Wednesday, January 2, 2013

Przemyślenia, prezenty, podsumowania, postanowienia, porady



Tak dawno nie pisałam tu na blogu, że w zasadzie to jakoś mi dziwnie zaczynać.  Ale brakowało mi bloga i brakowało mi miejsca na moje wynurzenia po polsku.  Od razu lojalnie uprzedzam, że ten post będzie tylko marginalnie o kosmetykach, głównie będzie prywata i przemyślenia.  Od razu również mówię, że post będzie chaotyczny, długi i nudny jak flaki z olejem  Notka kosmetyczna powinna nastąpić zaraz po poście o bla bla bla ;)

No więc Święta minęły i choć w tym roku były one z dala od domu, to jak dla mnie były wyjątkowo magiczne.  W zasadzie świętowałam przez miesiąc z choinką, gotowaniem polskich potraw, kupowaniem prezentów (już od października :D), świąteczną muzyką w tle. 

To był bardzo... nudny i niesamowicie ciekawy zarazem rok.  Kosmetycznie to w zasadzie nic się w nim nie działo, choć oczywiście nie obyło się bez pewnych dodatków do istniejącej już kolekcji kosmetyków pod koniec roku (przykład poniżej). 


Ale prawda jest taka, że w tym roku zakupy kosmetyczne ustąpiły miejsca zakupom "stylowym", że tak to zgrabnie ujmę, czyli szeroko pojętemu pojęciu własnego stylu - ubrania, buty, biżuteria, apaszki, torebki itd.  Dobijam już powoli do trzydziestki i zauważyłam, że czas na zmiany.  Przeglądając sporo stron w internecie odnośnie stylu i szyku (ostatnio miałam chwilę i naszło mnie też parę refleksji), natrafiłam na masę pustych haseł oraz na jedno zdanie, które mi coś uzmysłowiło - że nasza garderoba nie tylko powinna odzwierciedlać kim jesteśmy, że powinniśmy się w niej czuć dobrze i dobrze wyglądać, że powinna być zadbana, niepoplamiona i wyprasowana kiedy trzeba, ale, a może głównie - powinniśmy się zastanowić jaką wiadamość swoim wyglądem wysyłamy innym.  Jak chcemy być przez innych postrzegani.  Chcemy być postrzegani głównie jako osoba atrakcyjna? Jako osoba modna? Zadbana? Poukładana, elegancka, kobieca, stylowa? Niedbająca o takie drobnostki jak moda? Wiedząca jak dobrać strój do okazji? Itd., itp.

Druga rzecz to taka, że zadecydowałam w tym roku marnować mniej czasu w necie, a więcej poświęcać na samorozwój, przez co mam na myśli głównie książki i naukę kolejnych języków obcych. Ja wiem, że wszyscy mają generalnie takie pomysły raz na jakiś czas i nie zawsze tak to wychodzi, jak się planuje, zresztą sama postanowiłam nie stawiać sobie poprzeczki zbyt wysoko, ale pozbywać się głupich nawyków. Zaczynam od czytania lekkiej literatury, potem zamierzam powrócić do czytania literatury pięknej  (Steinbeck, Vonnegut, Dickens, Marquez, Saramago, Hasek, Dostojewski, Tołstoj - wszyscy "oni" leżą na półkach i się kurzą jak ja szwędam się po stronach internetowych, często nie mających nic do zaoferowania poza ładnymi zdjęciami, na które zawzięcie klikam). Wywaliłam kilka blogów z ulubionych ponieważ, przy bliższym oglądnięciu, nie były one wcale ulubione, tylko przypięte tam "na później", ażeby kiedyś tam na nie zajrzeć, z bóg-wie-jakiego powodu. Postanowienie to nie obejmuje jednak blogów, które faktycznie lubię i na które zaglądam, bo przecież nie chodzi o to, by odmawiać sobie każdej odrobiny przyjemności z blogowania, tylko o bezsensowne tracenie czasu.


W ciągu ostatnich tygodni zainteresowałam się też, ponownie, tematem minimalizmu. Jedno jest pewne - minimalistką z prawdziwego zdarzenia to ja nie jestem, dorobiona do trendu filozofia mi nie pasuje (w kilku książkach przeczytałam, że minimalizm to antykonsumpcyjna rewolucja, to cywilne nieposłuszństwo itd., itp. Ok, każdy może uważać co chce, ale nie dopisujmy wielkich słów do prostych koncepcji, bo to spłyca koncept i sprawia, że temat wieje groteską), ale... jest w tym trochę racji. W tym szaleństwie jest metoda, moi Drodzy, w naszym pokoleniu coraz więcej szans na bezsensowne kupowanie - markowe ciuchy, 50-te torebki, 20-sta para butów, niepraktyczna wszak, ale taaaaka cudna. Mnie to grozi ciągle, każdego dnia i z każdego kąta, bo zauważyłam w tym roku, po podjęciu pracy, że kupuję najzwyczajniej w świecie - bo mogę. Bo mnie stać, bo ciuchy są tanie w Stanach, bo to tak fajnie stale mieć coś nowego. Kupiłam parę miesięcy temu sukienkę Maggy London. Cudo, po prostu cudo, marzenie mojej kobiecej duszy, a do tego oczywiście w outlecie, więc w cudownie sensownej cenie. Nie miałam jej ani razu na sobie, bo kiecka na wyjścia do sklepu nadaje się tak średnio, wyglądałabym jakbym właśnie wyszła z imprezy, teatru albo ważnego rodzinnego spotkania, a ja od jakiegoś czasu (od czasu liceum pewnie) nie lubię chodzić ubrana po ulicy jak ubrana na imprezę. Czy ja uwielbiam tę kieckę? Absolutnie; co gorsza, co jakiś czas wyjmuję ją z szafy, żeby sobie na nią popatrzeć.  Czy to był taki mądry zakup? No nie wiem, tym bardziej, że kilka tygodni później znalazłam inną, bardzo podobną sukienkę Maggy London w tym samym outlecie i oczywiście ją też pokochałam i wróciłam z nią do domu... Teraz mogę sobie je obie wyciągać i podziwiać.
Wniosek z tego jeden: jako osoba nielubiąca przesadnego marnotrastwa, zwłaszcza zasobów oraz osoba uważająca się za w miarę rozsądną, muszę poćwiczyć nad umiejętnością rozróżnienia co mi jest a) potrzebne, b) przydatne, c) użyteczne, (czyli będzie używane a nie tylko przywleczone triumfalnie do domu jako trybut mojej próżności), d) sensownej jakości, a nie kupione bo tanie - zazwyczaj dostajesz to, za co płacisz). W opanowywaniu manii posiadania "tochcenia" - to chcę, to chcę!- nie pomagają mi też blogi czy strony z opisami produktów i kuszącymi zdjęciami.

No i na koniec - moja metodologia. (Pomysł nie jest mój, wyczytałam go w jakimś ebooku na Amazonie, ale zdecydowanie zabrzmiał sensownie). Zmiany będę wprowadzać powoli i bez stresu, bez stawiania sobie poprzeczek niemożliwych do osiągnięcia. Może jedna zmiana na miesiąc, może na kilka tygodni.

To tyle ode mnie wynurzeń niekosmetycznych. Tym, co wytrwali - życzę miłego wieczoru i gratuluję, a jeśli zostałam sama na placu boju, to samej sobie życzę miłego wieczoru :D
 

Monday, October 8, 2012

Mania olejowania

Na początek to ja się Wam muszę porządnie wyżalić, aka wyjojczeć.  Mam nadzieję, że się nie narażę niektórym z Was, ale jakoś tak czuję, że chcę zabrać głos w debacie pt. moda.

Im więcej siedzę w temacie, tym bardziej czuję, że zaczynam mody, jako zjawiska społecznego, nie cierpieć.  Określenie fashionistka doprowadza mnie do śmiechu - a cóż to za cudak? Określenie charakteru? Negatywne czy pozytywne? Toż to rzeczownik, proszę was, - to jak jest? Jestem Polką, jestem emigrantką, jestem fashionistką?  Chodząc po różnych blogach też nie zawsze wiem jak mam się ustosunkować do panującego w blogosferze/necie pojęcie mody.  Pal to licho jak chodzi o zabawę ubraniami i kombinowanie stroju, ale jak słyszę, że coś jest wiocha/tandeta/kicz, to mnie trzepie.  Najgorsze jest jednak określenie "moda jak z bazaru".  Powiem szczerze, że śmiać mi się chce, bo od kiedy zarabiam w USA to stać mnie na modne marki typu Ralph Lauren, Tommy Hilfiger, Guess, Pierre Cardin, Anne Klein, Calvin Klein, Donna Karan, Maggy London czy inne, nawet droższe,  i równie dobrze mogłabym określić te wszystkie krzyczące jak to w Polsce panuje moda bazarowa tym samym hasłem - ubrania jak z bazaru, jeśli się je porówna do kosztownych ciuchów z butiku.  Ktoś ma zabawę z ciuchami - fajnie, ale żeby robić z tego kwestię życia lub śmierci, pochodzenia ( "a bo to takie wiejskie"), statusu społecznego ("zajeżdża taniochą i tandetą") to już chyba lekkie przegięcie.  Pomijam fakt jak widzę takie babeczki co to wszystkich zjeżdżają, a same nie widzą, że coś im nie pasuje, ale jest modne - to trzeba nosić!, to wywracam oczami.  Nie każdemu pasują rurki i nie każdy dobrze wygląda w botkach, color (pisownia amerykańska, celowo nie piszę colour) blocking czasami wygląda ok, ale w niektórych sytuacjach nie pasuje. Itd itp.  Trochę dystansu do siebie, świecie modowy!  Posiadanie własnego stylu, wyrażanie własnego charakteru w sposobie ubierania - nie ma w tym nic złego, niech Wam wyjdzie na zdrowie.  Ale wywyższanie się nad innymi, bo ktoś jest modny - jaka to zasługa i jaka to cnota, to "fashionistkowanie"?

No dobra, wygadałam się ;) Teraz pora na na tematy kosmetyczne, bo dawno już o tym nic nie było.  Dziś o mojej (nie znów tak) nowej miłości do olejków.  Jak zapewne wiecie, na blogach kosmetycznych wszelakiej maści od dawna głośno o olejkach przeróżnych firm, o różnym bukiecie zapachów, składów i przeznaczeniu.  Kto śledzi mnie od czasu, kiedy blog był bardziej żywotny ;), ten wie, że Linus i balsamy/masła do ciała nie pałają do siebie zbyt ciepłymi uczuciami i w linusowym sercu zdecydowanie znajduje się miejsce na jakiś inny specyfik do pielęgnacji skóry.  A że kosmetykami wielofunkcyjnymi, skórno-włosowymi, wzgardzić się nie da... Stąd uwaga linusowa skierowana została na oleje.

Temat nie jest mi całkowicie nowy.  W swojej kolekcji posiadałam już olej kokosowy (2 różnych firm) , migdałowy (także 2 różnych), rycynowy i olej z pestek malin ( skombinowane z przeróżnymi olejkami eterycznymi, a także zmieszane same z sobą).  W moje łapki wpadła też jaśminowa Amla, której zapach na włosach oczarował mnie na wiele ładnych tygodni.  Niestety, pomimo długiego używania, bardzo ciężko mi wyrobić sobie zdanie na temat różnych olei, wybrać faworytów i jednoznacznie ocenić: to pomaga, a to nie.  Ponieważ nie obdarzyłam żadnego z olei płomiennymi uczuciami, postanowiłam, że... no cóż, że warto może uzbroić się w kilka innych olejków, a nuż któryś z nich okaże się ideałem?  Oczywiście, jak to Linus, wpadłam w szpony promocji i wyprzedaży, w związku z czym za połowę ceny zakupiłam kilka różnych rodzai olejków.  Na początku chodziło mi przede wszystkim o włosy - przez jakiś czyas zdecydowanie za mało o nie dbałam i wiedziałam, że pora intensywnie zabrać się za maski, odżywki i olejowanie.  Z myślą o włosach najpierw "popełniłam" zakupy włosowe podczas mojej wizyty w TJ Maxxie. 


Serum do włosów oparte na olejkach?  Muszę powiedzieć, że wyglądało zachęcająco.  Chwilowo mam dość bawienia się w mieszanie olei i czytanie co dobre dla jakiego typu włosów - po prostu nie starcza mi na to czasu.  Wiem wiem, pewnie wyszłabym na tym lepiej i miałabym bardziej naturalny skład... No ale znając mnie, to i tak nie potrafiłabym użyć specyfików w przepisanym czasie, więc trochę konserwantów to akurat mnie się pewno przyda... 

Skład możecie przeczytać sobie na zdjęciu poniżej.  Po lewej stronie znak króliczka i zapewnienie, że firma nie testuje na zwierzętach ( tak wiem, lista to to nie jest... ale zawsze to większa szansa, że faktycznie są, jak się deklarują, cf). 


Kolejnym olejkiem, na który napadłam w sklepie, był olejek do włosów w sprayu.  Doszłam do wnioksu, że to po prostu najlepsze, najwygodniejsze wyjście, przynajmniej na razie, jak dbać o moje włosy mogę w zasadzie tylko w biegu.  Pierwszym produktem tego typu był ten oto specyfik:




Podobał mi się pomysł mgiełki do włosów, gdyż dał mi nadzieję, że być może, dzięki odpowiedniej końcówce, nie przeciążę sobie włosów olejami (ileż to razy napaćkałam się tak, że nawet szampon nie mógł sobie poradzić z tym... Wciąż mam nadzieję, że to jest dobre rozwiązanie dla osób jak ja, olejujące "od serca").

Także możecie przybliżyć sobie skład (bo całoście to niestety nie widać :/) :


Ale, ale, tu moja przygoda się oczywiście nie kończy, ponieważ jak Linus wpadnie w manię testowania, to już wpadnie... Któregoś dnia wybrałam się na zakupy do supermarketu i wpadłam na 50% wyprzedaż produktów firmy J.R. Watkins.  Olejki Watkinsa chciałam wypróbować już jakiś czas temu, ale jakoś ciągle było coś - a to wydawały mi się za drogie, a to miałam inne rzeczy do kupienia na liście, a to mąż kręcił nosem (olej do ciała? Będziemy mieli steki z Linusa czy jak?? :D) i inne takie. Oto co udało mi się upolować:


Cytrynowy olejek do ciała i kąpieli. 

Skład: grapeseed oil, macadamia ternifolia seed oil, apricot kernel oil, avocado oil, lemon peel oil, safflower seed oil, aloe barbadensis leaf extract, tocopheryl acetate. 

Brzmi interesująco i pachnie zabójczo.

Kolejne 2 olejki są wynikiem mojego niezdecydowania odnośnie zapachu.  Po przyniesieniu do domu myślę, że moim ulubieńcem został grapefruit, ale olej kokosowy i miód także nie brzmi strasznie ;) Oba to olejki do ciała w sprayu, a oto ich skład: 

apricot kernel oil, isopropyl myristate, 100% natural fragrance, tacopherol



A tu jeszcze cała Watkinsowa rodzinka:



Czekam na opowieści o waszych doświadczeniach z olejkami, zwłaszcza próbami z nowymi firmami.  Wiem, że na rynku jest obecnie masa olei oraz mieszanek olei i, jak dotąd, nie spotkałam się z jednoznacznie negatywnymi opiniami na temat jakichkolwiek z nich.  Niektóre działają słabiej, inne macniej, niektóre pięknie pachną, inne po prostu śmierdzą... ale jednak nikt nie mówi, że ich działanie to kompletna bzdura.  Domyślam się jednak, że na konkretne efekty to jednak trzeba trochę poczekać, szczególnie na włosach - no a mi, niestety, często brak cierpliwości.  Pomagają mi zapachy, za którymi przapadam - mam nadzieję, że będzie tak i w tym wypadku. 

Monday, September 17, 2012

Andalou Naturals, plotki plus Wendy

Ten ciągły, nieopuszczający mnie brak czasu. Oczywiście z zamiarem napisania nowej notki noszę się od dawna, ale ciągle coś staje mi na drodze. Brak chwili wytchnienia, obowiązki domowe, próba wetknięcia 4 przygotowanych domowych posiłków, ale też brak odpowiedniego światła do zdjęć albo coś, co nagle wyskakuje i musi być załatwione już, teraz, natychmiast.

Więc tak ogólnie to u mnie nastąpiła w ostatnim czasie masa zmian. Już nie mieszkam w wielkim Los Angles, miejscu gdzie można dostać wszystko o każdek porze dnia i nocy i z każdego zakątka świata. Powiem Wam jednak, że pokochałam Dakotę Południową, gdzie obecnie rezyduję. Czuję, że jest znacznie bliżej domu - nawet w powietrzu wyczuwam znajomy zapach lasów iglastych. Poza tym mówcie sobie co chcecie, ale tęskniłam za porami roku. Jesień, jakże się cieszę, że znów będę mogła podziwiać zmieniające kolory liście w jesiennym płaszczyk!

Kolejna nowość to taka, że nie jestem już osobą bezrobotną. Wprost przeciwnie - chwilowo mam dwie prace, ale o tym nie chce mi się  nawet myśleć, co dopiero pisać. Jednak ma to określony wpływ na mój tryb życia, w tym także na mój system i styl zakupów. Po pierwsze, nie mam szybkiego i łatwego dostępu do każdej firmy i nowości kosmetycznej, jaka mi się zamarzy. Problemem jest znalezienie wielu moich ulubionych marek cf. Często też nie mam czasu na szukanie godzinami po necie polityki każdej konkretnej firmy, która twierdzi, że jest cruelty - free, co często ma taki efekt, że muszę pójść na kompromis sama z sobą i kupować niektóre kosmetyki wedle zasady - nie należy do wielkiego koncernu, jest firmą promującą się jako nietestująca na zwierzętach i naturalną, miejmy nadzieję, że naprawdę jest.

Głównym miejscem, w którym obecnie zaopatruję się w moje kosmetyki, jest obecnie lokalny TJ Maxx. Właśnie tak odkryłam też firmę Andalou Naturals. (Możecie mi wierzyć, że oryginalna, amerykańska wersja TK Maxx, TJ Maxx właśnie, jest zdecydowanie tańsza i znacznie bardziej interesująca od jej europejskiego odpowiednika. Zdecydowanie nie byłam pod wrażeniem naszego wrocławskiego TK Maxxa podczas wizyty w Polsce.)





Na całe szczęście Andalou Naturals posiada znaczek The Leaping Bunny, co oszczędziło mi sporo problemu z próbami wykombinowania czy jest to firma ok czy nie. W swoim posiadaniu mam też wersję sunflower & citrus, ale nie miałam okazji jej jeszcze wypróbować ani zrobić jej zdjęcia. Szamponu używam już co najmniej od 2 tygodnie, ale jakoś wciąż nie mogę wyrobić sobie o nim ostatecznego zdania. 340 ml kosztowało mnie 5.99$, oryginalna cena to 10$. Szampon nie zawiera sylikonów. Cudownie pachnie, używanie go to czysty koncert zmysłów, dobrze się pieni i jest bardzo wydajny. Natomiast usztywnia moje włosy (co mi zazwyczaj nie przeszkadza, ale obecnie jestem w fazie szukania sensownej odżywki i mam pewne problemy z jej znalezieniem) i ostatnio nie poradził sobie ze zmyciem mieszanki olei. Myślę, że do czasu wykończenia całej buteleczki zdążę sobie o nim wyrobić opinię.

Teraz czas na mały offtop. Nie wiem czy kiedykolwiek się do tego przyznałam, ale mam kompletnego, niewytłumaczalnego świra na punkcie szalików. Moja fascynacja szalikami zaczęła się 3 lata temu i miałam nadzieję, że minie tak szybko, jak nagle się pojawiła. Na próżno, mania szalikowa prześladuje mój portfel (i mojego małża ;) do dziś. Ostatnio zebrałam się w sobie i przeliczyłam moją kolekcję... przyznaję się oficjalnie, że doszłam do 54 sztuk.... Na swoje usprawiedliwienie dodam, że nie szaleję za torebkami jak inne dziewczyny oraz nie stosuję żadnych używek :D  Szaliki i apaszki noszę prawie codziennie, uważam, że są fantastycznym dodatkiem do każdego zestawu. Wszystkim zarażonym szalikowym maniactwem chciałabym zadedykować filmik
Wendy - mojego najnowszego guru w sprawach ubioru. Zobaczcie same - czy ta kobieta nie jest niesamowita?

 
 

 

Monday, August 20, 2012

Elfickie opowieści

Jak to już ostatnio wspomniałam, postanawiam poprawę w kwestii bloga. Prawdę mówiąc to tyle bym chciała Wam na blogu pokazać i nie ma czasu. Chciałabym opowiedzieć o nowym miejscu, które, z mojego punktu widzenia, jest znacznie bardziej europejskie i przypomina mi zapachem w powietrzu Polskę. Chciałabym opowiedzić Wam o perypetiach związanych z moją dietą i o tym jak z beztalencia kulinarnego powoli zmieniłam się w uznaną odtwórczynię kulinarnych rozkoszy, a także o wielu nowych kosmetycznych odkryciach oraz bubelkach w pięknych opakowaniach. No cóż, na dziś nadgryzam temat odkrycia :)

Elf. Tyle słyszałam już o tej firmie, ale jakoś nigdy nie chciało mi się nic zamawiać od nich przez internet. Jednak niedawno Elf (i to ich linia studio, ta lepszej jakości) pojawił się w sklepach sieci Target i jakoś tak to wyszło, że jak miałam zły dzień to akurat poprawiałam sobie humor na zakupach. W związku z tym łapczywie wpakowałam do koszyka dosłownie wszystko, co mi się spodobało. W koszyku, niewinnie się poszturchując, wylądowały więc: róż, pomadka w ołówku, kremowy eyeliner, 2 cienie w kremie i takie cudeńko sztyft róż, cień i pomadka w 1. (Innym razem wylądował tam też zestaw cieni z dołączoną kredką do powiek, ale to już inna historia).

No więc dziś o cieniach w kremie.


Na zdjęciu cień o wdzięcznej nazwie candlelight. Cień jest bardzo jasny i delikatny, dlatego dobrze nadaje się do rozświetlania łuku brwiowego i kącików oczu po nieprzespanej nocy ;) Kolor i nasycenie (bądź w tym wypadku - jego brak) możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej:


Zdjęcie robione w pełnym słońcu, w związku z czym kolor wygląda na bardziej wyblakły niż jest, ale mam nadzieję, że dał Wam pewne rozeznanie. A tutaj jeszcze kolejny cień, tym razem dawn:


Ta sama historia, co powyżej - zdjęcie wykonane w pełnym słońcu, w związku z czym kolor wydaje się nieco bardziej wyblakły. I jeszcze swatch na dłoni:



Co myślę? Myślę, że absolutnie kocham te cienie! Trzask, prask, nakładam na całe oko, pomaziam czymś ciemniejszym w zaglębieniu powieki i makijaż gotowy - oszczędność czasu to jakieś 50%. Cienie fantastycznie sprawdzają się też jako baza pod inne cienie - wszystko się elegancko trzyma i nie blaknie. Nie zaobserwowałam rolowania się cieni, ani osadzania się w załamaniu powieki (niestety zaobserwowałam to w przypadku wielofukncyjnego sztyftu, ale o tym kiedyś indziej), ale jeszcze będę je obserwować. Kolory pasujące każdemu, naprawdę żałuję, że w Targecie jest ich dostępnych tylko kilka, z miłą chęcią sięgnęłabym po inne wersje kolorystyczne. Cena - 3$, czyli taniej niż przesyłka pocztowa z innych firm. Jak dla mnie nie ma na co narzekać. Oczywiście, żeby nie było tak różowo, to dodam, że cienie mają swoje wady:
- kolory dość delikatne, nie każdy polubi
- kolor delikatny, ale wykończenie już takie dość metaliczne, też nie każdemu podpasuje (ale ja normalnie nie lubię takich wykończeń, a mi nie przeszkadza, więc dramatu być nie powinno)
- słoiczek ładny, ale do bani (ile ja mam zabawy jak próbuję w niego wepchać palucha zakończonego normalnej długości paznokciem :>)
- dołączony do cienia pędzelek mnie tylko rozśmieszył

Z wszystkimi tymi wadami i tak polecam. Opakowanie to tylko opakowanie, z dołączonymi do kosmetyków pędzelkami w zasadzie zawsze jest problem, a delikatny kolor może być z łatwością uznany za zaletę ;)

**********

Update dotyczący diety:

Jak wiecie, Kochani moi, ostatnim razem jak zawitałam na bloga (no, może przedostatnim), dużo było mowy o diecie, gotowaniu, zdrowym żywieniu itd. Chciałabym Was zapewnić, że się na tym polu nie poddałam. Co prawda odchudzam się bardzo powoli, nie mam znacznego upadku wagi, jednak bardzo mnie to cieszy - są widoki na zmianę generalnie sposobu odżywiania i utrzymanie nowej, lżejszej wagi. Obecnie waga wskazuje ok. 2,5 - 3 kg mniej od czasu mojej poprzedniej notki. Zaczęłam także wchodzić w spodnie, z którymi miałam już niemało problemu. W dalszym ciągu jednak nie dopinam się w spodnie, które kupiłam zaraz po przylocie do Stanów, w związku z tym jest to mój kolejny cel. Kilka uwag:

- zawsze jem 4 posiłki dziennie, nawet jeśli ostatni jest bardzo późno, około 21-22. Raz odmówiłam sobie jedzenia, bo chciałam być taka odpowiedzialna i nie mogłam z głodu spać. Wkurzona na maksa i zmęczona do granic, wstałam w końcu o 3 nad ranem, odgrzałam sobie zupę... i po 15 min od jej zjedzenia spałam jak dziecko.

- Zawsze staram się dodawać do każdego posiłku tłuszcze roślinne według wskazań książki.

- Jeśli któregoś dnia czuję, że już nie mogę patrzeć na jedzenie zgodnie z dietą Flat Belly - robię przerwę. Nic na siłę. Szukam wtedy przepisów z innych książek i pilnuję, żeby mieściły się w granicach 400 kcal. Jak czuję, że jestem w stanie wkrócić do przepisów Flat Belly, to to robię.

- Jeśli mam 1 dzień grzeszenia, nie przejmuję się. Naprawdę się nie przejmuję, ponieważ generalnie dużo się ruszam i wiem, że nic wielkiego się nie stało. Kontynuuję dietę następnego dnia, ewentualnie 2 dni później. Najważniejsze to się nie zrazić.

- Jem słodkie. Sama piekę muffiny albo ciasteczka i pilnuję ilości kcal. Zawsze staram się, żeby były w nich orzechy bądź inne zalecane tłuszcze i jak najwięcej składników odżywczych. Czekoladowo- pomarańczowe muffiny z książki to jest po prostu HIT. Ale od czasu diety wypróbowałam już chyba z 10 różnych przepisów. Dzięki temu w zasadzie w ogóle się na diecie nie męczę.

- Dużo się ruszam, ale niewiele ćwiczę. Staram się wplatać ruch w codziennie życie - spacer z przystanku, spacer z rana, ruszanie się w pracy (akurat mam tymczasowo pracę, w której nie siedzę za biurkiem, więc sprzyja chudnięciu). Moim zdaniem jest to optymalne rozwiązanie.


A Wy? Jakieś przemyślenia, postępy, zastoje?

Thursday, August 16, 2012

Paczka z Polski



Z góry przepraszam za jakość zdjęcia, ale od czasu przeprowadzki kompletnie nie moge znaleźć odpowiedniego miejsca i światla. Patrzę na to kiedy udało mi się ostatnim razem zamieścić notkę na blogu i wierzyć mi siś nie chce. Oj, zaniedbałam bloga, zaniedbałam. Powodów mojej nieobecności było kilka, głównie jednak brak czasu i bycie bardzo zapracowaną.

Z dumą mogę powiedzieć już w czasie przeszłym, że przeszłam jedną z największych faz zwątpieniowych dotyczących nietestowanych kosmetyków (z powodu firm sprzedających kosmetyki w Chinach) i chyba wyszłam z tego mocniejsza, stapająca mocniej po ziemi. Jakiś czas przed ogłoszeniem Estee Lauder o sprzedawaniu na rynku chińskim dostałam kilka prezentów ich marek (Smashbox, Tommy Hilfiger, sama Estee Lauder) i początkowo przyjąłam z ciężkim sercem fakt, że wylądowały na czerwonej liście. Z czasem jednak zacząłam dostrzegać i dobre strony takiej sytuacji. Po pierwsze, miałam czas zaznajomić się z ich kosmetykami i muszę powiedzieć, ze mój zachwyt Estee Lauder systematycznie zmalał. Testowanie to jedna kwestia, ale stosunek ceny do jakości to jest kwestia zupełnie inna. Dlatego chciałabym wkrótce zamieścic notkę o tak zwanych kosmetykach z wyższej półki, które czasami niestety żerują głównie na reklamie i milionach dolarów wpakowanych w ładne modelki, a które poza pięknymi opakowaniami wcale nie mają tak wiele do zaoferowania. Druga rzecz to taka, że z pokorą wróciłam do kosmetyków mineralnych i odkrywam na nowo ich urok. Odkryłam także uroki kilku nowych firm, m.in. Andalou Naturals i Hydara Mar, dzięki ostatniej dostawy kosmetykowej w TJ Maxxie. Z pokorą wróciłam też do starego, dobrego i taniego Elfa, który ponownie zaskoczył mnie nowymi formułami i niesamowitą trwałością.  A teraz słów kilka o kosmetykach z Polski.

Jeśli chodzi o dwufazowy płyn do demakijażu z Bielendy, to od dawna poszukuję czegoś, co byłoby dobrym środkiem do zmywania wodoodpornego tuszu do rzęs i eyelinera, a byłoby mniej drogie od płynu do demakijażu z Urban Decay. Ba, wodoodpornego - szukam płynu do demakijażu, który poradziłby sobie chociaż zadowalająco z regularnym tuszem. Zobaczymy jak na dluższą metę poradzi sobie Bielenda, choć na chwilę obecną odczucia mam dość neutralne.
* Obecnie wykończyłam już opakowanie Bielendy i muszę powiedzieć, ze pozytywnie mnie zaskoczyła. Dobrze radziła sobie ze zmywaniem praktycznie wszystkiego, nie podrażniała oczu i byla łatwa w użyciu. Jedyne zastrzeżenia, jakie posiadam, to wydajność - bardzo szybko ją wykończyłam - i zostawianie delikatnie tłustej powłoczki na oczach po użyciu (jednak tragedii nie ma, to jej jestem w stanie wybaczyć). Ogólnie - polecam.

Pozostałe kosmetyki ciągle testuję. Jedyne, co mogę napisać już teraz, to oszałamiające zapachy. Masełka Organique oferują niesamowitą gamę zapachów, używanie ich to czysta przyjemność. Dla wszystkich zastanawiąjacych się nad polityką testowania Organique - według mojej najlepszej wiedzy firma ma czyste sumienie. Niestety, nie ma ich na żadnej oficjalnej liście, dlatego nie mogę tego stwierdzić ze 100-procentową pewnoscią, ale tak naprawdę nawet bycie na liście nie gwarantuje prawdziwości składanych przez firmę oświadczeń (patrz Avon), w związku z tym zawsze pozostaje ten margines niepewności. Mimo wszystko, 95% pewności musi mi na razie wystarczyć :)

A tu maly bonus z mojej udokumentowanej zdjęciami przeprowadzki:






Wednesday, June 27, 2012

Kosmetycznie, dietetycznie




Witam wszystkich, wciąż śledzących mojego bloga :*

Kochani, jak sami wiecie, ostatnio w kręgach CF nastroje bywały różne. nawet i mnie się udzielił powszechny niepokó i pytanie krążące niejako w powietrzu pt. Co dalej?

Sprawa wygląda tak,  że nic dalej. Moje zdanie na temat testowania kosmetyków ma zwierzętach się nie zmieniło, więc idę po rozum do głowy i powracam w znów optymistycznym humorze. Przyznam szczerze, że trochę mnie ostatnie tygodnie zmaltretowały; jak nie problemy w domu, to problemy z pracą, jak problemy z pracą, to problemy pieniężne, jak problemy pieniężne - to problemy z rodziną. Ale szczerze? Będzie dobrze, tego nauczyła mnie at,osfera w Stanach. Kocham tę mentalność! Co by się nie działo, to się w końcu przecież poukłada, trzeba tylko się nie załamywać.

Kiedy nie pisałam bloga, dokonałam zaskakującego odkrycia,  że wciąż przybywa mi czytelników. Jest to o tyle właściwie zaskakujące, że obecnie blogi pisze masa dziewczyn, które codziennie dodają notki, bardzo często robią rozdania i  łatwo się znudzić blogami, które tego nie robią. Tym bardziej Wam dziękuję za uwagę. Przy okazji odkryłam,  ze wiele z Was prowadzi lub zaczyna prowadzić własme blogi, na których wspominacie o testowaniu na zwierzętach - super, kibicuję Wam z całego serca.

Żeby zupełnie nie zbaczać z tematów kosmetycznych, to Wam powiem, że znów zaczęłam rozglądać się po mniejszych firmach kosmetycznych... i nie jest źle. W ogóle nie jest źle, zwłaszcza, że sporo takich firm nie testuje. Tak samo, jak nie testuje większość polskich firm. Z pewną pokorą wróciłam też do firm mineralnych.

Earth Science jest firmą naturalną, niezbyt tanią, ale nieprzyprawiającą cenami o palpitacje serca, interesującą. Oczywiście, jak przystało na firmę pojawiającą się tym blogu, nie testują swoich kosmetyków na zwierzętach. Na zdjęciu powyżej znajduje się ich maska do włosów olive&avocado. Jest to maska nad maskami, jedna z niewielu, które stawia moje kłaki na nogi nawet jak prawie spalę sobie włosy.... :> (Nie pytajcie o szczegóły, mały wypadek przy domowym farbowaniu.... :>) Ja widzę różnicę w kondycji włosów już po 3 użyciach, aczkolwiek ostatnim razem konieczne było potrzymanie jej na moim blondyńskim łbie aż godzinę :> No w każdym razie ja polecam wypróbować. Jak mnie na moją głupotę pomogła, to i Wam musi pomóc, rady nie ma ;) Maseczka jest dość przyjemna w aplikacji i ma bardzo delikatny zapach. Nie zawiera też parabenów.

Dziś notka nieco pomieszana, kosmetykowo - dietowa, z naciskiem na dietowa. Nie wiem jak Wy, ale Linusiątko to ma niestety taką przywarę, że jak ma dołek to zaczyna wcinać masowo jak małe prosiątko i to zazwyczaj wiele rzeczy, które mu wpadnie w łapki. Zwłaszcza rzeczy, które nie powinny być uważane za zjadliwe :> Na efekty takiego stanu co prawda nie musiało zbyt długo czekać, ale na łocy przejrzało dopiero jak próbowało udokumentować fotograficznie podróż przez kilka Stanów z Kalifornii do Midwest. Ło matko, to naprawdę JA? No więc - dieta. Tym razem nieco bardziej zaplanowana niż poprzednim razem. W ruch poszły znów moje ukochane książki z serii Flat Belly Diet (o których wspominałam w tej notce - KLIK!) i jeszcze raz stwierdzam to samo - ta dieta jest absolutnie cudowna, rewelacyjna i w ogóle niezastąpiona. Przede wszystkim - działa i to dobrze działa, jest zdrowa, jest sensowna i można ją stosować całe życie, bo jest po prostu zdrowszym sposobem odżywiania się. Ponieważ zwróciłam uwagę na to, że sporo z Was interesuje się dietami i sposobem na zdrowe odżywianie, chciałabym przytoczyć Wam kilka uwag, które mi się nazbierały po naprawdę milionie wypróbowanych diet (teraz myślę, że wiele razy moja potrzeba pójścia na dietę była kompletnie wyssana z palca jakąś bzdurną wymarzoną wagą :>)

Rady dotyczące sensownej  i skutecznej diety wg Linusiaczka:

a)  dieta musi być nie tylko urozmaicona, ale i różnorodna. Przez różnorodność rozumiem nie tylko dietę zbilansowaną, ale też eksperymentowanie z różnymi kuchniami świata (u mnie sprawdziło się świetnie). O dziwo, ja po kilku tygodniach na takiej diecie nie czuję tęsknoty za śmieciowym czy nawet wysokokalorycznym jedzeniem. Osobom szukającym interesujących książek kucharskich polecam skierować swoje oczy na zagraniczne strony typu ebay.com czy amazon.com. Szczególnie polecam to wegetarianom i weganom - wybór wegetariańskich ksiązek kucharskich w Polsce jest, jak dla mnie, po prostu zatrważający. Natomiast amazon aż roi się od ciekawych książek kucharskich tego typu.

Moje ostatnie odkrycia kulinarne (ogólne, niewegetariańskie) to:



Zawiera 500 przepisów dietetycznych, które są pyszne i po prostu trudno uwierzyć, że niskokaloryczne. Wśród nich przepisy na wypieki (np. jagodowo cytrynowe muffiny!), kanapki, zupy, sałatki, przystawki, dania bezmięsne i mięsne.

Oraz:

Zbiór przepisów z całego świata.


Do znalezienia przepisy afrykańskie, chińskie, japońskie, indonezyjskie, tajskie, hinduskie, bliskowschodnie, marokańskie, włoskie, hiszpańskie, francuskie, północnoamerykańskie, karaibskie, meksykańskie i kreolskie. Ślinka cieknie, co? :)

Obecnie leci do mnie wietnamska książka kucharska - potrawy wietnamskie to moje ostatnie odkrycie dzięki cudowniej (i taniej) knajpce w LA. Powinna być już jutro - normalnie zacieram łapki!

Czemu tak naciskam na różnorodność? Żeby dieta kojarzyła się z nowyki smakami, żeby do posiłków dietetycznych podchodzić z wypiekami na twarzy, a nie ciągle się katować myślą: jestem na diecie, jestem na diecie, tego mi nie wolno, tego nie mogę... Wierzcie mi, przechodziłam przez różne fazy: nawet gotowałam specjalnie niesmaczne jedzenie, żeby nie chcieć zjeść za dużo :> Tfu tfu! Do dziś mnie też ciarki przechodzą na myśl o zupie kapuścianej :o Ale tak serio serio - to to nie działa, po prostu nie działa. Dieta, jak durnie by to nie brzmiało, musi sprawiać przyjemność.

b) Ruch. Z tym ruchem to jest tak, że.... ruch jest ważny, temu zaprzeczyć się nie da. Ruch jest zdrowy. Ale ruch musi być przyjemnością i musi być naturalnym dodatkiem. Sprzeciwiam się zapisywaniu się na 10 treningów z róznych dziedzin jeśli nie jest to wasz typowy styl życia. Na diecie ruchu powinno być więcej, ale być tak rozplanowany, żeby można było kontynuować ćwiczenia bez nerwów i bez zbytniego obciążenia nawet i po skończonej diecie, czyli nawet jak spędzamy 10h w robocie czy w środku sesji. Dlatego też jak dla mnie półgodzinny rześki spacer (marszowym tempem) plus 10 min ćwiczeń z ciężarkami co 2 dzień (nie ja to wymyśliłam, to zalecenia Flat Belly Diet) brzmią jak plan możliwy do zrealizowania nawet jak nie będę miała prawie w ogóle czasu czy nawet (tfu tfu) ochoty.

c) Kalorie. Babki, nie głodzić się! Nie wierzyć w bzdury, że na diecie trzeba być głodnym, nie jeść nic słodkiego i wyeliminować całkowicie pewne rzeczy, to może prowadzić do zaburzeń. Zbyt małą ilością kalorii bardzo łatwo rozwalić sobie system trawienny (ta dam, zgadnijcie na czyich błędach Linus się tego nauczył? :> Prawie 2 lata zajęlo mi przywrócenie się do normalności, przez jakiś czas tyłam na naprawdę minimalnych porcjach jedzenia.) Nie róbcie tego sobie. Szczerze mówiąc, nie uważam, żeby można było zejść poniżej 1500 kcal i cieszyć się łatwością diety. (Oczywiście te uwagi nie tyczą się osób na diecie wegańskiej, szczególnie witariańskiej, ale te osoby to akurat rzadko szukają porad dotyczących zbędnych kalorii ;)

d) 4-5 posiłków dziennie - jak najbardziej ma sens. Nie doprowadzić się do napadów wilczego głodu.

e) Nie  iść na miasto ani do sklepu na głodnego! To się nigdy nie kończy dobrze. W razie wątpliwości dobrze jest mieć przy sobie coś zdrowego do przegryzania - osobiście polecam garść orzechów. (Ale garść, a nie 2 paczki ;)

f) Flat Belly Diet zaleca używanie do każdego posiłku tłuszczy roślinnych. Takimi tłuszczami są orzechy, pestki, oliwa z oliwek (bądź np olej z pestek winogron czy orzechów włoskich), ćwiartka awocado albo oliwki. Takim tłuszczem jest też gorzka czekolada. Oczywiście wszystko z umiarem - ilość orzechów w posiłku powinna się wahać między 2, a 4 łyżkami, ilość zalecanego avocado to ćwiartka, ilość czekolady to pewnie ok. 50 g. Jednak to wystarczy, żeby można było poczuć różnicę w poziomie głodu. Podkreślam jednak, że należy od czasu do czasu zjeśc coś słodkiego - oczywiście własnej roboty albo np własnie kawałek gorzkiej czekolady, żeby wiedzieć ile kcal się naprawdę zjada - żeby nie patrzeć maślanymi oczami na każdą pokusę w sklepie.

g) Nie wiem dlaczego to u licha działa, ale działa! Polecam Wam układać posiłki, które nie tylko smakują, ale także wyglądają apetycznie, najlepiej złożone z intensywnych kolorów - zielonych części warzyw, czerwonych i pomarańczowych warzyw oraz owoców, żółci niektórych zbóż. Ja nie wiem CZEMU, ale coś w tym jest.

Flat Belly Diet ma jedną zasadniczą wadę, a dla Was nawet dwie. Po pierwsze, zaleca przygotowywanie posiłków 4 razy dziennie. Może to być trochę czasochłonne i czasami trudno jest je sensownie rozplanować. Po drugie, książka opiera się na składnikach bardzo powszechnych w Ameryce, nie tak jednak łatwych do dostania (ani tanich) w Europie. Tak czy siak, jest to jedyna naprawdę skuteczna i sensowna dieta, którą z ręką na sercu mogłabym polecić każdemu.

Thursday, June 14, 2012

Halo?

Pragnę oświadczyć, że żyje i... no powiedzmy, że mam się dobrze. Przechodzę taką sobie fazę na zwątpienie, potęgowane systematycznie złymi wieściami na froncie nietestowania na zwierzętach. Powiem Wam, że zniechęca mnie to do przełamania tego blogowego marazmu i powrotu do blogowego świata. Co zaglądam na wątek o nietestowanych firmach to pojawiają się nowe wątpliwości - najlepsze jest to, że z każdej strony! Firmy próbują mi wcisnąć, że pomimo iż sprzedają kosmetyki na rynku chińskim to są firmami nietestującymi bo tak i koniec, ludzie niekiedy próbują mi wcisnąć że jakaś tam firma jest na pewno ok i oni za to ręczą (tylko dowodów brak, na listach nie ma a i sama firma milczy jak zaklęta), inni próbują mi wmówić, że testy na zwierzętach nie istnieją i jest to wymysł kilku internetowych świrów, ale na pytania o wytłumaczenia oczywiście nie odpowiadają. A mi ręce opadają i już nie wiem co mam komu odpowiadać. Albo czy w ogóle odpowiadać - bo po co?

Najpierw Avon, Mary Kay i Estee Lauder, później marki podległe Estee jak MAC czy Smashbox, Oriflame, a teraz Urban Decay. Niełatwo skupiać się na markach nietestujących w obliczu takich strat  (no ale się staram oczywiście).

Poza całym tym bałaganem przechodzę osobiste trzęsienie ziemi, przeprowadziłam się kolejny raz - i kolejny raz do innego stanu. Jak sobie pomyślę, że w ciągu ostatnich 4 lat mieszkałam na 2 różnych kontynentach, w 3 różnych państwach i w 3 różnych strefach klimatycznych to robi mi się z deka słabo. No w każdym razie oświadczam, że żyję, nie porzuciłam wcale na dobre blogowania ani używania kosmetyków CF i że niebawem powrócę. Mam nadzieję, że z lepszym nastawieniem i mniej bolącą głową. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...