Monday, December 29, 2014

Zainteresowałam/łem się tematem produktów nietestowanych na zwierzętach. Tylko co dalej?


Czasami spotykam się z ludźmi, którzy co prawda chcieliby bardziej wgłębić się w temat używania kosmetyków nietestowanych na zwierzętach, ale nie wiedzą gdzie zacząć albo się boją. Niepotrzebnie. Przejście na kosmetyki nietestowane na zwierzętach nie jest jakąś super trudną życiową decyzją. Wydaje mi się, że w internecie i nie tylko rozpowszechniły się pewne mity dotyczące ludzi, którzy używają tylko kosmetyków nietestowanych na zwierzętach. Chciałabym tutaj wspomnieć o paru z nich:

Mit 1: Jeśli chcę używać kosmetyków niestowanych na zwierzętach, to muszę od razu przestać używać czegokolwiek czego używałam od lat, a na to to ja nie jestem przygotowana/y.

Prawda jest taka, że każdy ma różne potrzeby i inną osobowość. Niektórzy faktycznie czują, że powinni przestać używać jakichkolwiek kosmetyków bądź innych produktów testowanych na zwierzętach, łącznie z pozbyciem się z domu wszystkiego, co już zostało kupione i jest używane. ale kto powiedział, że każdy musi to zrobić? Dla niektórych pozbycie się kosmetyków to marnotrawstwo, dla innych potrzeba duszy. Każdy z nas jest inny i każdy potrzebuje podejść do tego tematu indywidualnie. Nikt nie mówi, że trzeba też od razu rezygnować z produktów, które używało się od lat. Może Ty akurat potrzebujesz czasu, żeby znaleźć swoje nietestowane perełki. Jeśli tak, daj sobie czas. Zacznij się po prostu rozglądać za alternatywami i firmami, których do tej pory nie wzięłaś pod uwagę.

Mit 2: Nie ma sensu, żebym przestał/a używać produkty testowane na zwierzętach jeśli i tak jem mięso.

Hmm, no nie wiem. Znam sporo niewegetarian, którzy używają tylko kosmetyków nietestowanych na zwierzętach i nie widzę w tym żadnego problemu. Oczywiście, znaczna część ludzi używanych kosmetyków cruelty - free jest wegetarianami i weganami, ale to nie znaczy, że każdy jest gotowy tak drastycznie zmienić swoje życie. Nie wiem czemu często nam się wydaje, że najlepsze jest podejście wszystko albo nic. To trochę tak jakby mówić, że bez sensu jest schudnąć 5 kilo skoro mamy do schudnięcia 15. A może 5 kilo akurat zmieni nasze podejście do samej/go siebie i te kolejne 10 już nie będzie miało znaczenia. A może jednak chcemy schudnąć całe 15, ale musimy zrobić to mniejszymi krokami. Gdzieś trzeba zacząć.

Mit 3: Szukanie marek nietestujących na zwierzętach zajmuje mnóstwo czasu.

Szukanie marek nietestujących na zwierzętach zajmuje tyle czasu, ile na to poświęcimy i ani minuty dłużej. To jest naprawdę takie proste. Wystarczy wejść na internet i znaleźć 4 firmy, które nie testują i po kłopocie. Oczywiście można też śledzić blogi, nowości kosmetyczne oraz wymieniać informacje ze znajomymi, ale nikt przecież nie zdecyduje za nas, ile czasu musimy na takie rzeczy poświęcić!

Mit 4: Używanie kosmetyków nietestowanych na zwierzętach jest bez sensu, jeśli używa się środków czystości, które są na zwierzętach testowane. 

Trochę rozumiem ten argument, ponieważ dość długo się z nim borykałam. Jest jednak fenomenalne rozwiązanie tego dylematu: prawie wszystkie środki czystości można zastąpić naturalnymi produktami czyszczącymi jak ocet, soda oczyszczona, cytryna, olej i inne takie. Google zawiera setki przepisów na niezawodne środki czystości. Niedawno natknęłam się na przepis jak zrobić pomarańczowy magiczny środek czyszczący do łazienek ze skórek pomarańczy, octu oraz wody. Dzięki takim rozwiązaniom można oszczędzić pieniądze, używać mniej chemikaliów i być bardziej przyjaznym środowisku.

Mit 5: Jeśli przejdę na kosmetyki i produkty nietestowane, to będę musiał/a wszystkim o tym mówić i ich przekabacić na moją stronę. Nikt mnie nie zrozumie. 

Przejście na kosmetyki nietestowane na zwierzętach nie oznacza nic poza przejściem na kosmetyki nietestowane na zwierzętach. Oznacza to głównie to, że w Twojej kosmetyczce będzie inna marka tuszu do rzęs, a na półce będzie stało inne mydło. I tyle, nic poza tym. To naprawdę nie jest jakaś drastyczna zmiana stylu życia. No przynajmniej dla nas nie jest, bo dla zwierzęcia być może... Ale chodzi o to, że jeśli nie chcesz z nikim na ten temat rozmawiać, to nie musisz. Ja rzadko na ten temat rozmawiam. Owszem, wspominam, że używam tylko takich czy takich kosmetyków i dlaczego, ale żadnych tyrad na ten temat nie prowadzę. Od tego mam bloga ;) I grupę wsparcia na Wizażu.



Przemyślenia? Coś jeszcze byście do tego dodali?


Saturday, December 27, 2014

Święta, blogowanie i wszechobecny nadmiar



No więc tak właśnie zdałam sobie sprawę, że nie było mnie na blogu od prawie roku. Niestety to nie jest tak, że tylko na nim nie pisałam, mnie naprawdę na tym blogu nie było. W związku z tym chciałabym przeprosić wszystkie osoby, które próbowały się ze mną bezskutecznie skontaktować. Embarrassed smiley face

Szczerze powiedziawszy, powodów mojego milczenia było kilka, ale jeden był w zasadzie najważniejszy: przestałam kupować w tym roku kosmetyki. Może nie tyle, że przestałam je w ogóle kupować., bo na przykład musiałam kupić nowy tusz do rzęs, ale przestałam kupować kosmetyki mi zupełnie zbędne. Pomimo, że w zasadzie niczego nie kupiłam przez cały rok, niczego mi nie brakowało. Mało tego, wielu rzeczy się pozbyłam, bo w dalszym ciągu miałam wrażenie, że wszystkiego mam za dużo! Ten nieumyślny roczny eksperyment dał mi nieźle do myślenia... 
Confused face

Przecież uważam się za osobę rozsądną, nierozrzutną i dbającą o planetę. Jeśli tak bardzo dbam o tę planetę, to dlaczego tyle kupuję? Nie wiem jak inni o tym myślą, ale dla mnie nadmierny konsumpcjonizm stoi w sprzeczności z ideą ekologicznego życia i minimalizowania naszego negatywnego efektu na środowisko.

Im więcej o tym myślałam, tym mniej rozumiałam z tego, jak do tej pory prowadziłam swoje życie. Co mną kierowało? I wtedy zdałam sobie sprawę, że śledzenie masy blogów urodowych oraz stron internetowych powoduje u mnie żądzę posiadania. Jest to żądza wstydliwa, gdyż dotyczy także przedmiotów, których nie lubię, nie używam i dla których istnienia nie widzę wytłumaczenia. Dla przykładu, śledzenie wielu bloggerek zakończyło się posiadaniem mocnych, kolorowych cieni, których osobiście nie używam i używać nie będę. Kolejnym negatywnym zjawiskiem było zakupienie wielu perfum 'z ciekawości' albo 'bo inni ich używają'.

Zmądrzałam, przestałam ślepo zaglądać na innych i stanęłam mocno na ziemi. Odmawiam brania udziału w kosmetycznej machinie kupowania. Odmawiam dawania sobie wmówić, że żeby być kobietą elegancką i wyrafinowaną, to potrzebuję używać perfum tego i tego domu mody. Nie dam sobie więcej wmówić, że moją wartość jako osoby powinnam mierzyć w ilości kosmetyków, którą posiadam i okularów przeciwsłonecznych za tysiąc złoty.

W dalaszym ciągu używam kosmetyków. Lubię kosmetyki, lubię ładne zapachy, czasami nawet lubię bezcelowy gadżet. Jednak wszystko ma swoje granice. Czym innym jest posiadanie rzeczy, które naprawdę chcemy i które sprawiają nam radość, czym innym kupowanie, bo inni coś pokazali na blogu. Nawet nie wiedziałam, że to robiłam, ale nie widzę innego wytłumaczenia dla masy kosmetyków w mojej łazience, których wiem, że nigdy nie użyję. Nie chcę sobie dać wciskać marketingowej papki. Chcę mieć w swoim otoczeniu rzeczy, które sprawiają, że czuję się lepiej i że mogę wyrazić nimi swoją osobowość, a nie błyskotliwość kolejnej kampanii marketingowej.

W ramach samorozwoju w tym roku zamiast wydać, jak co roku, masę pieniędzy na prezenty dla mnie oraz dla ludzi, którzy ich nie potrzebują i najprawdopodobniej nie docenią, wysłałam kilka paczek osobom potrzebującym. W sumie wysłałam około 3 paczki rodzinom, których na takie paczki nie stać. Zdecydowanie lepsze to niż kupowanie 5 butelki perfum, których i tak nie zdołam zużyć zanim się zupełnie przeterminują. 

Sunday, January 13, 2013

Bardzo problematyczne dłonie



Do napisania tej notki zabieram się już nie wiem od jak dawna, ale jakoś zebrać się nie mogłam. Po części dlatego, że będzie to jeden z dłuższych wpisów, po części dlatego, że będzie to wpis odrobinę bardziej osobisty. Dedykuję go osobom, które mają więcej problemów ze skórą na dłoniach niż przewiduje to zwykły krem czy nawet treściwy balsam do rąk. 

Moje ręce są pokiereszowane, bolęce, suche i generalnie alergiczne, choć według mojej najlepszej wiedzy nie mam na nic alergii  Mój problem zdaje się mieć podłoże genetyczne, ponieważ jeszcze jedna osoba z mojej rodziny miała coś podobnego na rękach ok. 20 lat - pewnego dnia przyszło, po 20 latach po prostu zniknęło, nikt nie wie skąd i dlaczego.

Problem zaczął się ok. 5 lat temu, drobną zmianą na kciuku. Przez rok pobytu za granicą oszczędzałam na praniu (oszczędzałam na czym mogłam, ale akurat to było chyba moim najgłupszym pomysłem - w wielu krajach UE pralki w akademikach działają na monety - wrzucasz 1 Euro i robisz pranie, jeśli chcesz użyć suszarki, wrzucasz kolejną monetę do suszarki i wyciągasz ciepłe, pachnące, niepogniecione ubrania). Jako biedna ówczas studentka z Polski, powzięłam solenne postanowienie prania większości ubrań ręcznie i postanowienia tego dotrzymałam przez ponad rok. Po ok. roku jednak na mojej ręce pojawiła się zmiana - bolesne pęknięcie na kciuku.

Oczywiście moją reakcją było zaprzestania prania ręcznego, a jeśli już prałam - to w gumowych rękawicach. Cierpliwie czekałam, aż problem zniknie. Czekałam miesiąc, dwa, pół roku, ranka zasklepiała się, po czym znów się otwierała. Odrobinę zdesperowana wybrałam się wreszcie do dermatologa. Dermatolog obejrzał, pokiwał głową, zawyrokował: tak, wyprysk kontaktowy (czyli po prostu reakcja alergiczna na substancję), potwierdził, że pranie ręczne jak najbardziej wpisuje się w schemat, przepisał maści. Pełna nadziei zastosowałam się do zaleceń i czekałam, co nastąpi. Oczywiście ból na jakiś czas ustąpił, ranka zasklepiła się, miałam nadzieję, że wreszcie jestem na dobrej drodze. Do czasu. Po ok. tygodniu, może dwóch, okazało się, że ranka owszem, goi się, zamyka, wygląda lepiej i nie jest aż tak wrażliwa na dotyk, ale tak naprawdę to nigdzie nie znika. Wróciłam do robienia niemal wszystkiego w rękawiczkach bądź choćby plastrze. Na jakiś czas przestałam w ogóle za zgodą członków rodziny podczas wakacyjnej przerwy nawet zmywać i cokolwiek robić.
Scenariusz się powtórzył: zagojenie, otworzenie ranki. Czyli byłam w punkcie wyjścia.

W międzyczasie postanowiłam wybrać się do innego dermatologa. Pani obejrzała palec (nota bene akurat nieźle wyglądający), potwierdziła poprzednią diagnozę, zapisała inne maści i specyfiki, poleciła także nakładać na palec ciekłą witaminę A, zwłaszcza kiedy ranka pęka (do dostania w aptekach). Oczywiście do rad się zastosowałam, ranka się znów zagoiła, wit. A pomagała mi przy leczeniu pęknięcia, jednak problem pozostał i tak naprawdę nigdy nie znikał na długo.

W tym czasie byłam już po wypróbowaniu masy specyfików, kremów do rąk, maści ochronnych, kremow aptecznych, witamin i ochrony mechanicznej (rękawice gumowe do sprzątania, rękawiczki materiałowe po domu, plastry itp). Próbowałam też zmian diety i wykluczenia innych rzeczy alergogennych, mieszkania w różnych klimatach i unikania stresu (dziwna sprawa, stres wydaje się pogłębiać ranę i spowalniać proces gojenia)

Wyjechałam do Stanów. Kolejne osoby oglądały moją rękę i kolejne próbowały pomóc. Ogółem obejrzało mnie 3 czy 4 dermatologów, 3 lekarzy diabetologów (na wypadek gdyby miało to związek z cukrzycą), endokrynolodzy (podobnie) i co najmniej 4 różne pielęgniarki. Ranki zaczęły pojawiać się na drugim kciuku, obecnie także na 2 innych palcach. Trochę wstydzę się pokazać jak wyglądają moje ręce (nie jest to piękny widok), ale robię to dla osób które, być może, mają podobny problem i nie wiedzą jak z tym walczyć (albo miały podobny problem i wiedzą co jeszcze mogę zrobić). Oto mój kciuk po około 2 latach, w środku lata (czyli nie zimy, typowego okresu na problemy z suchą skórą):




Jeśli ktokolwiek z was miał coś podobnego na ręce albo ciele i znalazł coś, bo mu definitywnie raz na zawsze pomogło, to apeluję: dajcie znać.


Od siebie mogę tylko polecić kilka rzeczy, które pomagają mi w codziennym funkcjonowaniu, w tym:

a) Używanie zawsze rękawiczek, nieważne czy podczas zmywania naczyń, prania, sprzątania czy czyszczenia podłogi. U mnie doszło do tego, że nawet pisanie bez plastra jest dość bolesne, ostatnio zaczęłam myć włosy w rękawiczce

b) Używanie hipoalergicznego mydła albo mydła szarego (od siebie mogę polecić Białego Wielbłąda, ostatecznie Białego Jelenia, choć ten ostatni robiony jest z tłuszczu zwierzęcego). Wiele sklepów ma też w ofercie mydła glicerynowe, które są delikatniejsze od wielu mydeł drogeryjnych. Kajtki czy inne mydła typu Bambino mi nigdy w życiu nie pomogły, o żadnych mydłach Fa, Arko czy innych Dove'ach (nota bene testowanych na zwierzętach) już nawet nie wspominam. 

c) Ta porada zabrzmi strasznie, ale... ograniczenie mycia rąk do absolutnego minimum.

d) Nieużywanie do mycia rąk wybitnie gorącej wody.

e) Nigdy, ale to przenigdy, niezapominanie rękawiczek w zimie.

f) Na dłonie suche i popękane pronuję używać wybitnie treściwych balsamów, zwłaszcza w nocy. Z moich obecnych hitów polecić mogę:

- nałożenie na ręce olejku, wmasowanie i nałożenie pielęgnującego kremu do rąk zaraz po (osobisty faworyt: olejek Watkins o zapachu grejpfruta plus hawajski krem do rąk Alby Botanici)

- używanie treściwych maseł do ciała zamiast zwykłych kremów, jeśli pozwala nam na to tryb życia (np. nie podczas pracy przy komputerze). Z treściwych maseł moimi ulubionym są obecnie głównie kosmetyki amerykańskie, za co z góry przepraszam.


Masło Plum Island nie tylko składa się z zaledwie 5 składników, ale także jest jednym z najbardziej treściwych kosmetyków, jakie dane mi było używać.

- Czyste masło Shea bądź jojoba (do dostania np. w Biochemii Urody), najlepiej z dodatkiem olejku różanego (jak dla mnie jeden z najodpowiedniejszych olejków do pielęgnacji suchej skóry). Nie wiem jak to jest w Polsce, ale z Stanach łatwo dostać również inne masła, jak np. masło kakaowe, masło z awokado, lanolinowe, masło z mango, masło z pestek dyni i dziesiątki mieszanek maseł (rumiankowa, jagodowa, sojowa, lanolinowa, granatowa, monoi itp itd.) Osoby zainteresowane odsyłam do stron oferujących półprodukty do wyrobów własnych kosmetyków.

- W Stanach ciekawe ręcznie robione mieszanki maseł, wosku pszczelego i olejków eterycznych można dostać np. na Etsy.com. i, o ile dobrze pamiętam, na Artfire.com.

g) Od kremów do rąk wolę maści. Z własnego doświadczenia z maści tego typu polecić mogę maść Badger Balm (dla mnie niestety zapach był średnio przyjemny, zbyt eukaliptusowy. Niestety nie dysponuję zdjęciem preparatu, ponieważ zostawiłam go w Kalifornii) oraz maść The Body Shop (tak wiem, normalnie nie kupuję produktów TBS, ale desperackie czasy potrzebują niekiedy desperackich rozwiązań).


h) Niezależnie od tego, co napisałam powyżej, stosowanie choćby najzwyklejszego kremu do rąk po każdym myciu rąk jest niezbędne. Jednymi z moich ulubieńców są, często wspomniany przeze mnie krem ShiKai (KLIK) i mój nowy krem z Alby Botanici (wersja hawajska, będę musiała pstryknąć mu zdjęcie). Bardzo dobrze wspominam też krem propolisowy z Forever Living Products, ale środek ten był pieruńsko drogi. Z polskich kremów całkiem pozytywnie zaskoczyła mnie czekoladowa Farmona, czego niestety nie mogę powiedzieć o licznych wypróbowanych przeze mnie kremach Evy Natury, Ziaji, Czterech Pór Roku czy Eveline - były dla mnie po prostu zbyt mało treściwe i pielęgnujące (choć nie przeczę, że wiele z nich było przyjemnych w użyciu i ładnie się wchłaniało, ale nic poza tym).

i) Bardzo dobrym pomysłem, nawet dla osób nie mających aż tak wielkich problemów ze skórą, jest nałożenie na noc grubej warsty treściwej maści bądź wazeliny i włożenie na noc cienkich bawełnianych rękawiczek.

No nic, na dziś tyle ode mnie. Dobrej nocy wszystkim życzę (acz u was to chyba prawie dzień już ;).






Wednesday, January 2, 2013

Rok 2012 w kosmetycznej pigułce

Choć, jak już przyznałam się poprzednio, ten rok nie był zbyt ciekawy pod względem kosmetycznym (dzięki niech będą Rozsądkowi, przestałam na potęgę gromadzić te swoje nieużywane skarby), nie oznacza to, że był kompletnie wymarły.  Kilka spostrzeżeń w tym roku poczyniłam i mam nadzieję, że na coś się Wam mogą przydać.

1. Niekwestionowanym zwycięzcą w kategorii "kosmetyk roku" był olejek. A w zasadzie olejek jako postać kosmetyku, bo używałam je pod każdą możliwą postacią - własnoręczne mieszanki, olejek migdałowy z olejkami eterycznymi, olejki eteryczne w ramach aromaterapii, olejki do włosów, do ciała, do paznokci i rzęs (rycynowy!), do kąpieli. Zaczęło się od olejku migdałowego z grejpfrutowym i pomarańczowym, potem dokupiłam olejki kolejne i kolejne, poprzez eteryczne, Amlę, Watkinsa i olejki do włosów. O olejkach będzie więcej w kolejnych notkach, tu muszę jednak przyznać, że olejki ze spryskiwaczem spisują się u mnie lepiej niż takie położone na włosy czy ciało palcami i że są to tanie i wszechstronne kosmetyki (przecież można używać kokosowego albo zwykłej oliwy z oliwek - też działa).

2. Odkryciem roku była, odkryta przeze mnie zresztą przypadkiem, mikstura: najpierw psiknąć zdrowo olejekiem na dłonie, następnie użyć dobrego kremu. Ja używałam kombinacji olejek Watkinsa i krem do rąk Alba Botanica. Efekt był bombastyczny na rękach.

3. Odkryciem roku w kwestii firmy były kosmetyki kolorowe firmy Koress. Choć było to odkrycie czwartego kwartału, jest to zdecydowany przodownik. Kupione przeze mnie masła do ust, trwała pomadka i tusz do rzęs były zdecydowanym zaskoczeniem.

4. Największa zmiana: zaczęłam używać bronzera. Kosmetyk roku w tej kategorii: bronzer Too Faced.

5. Kosmetyk roku w kwestii pielęgnacji to olejek z pestek owoców róży. Zdecydowany faworyt pielęgnacji cery.

6. Bubel roku to, na tym samym miejscu, płym micelarny Ziaji z serii Sopot Spa. a którym pisałam TU oraz odżywka do włosów Hugo Naturals, o której pisałam dawno temu i od 2 lat jej zmęczyć nie mogę.

7. Najczęściej używane kosmetyki kolorowe w tym roku to Naked Urban Decay (ach ten Urban, co się sprzedał L'Orealowi....) i paleta Stili Dream in Full. Tak jak Naked leżał przez prawie rok nieużywany, tak nagle odkryłam jego urok i używałam w zasadzie dzień po dniu.


To tyle w telegraficznym skrócie :) Oczywiście do opisywania mam więcej, ale tak mniej więcej w mojej głowie wyglądał mój kosmetyczny rok 2012 :)

Przemyślenia, prezenty, podsumowania, postanowienia, porady



Tak dawno nie pisałam tu na blogu, że w zasadzie to jakoś mi dziwnie zaczynać.  Ale brakowało mi bloga i brakowało mi miejsca na moje wynurzenia po polsku.  Od razu lojalnie uprzedzam, że ten post będzie tylko marginalnie o kosmetykach, głównie będzie prywata i przemyślenia.  Od razu również mówię, że post będzie chaotyczny, długi i nudny jak flaki z olejem  Notka kosmetyczna powinna nastąpić zaraz po poście o bla bla bla ;)

No więc Święta minęły i choć w tym roku były one z dala od domu, to jak dla mnie były wyjątkowo magiczne.  W zasadzie świętowałam przez miesiąc z choinką, gotowaniem polskich potraw, kupowaniem prezentów (już od października :D), świąteczną muzyką w tle. 

To był bardzo... nudny i niesamowicie ciekawy zarazem rok.  Kosmetycznie to w zasadzie nic się w nim nie działo, choć oczywiście nie obyło się bez pewnych dodatków do istniejącej już kolekcji kosmetyków pod koniec roku (przykład poniżej). 


Ale prawda jest taka, że w tym roku zakupy kosmetyczne ustąpiły miejsca zakupom "stylowym", że tak to zgrabnie ujmę, czyli szeroko pojętemu pojęciu własnego stylu - ubrania, buty, biżuteria, apaszki, torebki itd.  Dobijam już powoli do trzydziestki i zauważyłam, że czas na zmiany.  Przeglądając sporo stron w internecie odnośnie stylu i szyku (ostatnio miałam chwilę i naszło mnie też parę refleksji), natrafiłam na masę pustych haseł oraz na jedno zdanie, które mi coś uzmysłowiło - że nasza garderoba nie tylko powinna odzwierciedlać kim jesteśmy, że powinniśmy się w niej czuć dobrze i dobrze wyglądać, że powinna być zadbana, niepoplamiona i wyprasowana kiedy trzeba, ale, a może głównie - powinniśmy się zastanowić jaką wiadamość swoim wyglądem wysyłamy innym.  Jak chcemy być przez innych postrzegani.  Chcemy być postrzegani głównie jako osoba atrakcyjna? Jako osoba modna? Zadbana? Poukładana, elegancka, kobieca, stylowa? Niedbająca o takie drobnostki jak moda? Wiedząca jak dobrać strój do okazji? Itd., itp.

Druga rzecz to taka, że zadecydowałam w tym roku marnować mniej czasu w necie, a więcej poświęcać na samorozwój, przez co mam na myśli głównie książki i naukę kolejnych języków obcych. Ja wiem, że wszyscy mają generalnie takie pomysły raz na jakiś czas i nie zawsze tak to wychodzi, jak się planuje, zresztą sama postanowiłam nie stawiać sobie poprzeczki zbyt wysoko, ale pozbywać się głupich nawyków. Zaczynam od czytania lekkiej literatury, potem zamierzam powrócić do czytania literatury pięknej  (Steinbeck, Vonnegut, Dickens, Marquez, Saramago, Hasek, Dostojewski, Tołstoj - wszyscy "oni" leżą na półkach i się kurzą jak ja szwędam się po stronach internetowych, często nie mających nic do zaoferowania poza ładnymi zdjęciami, na które zawzięcie klikam). Wywaliłam kilka blogów z ulubionych ponieważ, przy bliższym oglądnięciu, nie były one wcale ulubione, tylko przypięte tam "na później", ażeby kiedyś tam na nie zajrzeć, z bóg-wie-jakiego powodu. Postanowienie to nie obejmuje jednak blogów, które faktycznie lubię i na które zaglądam, bo przecież nie chodzi o to, by odmawiać sobie każdej odrobiny przyjemności z blogowania, tylko o bezsensowne tracenie czasu.


W ciągu ostatnich tygodni zainteresowałam się też, ponownie, tematem minimalizmu. Jedno jest pewne - minimalistką z prawdziwego zdarzenia to ja nie jestem, dorobiona do trendu filozofia mi nie pasuje (w kilku książkach przeczytałam, że minimalizm to antykonsumpcyjna rewolucja, to cywilne nieposłuszństwo itd., itp. Ok, każdy może uważać co chce, ale nie dopisujmy wielkich słów do prostych koncepcji, bo to spłyca koncept i sprawia, że temat wieje groteską), ale... jest w tym trochę racji. W tym szaleństwie jest metoda, moi Drodzy, w naszym pokoleniu coraz więcej szans na bezsensowne kupowanie - markowe ciuchy, 50-te torebki, 20-sta para butów, niepraktyczna wszak, ale taaaaka cudna. Mnie to grozi ciągle, każdego dnia i z każdego kąta, bo zauważyłam w tym roku, po podjęciu pracy, że kupuję najzwyczajniej w świecie - bo mogę. Bo mnie stać, bo ciuchy są tanie w Stanach, bo to tak fajnie stale mieć coś nowego. Kupiłam parę miesięcy temu sukienkę Maggy London. Cudo, po prostu cudo, marzenie mojej kobiecej duszy, a do tego oczywiście w outlecie, więc w cudownie sensownej cenie. Nie miałam jej ani razu na sobie, bo kiecka na wyjścia do sklepu nadaje się tak średnio, wyglądałabym jakbym właśnie wyszła z imprezy, teatru albo ważnego rodzinnego spotkania, a ja od jakiegoś czasu (od czasu liceum pewnie) nie lubię chodzić ubrana po ulicy jak ubrana na imprezę. Czy ja uwielbiam tę kieckę? Absolutnie; co gorsza, co jakiś czas wyjmuję ją z szafy, żeby sobie na nią popatrzeć.  Czy to był taki mądry zakup? No nie wiem, tym bardziej, że kilka tygodni później znalazłam inną, bardzo podobną sukienkę Maggy London w tym samym outlecie i oczywiście ją też pokochałam i wróciłam z nią do domu... Teraz mogę sobie je obie wyciągać i podziwiać.
Wniosek z tego jeden: jako osoba nielubiąca przesadnego marnotrastwa, zwłaszcza zasobów oraz osoba uważająca się za w miarę rozsądną, muszę poćwiczyć nad umiejętnością rozróżnienia co mi jest a) potrzebne, b) przydatne, c) użyteczne, (czyli będzie używane a nie tylko przywleczone triumfalnie do domu jako trybut mojej próżności), d) sensownej jakości, a nie kupione bo tanie - zazwyczaj dostajesz to, za co płacisz). W opanowywaniu manii posiadania "tochcenia" - to chcę, to chcę!- nie pomagają mi też blogi czy strony z opisami produktów i kuszącymi zdjęciami.

No i na koniec - moja metodologia. (Pomysł nie jest mój, wyczytałam go w jakimś ebooku na Amazonie, ale zdecydowanie zabrzmiał sensownie). Zmiany będę wprowadzać powoli i bez stresu, bez stawiania sobie poprzeczek niemożliwych do osiągnięcia. Może jedna zmiana na miesiąc, może na kilka tygodni.

To tyle ode mnie wynurzeń niekosmetycznych. Tym, co wytrwali - życzę miłego wieczoru i gratuluję, a jeśli zostałam sama na placu boju, to samej sobie życzę miłego wieczoru :D
 

Monday, October 8, 2012

Mania olejowania

Na początek to ja się Wam muszę porządnie wyżalić, aka wyjojczeć.  Mam nadzieję, że się nie narażę niektórym z Was, ale jakoś tak czuję, że chcę zabrać głos w debacie pt. moda.

Im więcej siedzę w temacie, tym bardziej czuję, że zaczynam mody, jako zjawiska społecznego, nie cierpieć.  Określenie fashionistka doprowadza mnie do śmiechu - a cóż to za cudak? Określenie charakteru? Negatywne czy pozytywne? Toż to rzeczownik, proszę was, - to jak jest? Jestem Polką, jestem emigrantką, jestem fashionistką?  Chodząc po różnych blogach też nie zawsze wiem jak mam się ustosunkować do panującego w blogosferze/necie pojęcie mody.  Pal to licho jak chodzi o zabawę ubraniami i kombinowanie stroju, ale jak słyszę, że coś jest wiocha/tandeta/kicz, to mnie trzepie.  Najgorsze jest jednak określenie "moda jak z bazaru".  Powiem szczerze, że śmiać mi się chce, bo od kiedy zarabiam w USA to stać mnie na modne marki typu Ralph Lauren, Tommy Hilfiger, Guess, Pierre Cardin, Anne Klein, Calvin Klein, Donna Karan, Maggy London czy inne, nawet droższe,  i równie dobrze mogłabym określić te wszystkie krzyczące jak to w Polsce panuje moda bazarowa tym samym hasłem - ubrania jak z bazaru, jeśli się je porówna do kosztownych ciuchów z butiku.  Ktoś ma zabawę z ciuchami - fajnie, ale żeby robić z tego kwestię życia lub śmierci, pochodzenia ( "a bo to takie wiejskie"), statusu społecznego ("zajeżdża taniochą i tandetą") to już chyba lekkie przegięcie.  Pomijam fakt jak widzę takie babeczki co to wszystkich zjeżdżają, a same nie widzą, że coś im nie pasuje, ale jest modne - to trzeba nosić!, to wywracam oczami.  Nie każdemu pasują rurki i nie każdy dobrze wygląda w botkach, color (pisownia amerykańska, celowo nie piszę colour) blocking czasami wygląda ok, ale w niektórych sytuacjach nie pasuje. Itd itp.  Trochę dystansu do siebie, świecie modowy!  Posiadanie własnego stylu, wyrażanie własnego charakteru w sposobie ubierania - nie ma w tym nic złego, niech Wam wyjdzie na zdrowie.  Ale wywyższanie się nad innymi, bo ktoś jest modny - jaka to zasługa i jaka to cnota, to "fashionistkowanie"?

No dobra, wygadałam się ;) Teraz pora na na tematy kosmetyczne, bo dawno już o tym nic nie było.  Dziś o mojej (nie znów tak) nowej miłości do olejków.  Jak zapewne wiecie, na blogach kosmetycznych wszelakiej maści od dawna głośno o olejkach przeróżnych firm, o różnym bukiecie zapachów, składów i przeznaczeniu.  Kto śledzi mnie od czasu, kiedy blog był bardziej żywotny ;), ten wie, że Linus i balsamy/masła do ciała nie pałają do siebie zbyt ciepłymi uczuciami i w linusowym sercu zdecydowanie znajduje się miejsce na jakiś inny specyfik do pielęgnacji skóry.  A że kosmetykami wielofunkcyjnymi, skórno-włosowymi, wzgardzić się nie da... Stąd uwaga linusowa skierowana została na oleje.

Temat nie jest mi całkowicie nowy.  W swojej kolekcji posiadałam już olej kokosowy (2 różnych firm) , migdałowy (także 2 różnych), rycynowy i olej z pestek malin ( skombinowane z przeróżnymi olejkami eterycznymi, a także zmieszane same z sobą).  W moje łapki wpadła też jaśminowa Amla, której zapach na włosach oczarował mnie na wiele ładnych tygodni.  Niestety, pomimo długiego używania, bardzo ciężko mi wyrobić sobie zdanie na temat różnych olei, wybrać faworytów i jednoznacznie ocenić: to pomaga, a to nie.  Ponieważ nie obdarzyłam żadnego z olei płomiennymi uczuciami, postanowiłam, że... no cóż, że warto może uzbroić się w kilka innych olejków, a nuż któryś z nich okaże się ideałem?  Oczywiście, jak to Linus, wpadłam w szpony promocji i wyprzedaży, w związku z czym za połowę ceny zakupiłam kilka różnych rodzai olejków.  Na początku chodziło mi przede wszystkim o włosy - przez jakiś czyas zdecydowanie za mało o nie dbałam i wiedziałam, że pora intensywnie zabrać się za maski, odżywki i olejowanie.  Z myślą o włosach najpierw "popełniłam" zakupy włosowe podczas mojej wizyty w TJ Maxxie. 


Serum do włosów oparte na olejkach?  Muszę powiedzieć, że wyglądało zachęcająco.  Chwilowo mam dość bawienia się w mieszanie olei i czytanie co dobre dla jakiego typu włosów - po prostu nie starcza mi na to czasu.  Wiem wiem, pewnie wyszłabym na tym lepiej i miałabym bardziej naturalny skład... No ale znając mnie, to i tak nie potrafiłabym użyć specyfików w przepisanym czasie, więc trochę konserwantów to akurat mnie się pewno przyda... 

Skład możecie przeczytać sobie na zdjęciu poniżej.  Po lewej stronie znak króliczka i zapewnienie, że firma nie testuje na zwierzętach ( tak wiem, lista to to nie jest... ale zawsze to większa szansa, że faktycznie są, jak się deklarują, cf). 


Kolejnym olejkiem, na który napadłam w sklepie, był olejek do włosów w sprayu.  Doszłam do wnioksu, że to po prostu najlepsze, najwygodniejsze wyjście, przynajmniej na razie, jak dbać o moje włosy mogę w zasadzie tylko w biegu.  Pierwszym produktem tego typu był ten oto specyfik:




Podobał mi się pomysł mgiełki do włosów, gdyż dał mi nadzieję, że być może, dzięki odpowiedniej końcówce, nie przeciążę sobie włosów olejami (ileż to razy napaćkałam się tak, że nawet szampon nie mógł sobie poradzić z tym... Wciąż mam nadzieję, że to jest dobre rozwiązanie dla osób jak ja, olejujące "od serca").

Także możecie przybliżyć sobie skład (bo całoście to niestety nie widać :/) :


Ale, ale, tu moja przygoda się oczywiście nie kończy, ponieważ jak Linus wpadnie w manię testowania, to już wpadnie... Któregoś dnia wybrałam się na zakupy do supermarketu i wpadłam na 50% wyprzedaż produktów firmy J.R. Watkins.  Olejki Watkinsa chciałam wypróbować już jakiś czas temu, ale jakoś ciągle było coś - a to wydawały mi się za drogie, a to miałam inne rzeczy do kupienia na liście, a to mąż kręcił nosem (olej do ciała? Będziemy mieli steki z Linusa czy jak?? :D) i inne takie. Oto co udało mi się upolować:


Cytrynowy olejek do ciała i kąpieli. 

Skład: grapeseed oil, macadamia ternifolia seed oil, apricot kernel oil, avocado oil, lemon peel oil, safflower seed oil, aloe barbadensis leaf extract, tocopheryl acetate. 

Brzmi interesująco i pachnie zabójczo.

Kolejne 2 olejki są wynikiem mojego niezdecydowania odnośnie zapachu.  Po przyniesieniu do domu myślę, że moim ulubieńcem został grapefruit, ale olej kokosowy i miód także nie brzmi strasznie ;) Oba to olejki do ciała w sprayu, a oto ich skład: 

apricot kernel oil, isopropyl myristate, 100% natural fragrance, tacopherol



A tu jeszcze cała Watkinsowa rodzinka:



Czekam na opowieści o waszych doświadczeniach z olejkami, zwłaszcza próbami z nowymi firmami.  Wiem, że na rynku jest obecnie masa olei oraz mieszanek olei i, jak dotąd, nie spotkałam się z jednoznacznie negatywnymi opiniami na temat jakichkolwiek z nich.  Niektóre działają słabiej, inne macniej, niektóre pięknie pachną, inne po prostu śmierdzą... ale jednak nikt nie mówi, że ich działanie to kompletna bzdura.  Domyślam się jednak, że na konkretne efekty to jednak trzeba trochę poczekać, szczególnie na włosach - no a mi, niestety, często brak cierpliwości.  Pomagają mi zapachy, za którymi przapadam - mam nadzieję, że będzie tak i w tym wypadku. 

Monday, September 17, 2012

Andalou Naturals, plotki plus Wendy

Ten ciągły, nieopuszczający mnie brak czasu. Oczywiście z zamiarem napisania nowej notki noszę się od dawna, ale ciągle coś staje mi na drodze. Brak chwili wytchnienia, obowiązki domowe, próba wetknięcia 4 przygotowanych domowych posiłków, ale też brak odpowiedniego światła do zdjęć albo coś, co nagle wyskakuje i musi być załatwione już, teraz, natychmiast.

Więc tak ogólnie to u mnie nastąpiła w ostatnim czasie masa zmian. Już nie mieszkam w wielkim Los Angles, miejscu gdzie można dostać wszystko o każdek porze dnia i nocy i z każdego zakątka świata. Powiem Wam jednak, że pokochałam Dakotę Południową, gdzie obecnie rezyduję. Czuję, że jest znacznie bliżej domu - nawet w powietrzu wyczuwam znajomy zapach lasów iglastych. Poza tym mówcie sobie co chcecie, ale tęskniłam za porami roku. Jesień, jakże się cieszę, że znów będę mogła podziwiać zmieniające kolory liście w jesiennym płaszczyk!

Kolejna nowość to taka, że nie jestem już osobą bezrobotną. Wprost przeciwnie - chwilowo mam dwie prace, ale o tym nie chce mi się  nawet myśleć, co dopiero pisać. Jednak ma to określony wpływ na mój tryb życia, w tym także na mój system i styl zakupów. Po pierwsze, nie mam szybkiego i łatwego dostępu do każdej firmy i nowości kosmetycznej, jaka mi się zamarzy. Problemem jest znalezienie wielu moich ulubionych marek cf. Często też nie mam czasu na szukanie godzinami po necie polityki każdej konkretnej firmy, która twierdzi, że jest cruelty - free, co często ma taki efekt, że muszę pójść na kompromis sama z sobą i kupować niektóre kosmetyki wedle zasady - nie należy do wielkiego koncernu, jest firmą promującą się jako nietestująca na zwierzętach i naturalną, miejmy nadzieję, że naprawdę jest.

Głównym miejscem, w którym obecnie zaopatruję się w moje kosmetyki, jest obecnie lokalny TJ Maxx. Właśnie tak odkryłam też firmę Andalou Naturals. (Możecie mi wierzyć, że oryginalna, amerykańska wersja TK Maxx, TJ Maxx właśnie, jest zdecydowanie tańsza i znacznie bardziej interesująca od jej europejskiego odpowiednika. Zdecydowanie nie byłam pod wrażeniem naszego wrocławskiego TK Maxxa podczas wizyty w Polsce.)





Na całe szczęście Andalou Naturals posiada znaczek The Leaping Bunny, co oszczędziło mi sporo problemu z próbami wykombinowania czy jest to firma ok czy nie. W swoim posiadaniu mam też wersję sunflower & citrus, ale nie miałam okazji jej jeszcze wypróbować ani zrobić jej zdjęcia. Szamponu używam już co najmniej od 2 tygodnie, ale jakoś wciąż nie mogę wyrobić sobie o nim ostatecznego zdania. 340 ml kosztowało mnie 5.99$, oryginalna cena to 10$. Szampon nie zawiera sylikonów. Cudownie pachnie, używanie go to czysty koncert zmysłów, dobrze się pieni i jest bardzo wydajny. Natomiast usztywnia moje włosy (co mi zazwyczaj nie przeszkadza, ale obecnie jestem w fazie szukania sensownej odżywki i mam pewne problemy z jej znalezieniem) i ostatnio nie poradził sobie ze zmyciem mieszanki olei. Myślę, że do czasu wykończenia całej buteleczki zdążę sobie o nim wyrobić opinię.

Teraz czas na mały offtop. Nie wiem czy kiedykolwiek się do tego przyznałam, ale mam kompletnego, niewytłumaczalnego świra na punkcie szalików. Moja fascynacja szalikami zaczęła się 3 lata temu i miałam nadzieję, że minie tak szybko, jak nagle się pojawiła. Na próżno, mania szalikowa prześladuje mój portfel (i mojego małża ;) do dziś. Ostatnio zebrałam się w sobie i przeliczyłam moją kolekcję... przyznaję się oficjalnie, że doszłam do 54 sztuk.... Na swoje usprawiedliwienie dodam, że nie szaleję za torebkami jak inne dziewczyny oraz nie stosuję żadnych używek :D  Szaliki i apaszki noszę prawie codziennie, uważam, że są fantastycznym dodatkiem do każdego zestawu. Wszystkim zarażonym szalikowym maniactwem chciałabym zadedykować filmik
Wendy - mojego najnowszego guru w sprawach ubioru. Zobaczcie same - czy ta kobieta nie jest niesamowita?

 
 

 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...