądze zapłacić w ramach sympatii do firmy). Dlatego dzisiaj postanowiłam znów uruchomić moją wrodzoną ukąśliwość i podzielić się z wami wrażeniami z używania ziajowej receptury młodości z serii Sopot Spa.


Po zobaczeniu tego produktu spodobała mi się estetyka opakowania i cena. Pożyteczny pomysł z przeźroczystym minimalistycznym opakowaniem, całkiem poręczne zamknięcie, butelka ładnie wpasowała się do kształtu mojej dłoni. Jakby chciała powiedzieć - "weź mnie ze sobą"! Mój ci on! - pomyślałam i rześko wpadkowałam go do koszyka. (Potrzebowałam czegoś do używania PO demakijażu oczu, ponieważ mój wodoodporny tusz do rzęs Urban Fatty Mascara to nieprzejednany wojownik i na chwilę obecną muszę zmywać go w 3 etapach). Pomyślałam sobie, że butelka ok - będzie widać zużycie i fajny kolor produktu (aparat przekłamar kolor, w rzeczywistości jest to dość jaskrawy błękit). Po jakimś czasie naszła mnie jednak olśniewająca myśl, że nie wiem wcale czy fakt że dane mi będzie oglądać ten kolor powinnam zaliczyć na plus, ponieważ tak nienaturalny odcień niebieskiego w kosmetyce powoduje u mnie sporą nieufaność. Gdybym jeszcze miała łazienkę w tym kolorze to mógłby sobie stać tak pod kolor łazienki, ale że mam go regularnie ciapać sobie na twarz, to mina może nieco zrzednąć. Nic to - pomyślałam - i postanowiłam chwilowo nie zawracać sobie tym głowy w imię możliwego wspaniałego działania. Rozśmiesza mnie jednak ta zachwalana receptura młodości z algami morskimi - czy ktoś widział w Sopocie algi morskie o modrym kolorze? ;) Zapach kosmetyku jest zaskakująco przyjemny, całkowicie nieprzypominający zapachu alg. Algi wszak śmierdzą okrutnie! Pomna tego faktu, postanowiłam jednak być dzielna w imię piękna. Hmm, niepotrzebnie, zapach nie zatyka, ani nawet za bardzo się nie narzuca. A dziwne, bo w składzie nawet doszukałam się jakiegoś ekstraktu z alg ;)

No to teraz nieco o niedziałaniu tego produktu ;), który ma zapewniać 'łagodny demakijaż, zapobiegać wysuszeniu skóry, jednocześnie skórę zmiękczać i wpływać kojąco na podrażnienia'. Demakijaż jest łagodny do bólu, ponieważ trudno w ogóle powiedzieć, żeby produkt cokolwiek usuwał :D Na początku używałam tylko do zbierania tego, co pozostało na oczach/rzęsach po użyciu mleczka do demakijażu Korres, względnie płynu do demakijażu UD no i na takie kompletne ostatki całkiem się nadawał. Potem już było tylko gorzej, ponieważ wpadłam na jakże bezsensowny pomysł, by używać go zgodnie z przeznaczeniem ;) Próbowałam po prostu zrobić nim demakijaż, także oczu. Elegancko nasączyłam wacik, przyłożyłam do oka, odczekałam, czynność powtórzyłam z drugim okiem, popatrzyłam na siebie w lustrze i miałam ochotę krzyknąć z przerażenia. Nazwanie mnie misiem pandą byłoby niesamowitą obrazą dla zacnego rodu pand. Czarne smugi ciągnęły się pod samą  brodę,a na rzęsach wciąż widoczny był tusz. Czynność więc powtórzyłam (wielokrotnie) z użyciem nowych wacików, niestety - konieczne okazało się użycie innego mleczka, które dopiero poradziło sobie z osmoleniem mojej gębuli. Oczywiście bogatsza o nowe doświadczenie, następnym razem próbowałam z kilkoma tuszami niewodoodpornymi - na próżno, z żadnym z nich płyn sobie nie poradził. Złudne okazały się też nadzieje o zapobieganiu wysuszeniu twarzy, nawet powiedziałabym, że produkt wyraźnie się do tego wysuszenia przyczynia. Jeśli wystąpiło jakieś działanie kojące w ciągu tych kilku tygodni używania to także umknęło ono mojej uwadze.

Podsumowując - produkt nie jest wyjątkowo okropny, ale  na pewno zbędny. Tak samo nie liczyłabym na nawilżenie ani poprawienie stanu skóry. Ot, można stosować jako ostatnią fazę demakijażu.

Zakończę jednak moim ulubionym tematem, czyli polityką nietestowania na zwierzętach i oficjalnego stanowiska w tej sprawie (przy tym podejściu do klienta i ewentualnych pytań, gdyż dla mnie to się niezaprzeczalnie ze sobą łączy). Cóż, od kilku lat/miesięcy firma idzie chętnie w zaparte, że nie testuje na zwierzętach, ale robi to zaskakująco mało przekonująco. Po pierwsze, cierpliwość nie jest zdecydowanie mocną stroną firmy. Odpowiedzi mailowe brzymią niekiedy jakby osoby odpowiadające były znudzone pytaniem, nawet zahaczają o opryskliwość. Po drugie, firma bardzo mętnie tłumaczy fakt nieposiadania znaczka o nietestowaniu na zwierzętach na opakowaniu oraz fakt, że nigdy nie starała się o miejsce na żadnej nietestującej liście - np. liście OK! Wymówkom nie ma końca, ciągle przewija się temat prawa unijnego i prawa zabraniającego czegoś tam i poszanowania prawa orzez firmę. Tyle że firma nie o poszanowanie prawa była pytana, a o pośrednie wspieranie labolatoriów testujących na zwierzętach, które a) mogą testować nowe, nieprzebadane wciąż w UE składniki b) mogą wszak być umiejscowione poza ramami Unii Europejskiej. Pomijam, że prawo unijne w żadnym miejscu nie zabrania firmom dbania o swoich klientów i zapewniania ich, że przestrzegają np. pewnych wymogów. O braku inicjatywy wejścia na listy nietestujących na zwierzętach firm nawet nie wspomnę, wszak firma sprzedaje swoje kosmetyki nie tylko w Polsce i certyfikat na pewno nie zaszkodziłby jej wizerunkowi. Kanu np. taki certyfikat posiada (lista OK - KLIKTutaj więc Ziaja zarobiła u mnie wielkiego minusa i niniejszym osobiście wstawiłabym ich na listę firm niepewnych

Saturday, February 18, 2012

A w bublolandii...

Wczoraj był wnerw, dziś znów notka na wesoło. Grunt to się nie dać wytrącić z równowagi i dalej robić swoje. Notka na wesoło, bo szukanie dobrego nietestowanego zmywacza do paznokci (a raczej czytanie ich etykietek) przyprawiło mnie jakiś czas temu o wybuchy dobrego humoru.

Drogą dygresji: zawsze byłam pełna podziwu czytając recenzje na blogach, gdzie Dziewczyny, po miesiącu używania (żeby można było porządnie ocenić działanie specyfiku) pisały, że kosmetyk do niczego się nie nadaje i że przyprawił je o pryszcze/bóle głowy/wysypkę. Kurcza, chylę kapelusza, mnie by na czyn takiej odwagi chyba stać nie było w imię uczciwej recenzji. Jak coś mi nie pasuje to już nie pasuje, rozstajemy się z delikwentem bez żalu (oddaje w chętne ręce) bądź odstawiam i używam tylko w przypadku ksometycznego SOS, jak już wszystko inne się skończy. Z panem na zdjęciu zawarłam wystarczająco długą znajomość, żeby wiedzieć, że to nie będzie ten jedyny. Zresztą nawet zapchajdziurą nie jest najlepszą, ale serca nie mam go tak już zupełnie zjeżdżać w nagłówku mojego opisu.


Buszując ostatnio po Drogeriach Natura, wpadł mi w oko ten oto cud kosmetyki. Naprawdę, kto by się oparł zapewnieniom producenta, że produkt ten "nawilża i pielęgnuje paznokcie oraz naskórek  wokół nich. Pozostawia świeży zapach owoców kiwi"? Do tego wszystkiego na opakowaniu widnieje wielki napisa AROMATHERAPY. Gdybym dopiero zaczynała w kosmetycznym świecie, normalnie pozbyłabym się wszystkich preparatów do skórek (plus może nawet owocowych wód toaletowych, w końcu mam pachnieć świeżymi owocami).

No to rozradowana przyniosłam zabawki do domu i jedziem ściągać z paznokci te ogryzki lakieru, które się tam ostały po podróży samolotem. Pierwsze wrażenia: okropny, przeohydny smród zmywacza. Czyli normalka. Bajki o aromaterapii można od razu zapomnieć, zresztą kto o zdrowych zmysłach odważy się umieścić coś takiego na pudełku od zmywacza? Na kiwi to ten zmywacz nawet nie rzucił okiem. Nic to, myślę i ochoczo zabieram się do właściwego zajęcia - zmywania rzeczonego lakieru.  I tutaj nie ma się czym zachwycać, robota jest jak oranie pola w czasach pańszczyźnianych - żmudna, trudno i za licho nieopłacalna. Można się tylko umorusać i namachać, a lakier i tak swoje. Zaliczyłam także marnotrawstwo zasobów, bo niezbędny był wacik za wacikiem i nasączalstwo od podstaw, bo ze zmywaniem to marnie, marnie. No i ten obiecany efekt pielęgnujący - chyba w ogóle pozostawię bez komentarza, ktoś się tam chyba naczytał jakiś opowiastek science - fiction. Zmywacza zmuszona jestem używać znacznie dłużej, niż bym sobie tego życzyła - brak zasobów, niestety - ale gdyby dało się tego uniknąć...

Przyczepię się też do polityki nietestowania na zwierzętach - jest na naszej wątkowej liście ( na wizaż.pl) jako firma nietestująca na zwierzętach, jednak po wejściu na stronę nie ma o tym ani jednego słowa. Domyślam się, że informacja pochodzi z korespondencji z  firmą, ale nie wiem jak mam się ustosunkować do ich słowa pisanego po przeczytaniu zapewnień o świeżych owocach kiwi. Taaa.

żeby nie było tak całkiem źle, to uczciwie napiszę, że nie jest to najgorszy zmywacz, jaki miałam, co najmniej kilka w podobnej kategorii już zaliczyłam, ale to chyba jedyne dobre, co mogę o nim powiedzieć. Zdecydowanie bardziej podszedł mi truskawkowy zmywacz Sensique, o którym pisałam w innej notce. 

Thursday, February 9, 2012

Rzęsy godne mordu?

Ostatnio jestem strasznie zastresowana i mam sporo zmartwień na głowie. Kiedy jestem bardzo zastresowana to, żeby przestać myśleć w kółko o jednym,  idę na zakupy. Duże zakupy i wydane pieniądze też mnie stresują, ale na szczęście jest to inny rodzaj stresu - stres od adrenaliny zakupowej ;)

Chciałam Wam tylko na szybko pokazać co aktualnie testuję w kategorii tusze do rzęs.

Ten konkretnie tusz do rzęs Catrice, Lashes To Kill, obił mi się o uszy kilka razy podczas śledzenia niemieckich YT-berek. Podobno ma być to tusz zadziwiająco dobry jak na kosmetyk tak tani. Jak na razie spisuje się u mnie dobrze i zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Nie wiem czy bym za niego zabiła, ale o tym chyba przekonamy się później ;)


Na przetestowanie wciąż czekają moje inne tusze. Ja się chyba nigdy nie nauczę, żeby kupować coś kosmetycznego dopiero jak skończy się ich poprzednik. Jak na razie muszę jednak powiedzieć, że choć przetestowałam już w życiu masę maskar, niektórych naprawdę fajnych, dających super efekt i w ogóle haj lajf i którym nie miałam nic do zarzucenia, chyba żadna nie powaliła mnie na kolana. żadna poza jedną starą maskarą bardzo mało znanej firmy, której nikt inny nie lubił, w związku z tym została szybko wycofana z obiegu. Akurat po tym jak zdołałam się w niej zakochać na zabój. Poza tym tuszem jednak żaden z prawdopodobnie ok. 20-30 przetestowanych nie wywołał u mnie efektu: wow, już teraz nie zamierzam szukać dalej, to jest to!

A Wy? Udało Wam się osiągnąć stan tuszowego zadowolenia czy zadowalacie się półśrodkami?

Friday, December 30, 2011

China Glaze 630 Avalanche

Jak już mówiłam ostatnio, zabrałam się wreszcie za paznokcie i obecnie mogę je już amlować, chociaż wciąż nad nimi pracuję. Mój obecny lakierowy faworyt:

a) w słońcu:





b) w cieniu:



Bardzo mi się podoba ten fioletowostalowy odcień. Kolor jest bardzo wszechstronny (jak na moje potrzeby), pasuje do czerni, fioletów, szarości i nawet niektórych odcieni niebieskiego. Wybaczcie odpryśnięty lakier na moim kciuku, zdjęcie zrobiłam po malowaniu mieszkania, nieco bezmyślnie, zapominająac, że mogą być szkody w nawierzchni paznokcia ;)

Friday, November 25, 2011

Teraz Polska ;)

W razie gdyby wpadło Wam w oko, że w ostatnich paru dniach dodaję notki jak szalona to śpieszę z wyjaśnieniami, że obecnie w USA jest przerwa z okazji Święta Dziękczynienia, a ja dzielnie uciekam na bloga od tego co powinnam robić, czyli - poprawiania testów i zadań domowych. Czyli tradycyjne zajęcia jak mamy za dużo do roboty :D Czeka na mnie spora kupka od moich 40 studentów , więc tym chętniej zajmuję się innymi rzeczami. Przyznam jednak szczerze, że dzisiejsza notka może być nawet uznana za przydatną ponieważ jednocześnie staram się pozbyć z domu niepotrzebnych rzeczy i do tych rzeczy należą stare pudelka po kosmetykach. No kurcze felek, po kiego grzyba mam trzymać w łazience zużyte opakowania kosmetyków, skoro niezużytych mi wcale nie brakuje?! Takie coś to może wymyślić tylko kompletnie nielogiczna kobieta. Z obfotografowaniem zużytych pudełek i opisaniem kosmetyków na blogu zwlekałam zdecydowanie zbyt długo i chcę mieć to wreszcie z głowy.

No ale do rzeczy. Osoby, które znały mojego poprzedniego bloga wiedzą, że w maju wybrałam się do Polski i że z powodu tęsknoty za polskimi rzeczami obkupiłam się w kilka rzeczy typu książki, herbaty, nawet kilka filmów na wypadek gdybym tęskniła za językiem polskim no i masę kosmetyków. Jednym co wpadło mi w oko w sklepie były peelingi cukrowe Perfecty. Od razu mówię, że opakowanie wygląda jak po przeżyciu cięzkiej bójki z powodu systematycznego używania ;)



Peeeling od razu bardzo przypadł mi do gustu, ale postanowiłam wstrzymać się z moją optymistyczną recenzję do czasu kiedy go zużyję, co by nie ulec tymczasowemu czarowi.



Niepotrzebnie. Peeling do ostatniego użycia był moim strzałem w 10. Używałam sporo peelingów, tańszych, droższych, grubo- i drobnoziarnistych, z olejkami lub bez i muszę powiedzieć, że ten spisywał się naprawdę dobrze. Do gustu przypadła mi dośc treściwa, nielejąca się konsystencja (co to za przyjemność z używania, gdy trzeba łapać przeciekające przez palce drobinki), efekt peelingujący (delikatny, drobinki nie są ostre, ale porządny), uczucie na skórze po uzyciu (coś tam do niego dodają co pielęgnuje, ale nie pozostawia tłustej warstwy na skórze), zapach. Do tego peeling jest umiarkowanie wydajny i wcale nie aż taki drogi. Powiem szczerze, że jak będę miała okazję to na pewno ponownie się zaopatrzę. Żadnych większych wad się nie dopatrzyłam poza tym że zapach może nie każdemu podejść.

Dla zainteresowanych śpieszę dodać, że Perfecta uznawana jest za firmę nietestującą na zwierzętach na podstawie ich odpowiedzi mailowych i zapewnień.

Saturday, November 19, 2011

Jesienny kąpielowy wspomagacz :)

Żeby mi się tak chciało jak mi się nie chce! Powoli jesień dociera ju do nas, chociaż na klombach wciąż jeszcze kwitną kwiaty i pogoda wciąż oscyluje w granicach 15-22 stopni. Ale już widać, że to nie to. Ja osobiście nie narzekam, bo lubię zimniejsze temperatury, ale jedno, czego nie znoszę, to brak wystarczającej ilości światła (słońca). Bryyy!

Tu powoli zbliża się Święto Dziękczynienia (przerwa, przerwa!!), a niedługo po niej powoli zbliża się koniec roku akademickiego, więc na uczelni masakra. Dla mnie i jako studenta i jako nauczyciela. Stres lubi się czasem wkraść do mojego życia i choć jest w miarę do poradzenia sobie z nim, to lubię się czasami wspomóc. Czym najbardziej?

1) odprężającą kąpielą. Ostatnio odkryłam świetne mydełka od razu z peelingującymi drobinkami - strzał w 10. Skóra jest po tym miękka, gładka, przyjemna w dotyku. I sam proces mycia jest iście orgią dla zmysłów :) Mydełka kupiłam w zestawie (3), ale pokazuję chwilowo dla przykładu jedno z nich:



Tak wygląda opakowanie:




A tak skład:



Muszę powiedzieć, że do tej pory uważałam mydło za mydło i nic więcej - ot, używasz bo trzeba, fajnie jeśli za bardzo nie wysusza i fajnie jeśli nie śmierdzi ;), no ale po zetknięciu z tymi cudeńkami chyba zmienię zdanie. Mydło to nie jest tylko mydło, to uczta dla zmysłów!

Jak nie używam mydła to sięgam po olejek do masażu i do kąpieli Starej Mydlarni (do dziś prowadzę śledztwo w sprawie czy rzeczywiście nie skupują składników od labolatoriów testujących na zwierzętach, ale skontaktować się z tą firmą wymagałoby chyba kolejnego cudu nad Wisłą - sama wysłam do nich 3 maile, a ile wysłały dziewczyny od nas z wątku to nie zliczę. Dlatego raz kupiłam z powodu ich króliczka na opakowaniach, drugi raz nie wiem czy się skuszę choćby dlatego, że mają klientów w ..... no w minusowym poważaniu no ;)



Po prawej olejek (jako olejek do kąpieli sprawdza się bardzo fajnie, szczególnie w zimie, choćby z uwagi na czekoladowy zapach, który jakoś wybitnie pasuje mi do zimy. Jednak w kwestii olejków do masażu Kanu bije Starą Mydlarnię na głowę), po lewej szampon do włosów włoskiej firmy Erboristica, podobno nietestowany na zwierzętach (tak twierdzi też opakowanie), którego niestety dane mi go było przetestować tylko 2 razy, ale który powodował, że włosy były miękkie jak jedwab smileys, pośrodku perfumki Pacifica oraz mój aktualny krem do rąk. Krem bardzo bardzo lubię i wkrótce nastąpi jego recenzja.)

Jakieś inne pomysły na jesienne odprężenie, poza kubkiem dobrej herbaty? :)

Saturday, October 22, 2011

NYXowy strzał w 10

O paletach "dziesiątkach" NYXa rozpisywano się już chyba na wszystkich blogach. Paletki są tanie, estetyczne, z ładnym lusterkiem, napigmentowanymi cieniami i ładnymi kolorami. Biorąc pod uwagę, że NYX ma ciągle jakieś promocje na ich kosmetyki i że ludzie specjalnie zamawiają ich kosmetyki z zagranicy, a ja mam je pod ręką na co dzień, postanowiłam spróbować. Mój wybór padł na Smokey Eyes i niestety, dla mnie nie był to najlepszy wybór - zwyczajnie dlatego, że takie kolory noszę niezmiernie rzadko i przez to niemal zraziłam się do całej palety. Aleeee.... czy noszę kolory czy nie to muszę firmie NYX oddać sprawiedliwość - wyprodukowali jedne z najlepszych palet dostępnych na rynku za 1/5 ceny typowej palety. Mogę narzekać na co chcę - te palety są obłędnej, niewiarygodnej jakości.

Zdjęcia w słońcu:



Z innej perspektywy:



I z jeszcze innej, tym razem robione w domu:




Jak łatwo zauwyżyć po zdjęciach, paletka zawiera zarówno wykończenia satynowe, jak i błyszczące. Jest to niesamowita zaleta, ponieważ każdy znajdzie w niej coś dla siebie.

Zdjęcia faktur:




Nie pozostaje mi nic innego jak wkleić zdjęcia swatchy i pokazać Wam obłędną pigmentację cieni:






Najśmieszniejsze z tego jest to, że paletę można posądzić o to, że zawiera kilka identycznych kolorów. Oczywiście kolory idą w tę samą tonację kolorystyczną, ale są inne! Niektóre bardziej ciepłe, niektóre z dodatkiem innego koloru, inne są też wykończenia. Dla osób nie noszących Smokey Eye (jak ja), kolory są idealne do zaznaczania zagłębienia powieki oraz zewnętrznego "V".



Opakowanie: Płaskie, lekkie, dość poręczne, nie otwiera się samo z siebie (zamknięcie solidne). W środku duże lusterko ułatwiające nakładanie cieni. Estetyka opakowania znośna, acz nie wykwintna, no ale nie wymagajmy za wiele - wszak liczy się co w środku, a nie co na zewnątrz, prawda?

Wielkość: cienie są duże i wydajne, nie, jak w przypadku innych palet, mikroskopijnej wielkości. Jest to 10 pełnowymiarowych cieni.

Cena: taka, że skarpetki opadają ;) W USA do dostania w cenie regularnej (10$ = 30zł) oraz promocyjnej (często) 2 za 10$.

Pigmentacja: nic do zarzucenia, pigmentacja jest niesamowita - i to wszystkich cieni jednakowo. Nie zależy od tego czy jest to cień satynowy czy błyszczący.

Konsystencja: cienie są mięciutkie i przyjemne w nakładaniu, płyną po powiece, cudowne do rozcierania i nakładania z innymi cieniami.

Kolory: wspaniale dobrane, świetnie ze sobą współgrają, ładne niebanalne odcienie. Miodzio!

Ocena ogólna: 10/10. Must have. Jeśli macie możliwość jej zakupienia, nie wahajcie się.

Friday, October 14, 2011

We'n'Wild odsłona druga

Jakiś czas temu opisywałam moje pozytywne wrażenia z paletką Vanity Fair firmy Wet'n'Wild. Wspomniałam o tym, że nie byłam do niej zbyt pozytywnie nastawiona. Dziś chciałabym napisać słówko o powodzie mojego negatywnego nastawienia:



Podobnie jak paletka Vanity, ta paletka Greed jest "szóstką" i zawiera 6 cieni - 3 matowe i 3 błyszczące. Nie jest to zdecydowanie moja ulubiona paleta i poza czernią tak naprawdę niewiele ma do zaoferowania. Zobaczcie sami:



O ile jasne matowe cienie jeszcze jako tako ujdą w tłumie, przynajmniej je trochę widać, nie można już tego powiedzieć o dwóch jasnych cieniach błyszczących. Wystarczy spojrzeć na to zbliżenie:



Szary błyszczący cień jest jednym z najgorszych, jakich dane mi było używać. Pigmentacja jest tak tragiczna, że trudno nawet ocenić konsystencję cienia - jest najzwyczajniej w świecie za twardy, żeby go nawet dobrze nabrać na palec. Pędzelkiem w zasadzie w ogóle nie da się go nabrać, a na skórze pozostawia słaby złoty (!!) ślad:



Niestety, 2 czarne ładne cienie, w tym jeden naprawdę śliczny (czarny z drobinkami) nie są samodzielnie w stanie uratować tej paletki, w związku z tym najczęściej leży ona u mnie wzgardzona w szafce. Moja ocena ogólna 2/6. Paletka była tania, ale kupić ją radziłabym tylko w przypadku gdy ktoś lubi czarne połyskujące cienie i szuka matowego beżowego, który ładnie rozświetli okolice pod łukiem brwiowym.

Tuesday, October 11, 2011

Matowe cienie Catrice

Matowe cienie Catrice są mniej więcej tym, czego spodziewałam się po przeczytaniu i usłyszeniu tony pochlebnych opinii na blogach i niemieckojęzycznym YT-ubie. Ale i tu nie obyło się, niestety, bez przykrej niespodzianki.

Ok, zacznijmy może od zdjęcia ogólnego swatchy, które posiadam:



Od lewej strony: I like Lilac, Grey's Philosophy, Go, Charlie Brown!, In The Army Now.

Zacznijmy więc może od cienia, który lubię najmniej, do koloru, który lubię najbardziej. Recenzję otworzy więc Grey's Philosophy:



Jakiś czas temu bardzo spodobało mi się połączenie różu z szarościami w makijażach. Jest to szczególnie przyjemne połącznie biorąc pod uwagę fakt, że często noszę odcienie różu do szarych spodni bądź spódnic i miałam nadzieję, że uda mi się to ładnie ze sobą połączyć w makijażu oka. Ponieważ jednak wciąż jestem w fazie testów i prób i błędów z moim makijażem, postanowiłam nie wydawać na szary cień zbyt dużo. Zaczęłam od szarego matu z MySecret. Tu jednak nastąpiło moje pierwsze rozczarowanie, dlatego też następnie sięgnęłam po cień Catrice. No niestety i tym razem szarych fajerwerków nie było i nie będzie - jak pewnie same możecie ocenić po zdjęciu swatcha, cień po maznięciu palcem jeszcze jakoś się prezentuje, natomiast odrobinę roztarty zanika zupełnie. Na oku w zasadzie go nie widać, a co widać wygląda na brzydką szarą plamę. Zdecydowanie ogromne rozczarowanie dla mnie.

Drugi kolor, I love Lilac, był także efektem moich pomysłów na eksperymenty kolorystyczne. Uwielbiam nosić śliwkowy kolor, a także odcienie purpury. Próbowałam znaleźć coś, co być może ładnie podbijało by kolor moich tęczówek, a do tego pasowało do moich kreacji. Ogólnie kolor jest dość jasny, na powiekach nawet jaśniejszy niż na swatchu poniżej, jednak tym kolorem nie jestem aż tak rozczarowana. Po prostu nie noszę go tak często, bo się za bardzo nie polubiliśmy:



Kolor jest przyjemny, może nie zachwycający, ale przyjemny. Pigmentacja w porządku, jednak podczas rozcierania bardzo łatwo ten kolor rozmyć. Robi się wtedy taki fioletowo - szarawy i wygląda jak limo. Na zdjęciu napakowane kilka warstw, żeby jak najlepiej pokazać kolor. Jednym słowem z dwojga złego wybrałabym I Like Lilac (gdyby dano mi wybór między tym, a Grey's Philosophy), ale mus w mojej torebce to to na pewno nie jest.

Na deser zostawiam sobie dwa kolory, które przynajmniej spełniły moje oczekiwania:



In The Army Now (ciemna zieleń - khaki) i Go, Charlie Brown uratowały dla mnie tę serię. Pigmentacja przyzwoita (chociaż też nie polecam używania bez bazy, bo można je rozetrzeć), konsystencja pudrowa, ale taka akurat (nie twarda i nie za sucha), trwałość na bazie przyzwoita, kolor po użyciu jak w opakowaniu. Ogólnie - lubię i prawdopodobnie kupiłabym ponownie.

Ogólne wrażenia? Bardzo się cieszę, że miałam okazję kupić i przetestować aż tyle (po roku nagminnego słuchania o Catrice na niemieckojęzycznym YT-bie myślałam, że Catrice to jakieś ósme cudo natury, porównywane jakościąś do UD, Smashboxa albo Stili, a za 1/7 ceny. Koniecznie chciałam wypróbować i przekonać się na własnym oku ;) jaka ta seria naprawdę jest. Na całe szczęście szał na Catrice bezpowrotnie mi minął. Nie zrozumcie mnie źle, to nie są cienie złej jakości, za tę cenę są one zdecydowanie sensowne i nawet godne wypróbowania. W ogólnym rozrachunku w zasadzie je polecam. Jednak szum, jaki wokół nich powstał nazwałabym jednak odrobinę niezdrowym. Nie ma co spodziewać się po nich kosmetycznego objawienia

Chociaż może to tylko szum jaki powstał w mojej głowie po wysłuchaniu zbyt wielu filmików do dojczowsku ;)

Saturday, October 1, 2011

Pojedyncze błyszczące cienie Catrice

Na fali swatchowej dzisiaj trochę o błyszczących cieniach Catrice, które posiadam w swojej kolekcji: 100 Welcome to Miami Peach (bardzo pomysłowa nazwa, przyznaję bez bicia), 110 Gilbert's Grapefruit, 330 I Think I've Green You Before (jeszcze raz chylę czoła pomysłowości, ale tu razi mnie gramatyczna nieścisłość - wszak powinno być I think I've greenED you before :P, ale może się czepiam)

Na początek parę zdjęć:








Zacznijmy od tego, że napaliłam się na te cienie niemiłosiernie: Catrice, odciupinkę droższa siostra - bliźniaczka Essence, miała być znacznie lepszej jakości od tej drugiej za doprawdy niewielką dopłatą. Niemiecki YT aż o niej huczy. Jak tylko zobaczyłam Welcome To Miami Peach w kilku filmikach na YT, czułam, że muszę go mieć. Pierwszą rzeczą, którą zrobiłam w Naturze, było odszukanie szafy Catrice w celu zakupienia Welcome to Miami Peach ( a także jednej z ich pomadek i lakieru do paznokci, ale to też temat na inną notkę). Wyobrażałam sobie piękny brzoskwinkowy kolor o wspaniałej pigmentacji, niemalże porównywalny z moim cieniem Urban Decay ABC Gum. I faktycznie, pigmentacja po dotknięciu palcem wydaje się fantastyczna:



Prawda jest jednak taka, że na moich powiekach cień ten pozostawia poświatę koloru, a raczej błysku. Kompletnie nie jest to to, czego oczekiwałam. Moim zdaniem cien ten wygląda na moim oku tanio, z dużo ilością dyskotekowego flesza, a nie delikatnie, rozświetlająco. Poza tym przy rozcieraniu na powiece kolor nie jest prawie w ogóle widoczny, zostaje niemal sam błysk. Konsystencja cienia niby w porządku, ale jakaś taka twarda, i po dotknięciu za sypka. Przy nałożeniu za dużo pozostawia wypukłą wartswę na palcu (przy cieniach z wyższej półki typu Stila nigdy mi się coś takiego nie przytrafiło).

Kolejny cień, Gilbert's Grapefruit, także nie wywołał u mnie jakiegoś pozytywnego szoku. W opakowaniu wygląda na totalnie inny kolor od Welcome to Miami Peach, jednak na skórze różnica w odcieniu, orzynajmniej na moim oku, jest naprawdę niewielka.Na pierwszy plan znów wysuwa się srebrnawy błysk. Kolor widoczny, pigmentacja niby w porządku, ale efekt jakiś taki dla mnie niemrawy.



Ostatnim zakupionym przeze mnie cieniem błyszczącym (czy to jest wykończenie frost?) był I Think I've Green You Before. Kupiłam dla spróbowania, ponieważ noszę całe mnóstwo rzeczy w podobnych odcieniach i w ogóle lubię tego typu morskawe kolory. Tu także się z tym cieniem jakoś wybitnie nie polubiliśmy, chociaż myślę, że efekt po zeswatchowaniu na ręce przynajmniej jest taki, jakiego się spodziewałam:



Podsumowując: ocena ogóla 6/10.
Moje prywatne odczucia: za dużo dyskotekowego błysku, za mało klasycznego koloru. Kolor nie bardzo soczysty (i w przypadku jasnych kolorów można je uzyskać soczyste). Pigmentacja w porządku, ale na oku już nie prezentuje się aż tak super jak w opakowaniu. Cena też w porządku, ale w tym przedziale można kupić coś jeszcze sensowniejszego. Wybór kolorów fajny. Opakowanie mocne, całkowicie spełniające oczekiwania. Konsystencja produktu jakaś taka twardawa, brak uczucia luksusu podczas używania (czego oczywiście można się spodziewać po produkcie drogeryjnym za tę cenę, ale tak od razu opisuję wrażenia). Ogólnie produkt jest ok, może nawet dobry, utrzymuje się długo, nie roluje na oku, nie osadza w załamaniu powieki (używałam tylko z bazą), jednak mnie osobiście nie powalił. Czy kupiłabym ponownie? Być może, jednak tym razem skusiłabym się na ich cienie matowe (recenzja wkrótce).

Wet'n'Wild

Do firmy Wet'n'Wild stosunek miałam umiarkowany, żeby nie powiedzieć chłodny. Och taka sobie firemka, coś jak nasze Wibo - średnia półka z tendencją znizkową (żeby nie powiedzieć niższa półka), dwa pierwsze zakupy z tendencją zniżkową (tudzież wpadką) zaliczone, rewelacji się nie spodziewałam.



Na zdjęciu paletka Wet'n'Wild Vanity 249. Muszę powiedzieć, że podeszłam do niej z pewną dozą niepewności, zwłaszcza że byłam już w posiadaniu jednej paletki "szóstki" tej firmy i nie byłam nią zachwycano (ale o tym w innej notce).

Tu muszę przyznać, że zachęcił mnie już sam wygląd tej paletki. Po pierwsze, zawiera 6 bardzo przystępnych kolorów cieni do dziennego makijażu, w wersji zarówno matowej, jak i z drobinkami. Jeśli weźmie się pod uwagę cenę (5$ = ok. 15 zł), to jest ona obłędnie niska. Wystarczy spojrzeć na pigmentację cieni błyszczących:



Serio, takie coś za 15 zł? Ogólnie przy paletkach Wet'n'Wild natknęłam się na zarzut, że albo cienie matowe są ok albo błyszczące,a le rzadko cała paleta jest udana. Zdecydowanym atutem Vanity jest to, że oba rodzaje cieni są dobrze napigmentowane, miękkie, o takiej dość kremowej (niekoniecznie pudrowej) konsystencji - i łatwo się rozcierają:



Jednym słowem, bardzo przyjemna paletka do makijazu dziennego. W sumie nie widzę w niej żadnych wad. Moja ocena ogólna: 8/10 (brakuje jej efektu elegancji i luksusu, dlatego nie daję 10/10, ale w sumie trudno to nazwać konkretnym zarzutem) ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...