Friday, March 16, 2012

Listowe wywrotki, czyli czystki na liście Pety

O matko, to żem się rozleniwiła ostatnio. Nic mi się nie chce. Może to efekt szukania pracy, zmiany klimatu, a może po prostu rozleniwia mnie Kalifornia i wieczne lato. No właśnie - Kalifornia. Ojczyzna wysokiej jakości jedzenia, świeżych warzyw i owoców praktycznie przez cały rok, wielu firm fair trade i ekologicznych oraz przygniatającej ilości firm cruelty - free. Takich jak choćby: Alba Botanica, Arbonne, Avalon Organics, Beauty Without Cruelty, Biotone, Dermatologica, Desert Essence, Dr Bronner Magic Spa., Earth Science, Giovanni Cosmetics, Hard Candy, Jason Natural Products, Paul Mitchell, Nexxus, OPI, Orly, Phycisians Formula, Stila, Trader Joe's, Urban Decay. Jest w czym wybierać. No i nie ma na co narzekać jeśli się chce tu mieszkać i używać tylko kosmetyków nietestowanych na zwierzętach. Ale ja też nie zawsze będę tu mieszkać (ceny lokum zabijają, podatki jedne z najwyższych w Stanach, a o zakorkowanych autostradach i przepełnionych plażach nie będę nawet pisać) i lubię wiedzieć jakie alternatywy pozostają w innych częściach Stanów i ogólnie świata. No i alternatywy są, a pewnie, że są, tylko... Tylko że coraz więcej największych koncernów, które były łatwe do znalezienia na perfumerzjnych półkach, wypadają z listy Pety i powoli zaczyna mnie to już wkurzać. Ostatnio na tapecie jest wielki wypad Estee Lauder z listy. Ba, nawet gorzej, Estee Lauder wyleciała z dobrej listy i wpadła z wielkich hukiem na listę firm jednoznacznie testujących na zwierzętach. Podobny, acz nie ten sam los spotkał marki podległe Estee, a jest o czym mówić bo ten koncern to porządne nazwy na rynku kosmetycznym:

  American Beauty, Aramis, Aveda, Bobbi Brown, Bumble and bumble, Clinique, Darphin, Donald Trump, The Fragrance, Donna Karan Cosmetics (DKNY), Estee Lauder Companies, Flirt, good skin, grassroots, Jo Malone, Kiton, La Mer, Lab Series Skincare for Men, MAC, Michael Kors fragrances, Missoni fragrances, Origins, Prescriptives, Rodan+Fields, Sean Jean fragrances, Smashbox, Tommy Hilfiger products 

 Nieciekawie, tym bardziej, że sprawdzałam listę Pety i wszystkie podległe marki wyleciały z wielkim hukiem, co nie zawsze się zdarza (np. Burt's Bees i The Body Shop wciąż są na liście). Smutne, ale prawdziwe. Wykończę co mam i pożegnam się na zawsze z tym koncernem, o ile nie stanie się cud i marki wrócą z powrotem na listę. Tak, MAC nie jest już firmą cruelty - free, nie jest nią już Clinique ani Bobby Brown. Nie kupię już więcej perfum Tommy'ego Hilfigera, nie będę się ślinić do zapachów Michaela Korsa.

I co z tego, że kolejne ogólnodostępne firmy przestają dla mnie istnieć, rezygnować z kupowania kosmetyków wyłącznie nietestowanych nie mam w planach i jak dla mnie nic się nie zmienia. Ale czasami złość jednak trochę we mnie wzbiera.

Wednesday, March 14, 2012

Kosmetikmord

Uuuuuf, czas wreszcie wrócić do wirtualnego świata. Lot do Stanów, jet lag (zmiana czasowa), kompletna zmiana pogody (z zimowej na szorty i bluzkę), zmiana diety (dużo świeżych owoców, dużo warzyw i lekkie posiłki) odbiły się na moim samopoczuciu. Na domiar złego nie miałam w domu internetu i parę dni zajęło znalezienie odpowiedniej firmy zajmującej się tymi sprawami.

Ale już jestem i czas, kiedy mnie nie było wykorzystałam do granic możliwości na sprzątanie, układanie, pozbywanie się niepotrzebnych rzeczy i po prostu uwijanie gniazdka. To, co przeżyłam przy wypatroszaniu oudeł mnie po prostu przeraziło. Nigdy nie trzymajcie kosmetyków upakowanych gdzieś ciasno nie wiedząc co macie, bo ani się spojrzycie a będzie z tego niezła sterta. Dlatego postanowiłam założyć TAGa- zabawę. Tag tak właściwie nie został wymyślony przeze mnie, tylko jakiś czas temu szalał na niemieckim You Tubie. Jest to pewna forma projektu denko, ale odpowiednio zmodyfikowana (wersja dla prawdziwych chomików).



Kosmetik Mord

Zasady: w tej zabawie chodzi o to, żeby wybrać 10 produktów, które chcecie wreszcie wykończyć z powodu tego, że:

- nie lubicie go i bardzo trudno Wam go używać, w związku z tym wolałyście kupić mu już zastępstwo i używacie nowego produktu, a ten siedzi i się marnuje

- bardzo lubicie dany produkt, ale jakoś nie udało Wam się używać go do tej pory regularnie

- kupiłyście produkt, którego nigdy nie używałyście z postanowieniem, że wreszcie zaczniecie, ale oczywiście nic takiego się nie stało, a produkt grzeje miejsce na półce

- macie kilka produktów spełniających tę samą funkcję i przez to zrobił się straszny bałagan

- chcecie wreszcie spokojnie się przyjrzeć prawdziwemu działaniu kosmetyków bez interferencji ze strony innych używanych specyfików

Cały problem polega na tym, żeby postanowić sobie solennie, że do czasu wykończenia tychże 10 produktów nie można kupić nic, co spełniałoby tę samą funkcję co te właśnie produkty. Czyli nieważne jak bardzo lubimy naturalne mydełka, jeśli jedno z nich bierze udział w akcji Mord to do czysu wykończenia tego (bądź 2 lub więcej mydełek jeśli chcecie oba wykończyć) nie wolno kupić nowego mydła, nawet jakby był przeceniony/nasz ulubiony/był kuszącą nowością na rynku.

Do zabawy zapraszam osoby mające niewykończone zapasy kosmetyczne i problemy z ogarnięciem kosmetycznego rozgardiaszu - jeśli tylko ktoś ma na taki eksperyment ochotę. Można zgłaszać zarówno produkty pielęgnacyjne, jak i kosmetyki kolorowe.

No to zaczynam - 10 produktów do wykończenia ( dosłownie i przenośnie, w końcu rozchodzi się o kosmetyczny mord! ;))


1. Mleczko oczyszczające, mleczko do demakijażu i tonik 3 w 1 firmy Korres

Korres 3 w 1



































Mleczko kupiłam podczas pobytu w Polsce na wyprzedaży (prawie 50%-owa obniżka). Jest naprawdę świetne i bardzo lubię je używać, tylko jakoś zapomniało mi się podczas kupowania, że mam w domu kolejne 3 czy 4 mleczka i inne specyfiki do demakijażu. Postanowiłam, że muszę zużyć to, bo po pierwsze - jest lepsze od innych, po 2 - ma naturalny skład (ma co prawda w nim PEGa, ale niczego się poza tym strasznego nie doszukałam), a po trzecie było droższe od innych specyfików, które posiadam. Do czasu aż zobaczę denko nie daję się skusić żadnym innym kosmetykom tego typu.

2. Balsam do ciała Lavera


Laverze poświęciłam już jedną z moich pochwalnych notek. Kosmetyk bardzo przypadł mi do gustu i naprawdę chcę go wykończyć, tym bardziej, że nie był tani. Oczywiście po przylocie złapałam się za głowę widząc zapas przynajmniej 5 innych balsamów. Tamtych za bardzo ich nie lubiłam, więc kupiłam coś, co lubię - a półki dalej zawalone. Wykończenie chociaż tego to byłby bardzo dobry krok na początek, potem zacznę sięgać po inne balsamy. Trzymajcie kciuki, balsamy nie są mją mocną stroną, zdecydowanie wolę olejki.

3. Zmywacz do paznokci Sensique.


Kupiłam, obdarzyłam umiarkowaną miłością i jakoś nigdy nie skończyłam, szukając jakiegoś amerykańskiego odpowiednika cruelty - free. Po co mi taka resztka na półce?

4. Krem do twarzy Organix Cosmetics, którego recenzję można przeczytać TU


Uważam go za naprawdę dobry krem do twarzy i w sumie nie wiem czemu go do tej pory nie skończyłam. Służy mi już od kilku, o ile nie kilkunastu miesięcy. W ferworze wyszukiwania promocyjnych cen zdążyłam jednak kupić już dwa nowe kremy, podczas gdy miałam jeszcze inny otwarty (gdzie ja miałam oczy, że nie zauważyłam, że mam już 3?!). Obecnie mam w domu krem z Organixa, z Eco Cosmetics (Venus), Nature's Gate (z witaminą C) i kupiony o 70% przeceniony krem Weledy. Prawdę powiedziawszy załamałam się zupełnie jak to zobaczyłam.

5. Moja smrodliwa odżywka do włosów z Hugo Naturals, o której wspominałam kiedyś na moim poprzednim blogu.


Z uwagi na to, że zapas odżywek do włosów mam co najmniej tak imponujący jak zapas kremów do twarzy, postanowiłam wreszcie rozprawić się z nimi po kolei i raz na dobre. Właśnie po przylocie wykończyłam odżywkę z Alby Botanici (recenzja wkrótce) i odkryłam kilka innych napoczętych, co wywołało u mnie wybuch złości. Txym bardziej, że ta odżywka jest już do połowy zużyta.

6. Mydła peelingujące z Earth Therapeutics.


O nich też wspominałam jednym słowem w którejś z notek. Zakaz kupowania podobnych produktów dotyczy dla mnie nie tylko mydeł peelingujących, ale jakichkolwiek mydeł, szczególnie w kostce! Przede wsyzstkim te mydła są bardzo przyjemne w użyciu i lączą w sobie efekt mycia z efektem peelingującym. Prawdę powiedziywszy nie powinnam prawdopodobnie kupować też żadnego nowego peelingu zanim z nimi nie skończę.

7. Balsam do ust Wholefoods


Jeden z moich absolutnie ulubionych, a niewystarczająco używanych z uwagi na inne niedobitki balsamów walające się po domu. Nawet nie mogę w 100% stwierdzić jego skuteczności, bo od czasu do czasu używam jednego z innych 7, które leżą gdzieś na półce. Do przetestowania czeka też malinowy balsam JR Watkins. Kolejnym wyzwaniem jest to, że chyba nigdy nie udało mi się zużyć żadnego sztyftu do końca, każdy wcześniej mi się przeterminował albo roztopił na słońcu.

8. Tusz do rzęs Stila. (Uwaga: obecnie Stila znajduje się na liście testujących na zwierzętach firm- lipiec 2015)


Kupiłam go z parę miesięcy temu i wciąż czeka na swoją kolej. Naprawdę jestem ciekawa jak wypadnie w porównaniu do tuszu Tarte, UD i Pop Beauty. Poza tym chciałam jej spróbować od dawna, a zamiast tego kupiłam kilka tuszy do testów w Polsce. Czas ją wreszcie otworzyć i gruntownie przetestować.

9. Eeeeeech... masło do ciała c. Booth. (Sprzeczne informacje obecnie uniemożliwiają jednoznaczne określenie czy firma Booth jest firmą przyjazną zwierzętom - lipiec 2015)


Masło to jest dla mnie prawdziwym zgryzem. Kupiłam bo rzekomo Boots miał nie być testowany na zwierzętach. Poza tym mają także znaczek króliczka na opakowaniu, a kupiłam go wtedy, kiedy jeszcze wydawało mi się, że to wystarczy. Po jakimś czasie jednak zaczęłam czytać i... nie wiem, naprawdę nie wiem czy jest to firma przyjazna zwierzętom. Wpadł mi w ręce ich mail, w których pisali jakieś strasznie zawikłane wymówki odnośnie tego, dlaczego na amerykańskich opakowaniach mają króliczka, a na europejskich nie (bo w Europie żeby takiego króliczka umieścić muszą być pewni, że ich produkty nie były testowane - wybaczcie, ale wtf?? A w USA tak se po prostu mogą umieścić?). W związku z tym przez jakiś czas miałam do produktu spore uprzedzenia. Produkt jednak zakupiony został, siedzi w kuferku z kosmetykami i kusi zapachem. Poza tym jestem osobą, która nie przepada za masłami do ciała (albo wręcz ich nie znosi), w związku z tym stanowi to dla mnie duże wyzwanie. Do zużycia wciąż została ok. połowa opakowania, a poszukiwania odnośnie polityki nietestowania trwają.

10. Hydrolat oczarowy i różany.

Wciąż mam pół buletki jednego i drugiego, a data ważnoście się zbliża, zbliża.... Koniecznie muszę wygrać ten wyścig z czasem.

Tyle ode mnie na razie, a tymczasem idę się kłaść i powoli szykuję w myślach nowe notki :) 

Wednesday, February 29, 2012

Kolejne starcie nietestowanych na zwierzakach tuszy do rzęs

Dzisiaj kolejna notka o tuszach do rzęs - tym razem takie małe porównanie działania. Miały być zdjęcia efektu na oczach, niestety obecne światło mi to uniemożliwiło. Jeśli coś się zmieni z pogodą, to spróbuję nadrobić :)


Dziś w szranki stają tusze wysokopółkowe (Urban Dacay) z tuszami z drogerii (Catrice). Nie do końca wiem co powiedzieć o firmie POP Beauty, ponieważ cenę ma porównywalną z cenami Smashboxa, Stili czy Urban Decay, jednak mało o tej firmie wciąż wiem. Dla dokładniejszej analizy tusze używałam jakieś czas same, a jakiś czas naprzemiennie wszystkie 5, żeby móc porównać efekt na rzęsach. Dodatkowo do zabawy zaprosiłam kuzynkę, który ma zupełnie inne rzęsy ode mnie. Ja mam bardzo długie, mocne, ale potrzebujące pogrubienia, ona ma malusie, króciutkie, zdecydowanie wymagające sporego wydłużenia (inaczej ich nie widać).


Typowy już dla mnie element recenzji tuszu do rzęs, czyli porównanie szczoteczek. The Giant z Catrice oczywiście zainteresowała mnie szczotą. Przez ten wabik ją kupiłam. Tarte i drugi tusz Catrice mają dość podobne szczoteczki w kształcie, z tym że szczoteczka Tarte jest plastikowa i bardzo gęsta, lepiej radzi sobie z rozczesywaniem rzęs.


Na pierwszy rzut pójdzie tusz Tarte, a dokładnie jego dwie próbki, które pokazywałam w innej notce (klik). Dwie próbki kosztowały mnie 10$ (plus podatek), czyli tak mniej więcej 30zł (normalnie ceny jednego pełnowymiarowego tuszu to około 17-20$, czyli prawie 60 zł). Tusz nie jest tani, ale jest naprawdę fantastyczny. Szczoteczka z bardzo zbitym włosiem (plastikowym) jest zadziwiająca miękka, w niczym nie przypomina szczoteczki używanego przeze mnie Wonderlash Oriflame lub kiedyś używanego Masterpiece Max z MF (przypominam, Max Factor testuje na zwierzętach, w związku z czym ostatnim razem używałam go z 5 lat temu, ale już wtedy szału nie było). Generalnie plastikowe szczoteczki, które nie są odpowiednio gęste, co prawda rozczesują ładnie rzęsy, ale nie pokrywają ich wystarczającą ilością tuszu. Tarte robi to fantastycznie, przy tym nie ma mowy o posklejanych rzęsach z powodu gęstości włosia. Szczoteczka jest więc prawdziwym hitem.

Pokrycie rzęs jedną warstwą tuszu gwarantuje piękny, naturalny wygląd rzęs. Są podkreślone, pogrubione i wydłużone, a nawet podkręcone! Nie mają natomiast przerysowanego efektu. Taki efekt osiągnąć można nakładając 2, a nawet 3 warstwy tuszu. Rzęsy są bardzo mocno podkreślone, wciąż nieposklejane, podkręcone. Wersja niewodoodporna nie tworzy pod oczami efektu pandy, tylko jakby wypłukuje się z rzęs w kontakcie z wodą. Nie zauważyłam kruszenia się, nie ma także mowy o grudkach. Brak efektu owadzich nóg. Wersja wodoodporna całkiem dobrze się zmywa, tak więc i tu nie mam specjalnych zastrzeżeń. Naprawdę polecam, obecnie jest to jeden z moich tuszowych hitów.



Kolejny produkt to również liga wysokopółkowa (a przynajmniej wyższa półka). Normalna cena to około 17-20$ (co na warunki amerykańskie jest ceną jak Smashbox czy Benefit ( zarówno jeden, jak i drugi na 95% testowane na zwierzakach, więc osobiście już więcej nie tknę). Ja zakupiłam na stronie producenta podczas ogromnej wyprzedaży - 2 opakowania za 10$. Potem jednak coś mnie tknęło, żeby sprawdzić recenzje tuszu i niestety były one bardzo kiepskie. Trochę żałowałam, że dałam się skusić. Do czasu. Na początku nie używałam go za często, ponieważ zraziłam się po przeczytaniu tylu niepochlebnych recenzji. Zaczęłam więc używać go w niepogodę (bardzo wodoodporny, jeśli wodoodporność jest cechą stopniowalną :P) i po jakimś czasie zauważyłam, że tusz naprawdę nieźle sobie z moimi rzęsami radzi. Przede wszystkim, bardzo mocno je pogrubia. Zresztą, efekt na rzęsach możecie zobaczyć TU (bez użycia zalotki). Jak widać na zdjęciu, tusz nie podkręca rzęs i w sumie raczej ich nie wydłuża. Jednak zagęszczenie powoduje, że rzęsy są bardzo widoczne. Tusz ma bardzo gęstą, zbitą konsystencję. Ta obserwacja spowodowała, że przeczytałam jeszcze raz recenzje w internecie i dopiero wtedy zorientowałam się, że dotyczą one wersji niewodoodpornej, ponieważ wielokrotnie narzekano na jego bardzo wodnistą konsystencję. Tu konsystencja jest dokładną odwrotnością. Problemem jest szczoteczka - jest tradycyjna, ogromna i niełatwo się nią manewruje, zwłaszcza przy dolnej linii rzęs. Największą wadą tego tuszu jest trudność jego zmywania. Naprawdę, trzeba zmywać go 3 bardzo porządnymi środkami do demakijażu (po prawdzie przyznam się, że nie mam żadnego prawdziwego płynu dwufazowego, jednak z innymi tuszami wodoodpornymi moje normalne środki sobie radzą). Nie ma mowy o efekcie pandy, ale czasami może się coś skruszyć. Tragedii nie ma, ale efektu: wow, to są najlepsze rzęsy, jakie miałam!, też nie.

Ogólne podsumowanie: tusz jest dobry, jeden z najlepszych pod względem pogrubiania rzęs. Nie trzeba się martwić o deszcz czy łzy. Za taką cenę, w jakiej go kupiłam (5 dolców za sztukę) jest to tusz super i zdecydowanie kupiłabym go ponownie. Jednak za cenę 20$ chyba wolałabym tusz Tarte, POP Beauty albo Stili, względnie inny tusz Urban Decay. Być może zmienię zdanie po dłuższych testach, przede mną kolejne opakowanie.



Catrice The Giant to mój najnowszy (wypróbowany) nabytek w kategorii tusze dorzęs. Kupiłam, gdyż zafascynowała mnie szczoteczka. Poza tym tusz nie był wybitnie drogi (ok. 20 zł), no i był łatwo dostępny, ponieważ wystarczyło przejść się do Drogerii Natura. Kupiłam i... no cóż, zachwytów nie będzie, tusz wydaje mi się dość przeciętny. Na moich rzęsach efekt jest taki sobie - odrobinkę może i pogrubia, ale efekt jest dość lichy, wydłużać faktycznie nie wydłuża (ale nie miał, więc tu można mu darować), efekt jest 'taki o'. Jak wiele innych, niespecjalnie dobrych, tuszy. Przy 2 warstwach zaczyna się sklejanie, które nie bardzo mi się podoba. Nie jest też zbyt trwały w starciu z kropelką wody, zaczyna się mazać i wyglądać średnio elegancko. Konsystencja ok, szczoteczka za to bardzo nie poręczna.

Natomiast na obronę tuszu muszę powiedzieć, że poprosiłam także kuzynkę o przetestowanie go i stwierdziła, że jest to jeden z najlepszych tuszy, jakie miała. Pogrubia, wydłuża, dodaje objętości jej rzęsom. Z prawie niewidocznych rzęs robi prawdziwe firanki (no ale i tak po około 3 warstwach). Jest bardzo zainteresowana tym tuszem, dlatego też go ode mnie dostanie. Ja nie mam do niego nerwów.

Podsumowanie: bez zachwytów. Raczej nie kupię ponownie, bo nie widziałam efektu, o jaki mi chodzi. W zasadzie to w ogóle nie widziałam efektu. Natomiast, jak widać, są osoby, które mogą być  z niego bardzo zadowolone.


To inny tusz do rzęs, który ostatnio testowałam, Catrice Lashes to Kill. Muszę powiedzieć, że jestem pod dużym wrażeniem tego tuszu. Za całkiem przystępną cenę (także około 16 zł)  otrzymujemy sensowny produkt. Rzęsy są bardzo ładnie podkreślone. Trudno mi powiedzieć czy jest to efekt pogrubienia, podkreślenia czy podkręcenia, ale efekt jest dość spektakularny. Wydaje mi się, że po prostu robi wszystko po trochu: pogrubia, wydłuża i podkręca. Można nałożyć kilka warstw i efekt jest mocniejszy, nie ma jednak sklejenia jak w przypadku The Giant. (Efekt w sumie podobny do efektu tuszu POP Beauty, ale chyba więcej pogrubienia). Natomiast zauważyłam jedną dość powżną wadę tuszu - i jest to bardzo słaba odporność na wodę. Jednego dnia popłakałam się ze śmiechu podczas damskich pogaduszek i tusz zrobił mi naprawdę zawstydzające czarne ślady pod okiem, nawet mój mąż zwrócił mi uwagę, że 'popłynęłam'. Było to dość nieproporcjonalne do ilości wody, jedna łza i duży problem. Aż nie chcę myśleć co by się stało gdyby złapał mnie deszcz.

Podsumowanie: tusz jest naprawdę bardzo fajny, jednak gdybym miała kupić go jeszcze raz, to sięgnęłabym po wersję wodoodporną. W tej wersji może być niebezpieczny dla zdrowia ludzkiego (jakiś zawał wywołać czy coś ;)



Ostatnim tuszem, o którym już zresztą kiedyś pisałam, jest POP Beauty. Dostałam go ( a właściwie 2 sztuki) w prezencie . Tusz po kilku pierwszych użyciach zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Przede wszystkim gwarantuje niesamowite wręcz wydłużenie. Rzęsy miałam pod samymi brwiami, czegoś takiego nie widziałam jeszcze nigdy. Problem polega na tym, że mnie naprawdę przydało by się odrobinę pogrubienia. Tutaj więc tusz niedomaga (oczywiście jest to tusz wydłużający, nie pogrubiający, więc obietnice producenta są spełnione w 100%). Ponieważ z natury mam bardzo długie rzęsy, tusz ten sprawia, że są odrobinę śmieszne - za długie na taką grubość. Oczywiście efekt jest, oj jest, a z tuszem pogrubiającym to już w ogóle bajka.... jednak po licho kupować tusz w oryginalnej cenie 20 dolców jeśli potrzeba mi przy tym drugiego w takiej samej cenie? Na szczęście tusz nie robi mi owadzich nóżek (nudne to wyrażenie już, wyświechtane, od dziś może będę używać pajęczych udek? ;), więc tu ma u mnie dużego plusa. Nie zauważyłam spływania podczas niesprzyjających warunków - owszem, tusz trzymać się rzęs nie będzie, jednak nie rozmaże się w paskudny sposób. Co mnie jednak strasznie w nim denerwuje to szczoteczka. Wszystko fajnie, dobry kształt, poręczna, dobra do manewrowania, odpowiednia gęstość... i klops. Nie wiem czemu, ale na szczoteczce wciąż zbierają się (bądź doklejają) małe włoski. Nigdy mi się takie coś jeszcze nie zdarzyło i bardzo mi się to nie podoba, zwłaszcza że sam tusz jest naprawdę niezły A szczoteczka po prostu nie przystaje jakością do reszty (domyślam się, że te włoski odpadły po prostu od szczoteczki, po czym się na niej 'osiedliły'. Popatrzcie sami na zdjęcie:



Dla małego testu - porównania, poprosiłam kuzynkę o wypróbowanie. To, co ten tusz zrobił z jej rzęsami to czysta poezja. Cóz za firany! Dlatego zdecydowałam, że druga sztuka tuszu powędruje do niej - efekt na rzęsach naprawdę jest tego wart.

Tusz ma też prześliczne opakowanie, ale chwilowo nie dysponuję zdjęciem.


Z tuszy drogeryjnych, które zdążyłam już zakupić w Polsce, zostały mi jeszcze do przetestowania:
# Multi Action Smokey Eyes (miałam różową i byłam bardzo zadowolona),
# tusz Wibo (taki w fioletowym opakowaniu),
# tusz Kobo Soft Brown
Mam nadzieję, że wkrótce (pewnie za ok. 3 miesiące ;) dodam kolejną porcję mini recenzji.

To tyle dziś ode mnie. Sugestie, zażalenia, wnioski? ;)

Thursday, February 23, 2012

Ekologiczny dom - kilka przepisów i pomysłów

Po serii kilku postów - recenzji, dziś powrót do moich ulubionych ostatnio tematów, czyli bardziej w stronę eko. Szukałam na internecie przepisów nieskomplikowanych, powszechnie dostępnych i niekoniecznie męczących. Wydaje mi się, że znalazłam parę ciekawostek.

Zdjęcie z: http://www.green-house-cleaning-tips.com/


1. Czyszczenie luster i okien. Podobno w tym celu świetnie sprawdza się mieszanka spirytusu salicylowego i hydrolatu oczarowego. Inna rada - rozpuszczenie 4 lyżek soku z cytryny w 2 litrach wody (porada pochodzi z tej strony).

2. środek konserwujący drewno i nadający mu piękny połysk: mieszanka oliwy z oliwek i soku z cytryny w proporcjach 2:1. (Przepis pochodzi z tej samej strony).

3. Pleśń w łazience. Zmieszaj wodę utlenioną z wodą (proporcje 1:2) w butelce ze sprayem i rozpyl na zaatakowane powierzchnie. Poczekaj przynajmniej 1 godzinę zanim spłuczesz. Przepis pochodzi ze strony http://eartheasy.com/live_nontoxic_solutions.htm

4. Czyszczenie deski do krojenia: oczyść deskę świeżym plasterkiem cytryny. W przypadku większych plam pozostaw na desce sok z cytryny na przynajmniej 10 minut. Przepis pochodzi z tej samej strony

5. Czyszczenie plam po herbacie w szklankach. Po prostu nanieś trochę octu na gąbkę w trakcie zmywania. Porada pochodzi z tej samej strony, co dwie powyższe.

6. Zapobieganie zapychania zlewozmywaków/zapobiegawcze udrożnianie: co tydzień wlewaj do odpływu 1 szklankę octu i pół szklanki sody. Przepis pochodzi z http://earthnotes.tripod.com/clnrecipes.htm#sinkstubs

7. Bardzo delikatny odświeżacz powietrza w kuchni: włóż do garnka z zimną wodą kilka plasterków owoców cytrusowych: cytryny, pomarańczy albo grejpfruta. Części owoców można mieszać. Delikatnie gotuj na maleńkim ogniu dopóki nie uzyskasz delikatnego zapachu w powietrzu. Porada pochodzi także z tej strony, co porada powyżej.

Miłej zabawy z wypróbowywaniem! :)


Monday, February 20, 2012

TAG na szybko

O rany, ledwie się obejrzałam a już 3 tagi do mnie przywędrowały i na żaden jeszcze nie odpowiedziałam... ale pamiętam o wszystkich, obiecuję! (Dear LovelyCosme, I do remember about your TAG and I will answer all the questions soon. However, it is very creative and demanding quite a bit of thinking, so I am still trying to come up with good questions :)



Dziś przesympatyczny (i jakże potrzebny!) TAG o tym, czego nie chcemy bądź nie potrzebujemy. TAG przywędrował do mnie z bloga Krzykli, za co serdecznie jej dziękuję! Czasami dobrze sobie uświadomić, że można bez kosmetyków żyć :)

ZASADY:
- napisz, kto Cię otagował i zamieść zasady TAG'u
- zamieść baner TAG'u i wymień 5 rzeczy z działu kosmetyki ( akcesoria, pielęgnacja, przechowywanie, kosmetyki kolorowe, higiena), które Twoim zdaniem są Ci całkowicie zbędne bo:
- maja tańsze odpowiedniki
-są przereklamowane
- amatorkom są niepotrzebne
- bo to sposób na niepotrzebne wydatki...
...i krótko wyjaśnij swój wybór

- zaproś do zabawy 5 lub więcej innych blogerek


1. Wysokopółkowe, szalenie drogie kremy, które nie są kremami naturalnymi. Nie wyobrazam sobie kupować drogich kremów na dzień czy noc, bo im najzwyczajniej w świecie nie ufam. Poza tym wydawanie masy pieniędzy na krem, którego połowę składu stanowią obcobrzmiące nazwy i konserwanty...eee tam. A co jak się okaże, że krem za 150 zł kompletnie mi nie służy? Chyba bym się wściekła. 

2. Lakiery do włosów, żele oraz inne produkty do stylizacji. Szkoda mi na to pieniędzy i szkoda mi włosów. Produktów do stylizacji użyłam może 2 razy w życiu, a i tak nie byłam zadowolona z efektu. Poza tym widziałam różnicę w kondycji moich kudłów. Zbędna rzecz w mojej łazience. 

3. Primery (bazy) pod szminkę. Dostałam nawet jeden gratis (Stili) przy zakupach, ale nie było zachwytów. Mnie już wystarczy, że na usta pcham sobie chemię w postaci pomadki, po licho mi druga warstwa chemii?

4. Toniki do twarzy. Idea toniku jest dla mnie, zwłaszcza po odkryciu hydrolatów, niezrozumiała. Jeśli już mam wielofunkcyjny produkt, jakim jest hydrolat, to czasami go w tej funkcji toniku użyję, ale żeby tak osobno go kupować Nieee. 

5. Sztuczne rzęsy. Jako amatorce taki pomysł wydaje mi się wzięty nieco z księżyca, gdzie mam je niby nosić? I po co? Jestem fanką umiaru w kosmetyce, a takie rzęsy często aż krzyczą: zobacz jakie jesteśmy sztuczne. Absolutnie nie dla mnie. 

Do zabawy zapraszam:

1) Sorbeta (bo wiem, że Sorbet ma swoje upodobania, ale i sporo rzeczy uważa za niepotrzebne)
3) W dobrym stylu eko (bardzo mnie ciekawi, które rzeczy uważy za najmniej potrzebne) 
5) Oczywiście Pralkę (bardzo mnie ciekawi czegóż to nasza Pralka może NIE chcieć) :D

Korciło mnie, żeby otagować Zoilę, ale niestety ktoś mnie uprzedził :) Zapraszam do zabawy! :)

Sunday, February 19, 2012

Liga przęciętniaków

Na fali kosmetycznego rugania, postanowiłam popastwić się jeszcze nad jednym z kosmetyków polskich firm, które obecnie znajdują się w moim posiadaniu. (Pobyt w Polsce chciałam wykorzystać na swego rodzaju testy, niektóre polskie kosmetyki można dostać w Stanach, tyle że za znacznie większe pieniądze. Gdyby się okazało, że mam za czym płakać, to byłabym gotowa nawet te większe pieniądze zapłacić w ramach sympatii do firmy). Dlatego dzisiaj postanowiłam znów uruchomić moją wrodzoną ukąśliwość i podzielić się z wami wrażeniami z używania ziajowej receptury młodości z serii Sopot Spa.


Po zobaczeniu tego produktu spodobała mi się estetyka opakowania i cena. Pożyteczny pomysł z przeźroczystym minimalistycznym opakowaniem, całkiem poręczne zamknięcie, butelka ładnie wpasowała się do kształtu mojej dłoni. Jakby chciała powiedzieć - "weź mnie ze sobą"! Mój ci on! - pomyślałam i rześko wpadkowałam go do koszyka. (Potrzebowałam czegoś do używania PO demakijażu oczu, ponieważ mój wodoodporny tusz do rzęs Urban Fatty Mascara to nieprzejednany wojownik i na chwilę obecną muszę zmywać go w 3 etapach). Pomyślałam sobie, że butelka ok - będzie widać zużycie i fajny kolor produktu (aparat przekłamar kolor, w rzeczywistości jest to dość jaskrawy błękit). Po jakimś czasie naszła mnie jednak olśniewająca myśl, że nie wiem wcale czy fakt że dane mi będzie oglądać ten kolor powinnam zaliczyć na plus, ponieważ tak nienaturalny odcień niebieskiego w kosmetyce powoduje u mnie sporą nieufaność. Gdybym jeszcze miała łazienkę w tym kolorze to mógłby sobie stać tak pod kolor łazienki, ale że mam go regularnie ciapać sobie na twarz, to mina może nieco zrzednąć. Nic to - pomyślałam - i postanowiłam chwilowo nie zawracać sobie tym głowy w imię możliwego wspaniałego działania. Rozśmiesza mnie jednak ta zachwalana receptura młodości z algami morskimi - czy ktoś widział w Sopocie algi morskie o modrym kolorze? ;) Zapach kosmetyku jest zaskakująco przyjemny, całkowicie nieprzypominający zapachu alg. Algi wszak śmierdzą okrutnie! Pomna tego faktu, postanowiłam jednak być dzielna w imię piękna. Hmm, niepotrzebnie, zapach nie zatyka, ani nawet za bardzo się nie narzuca. A dziwne, bo w składzie nawet doszukałam się jakiegoś ekstraktu z alg ;)

No to teraz nieco o niedziałaniu tego produktu ;), który ma zapewniać 'łagodny demakijaż, zapobiegać wysuszeniu skóry, jednocześnie skórę zmiękczać i wpływać kojąco na podrażnienia'. Demakijaż jest łagodny do bólu, ponieważ trudno w ogóle powiedzieć, żeby produkt cokolwiek usuwał :D Na początku używałam tylko do zbierania tego, co pozostało na oczach/rzęsach po użyciu mleczka do demakijażu Korres, względnie płynu do demakijażu UD no i na takie kompletne ostatki całkiem się nadawał. Potem już było tylko gorzej, ponieważ wpadłam na jakże bezsensowny pomysł, by używać go zgodnie z przeznaczeniem ;) Próbowałam po prostu zrobić nim demakijaż, także oczu. Elegancko nasączyłam wacik, przyłożyłam do oka, odczekałam, czynność powtórzyłam z drugim okiem, popatrzyłam na siebie w lustrze i miałam ochotę krzyknąć z przerażenia. Nazwanie mnie misiem pandą byłoby niesamowitą obrazą dla zacnego rodu pand. Czarne smugi ciągnęły się pod samą  brodę,a na rzęsach wciąż widoczny był tusz. Czynność więc powtórzyłam (wielokrotnie) z użyciem nowych wacików, niestety - konieczne okazało się użycie innego mleczka, które dopiero poradziło sobie z osmoleniem mojej gębuli. Oczywiście bogatsza o nowe doświadczenie, następnym razem próbowałam z kilkoma tuszami niewodoodpornymi - na próżno, z żadnym z nich płyn sobie nie poradził. Złudne okazały się też nadzieje o zapobieganiu wysuszeniu twarzy, nawet powiedziałabym, że produkt wyraźnie się do tego wysuszenia przyczynia. Jeśli wystąpiło jakieś działanie kojące w ciągu tych kilku tygodni używania to także umknęło ono mojej uwadze.

Podsumowując - produkt nie jest wyjątkowo okropny, ale  na pewno zbędny. Tak samo nie liczyłabym na nawilżenie ani poprawienie stanu skóry. Ot, można stosować jako ostatnią fazę demakijażu.

Zakończę jednak moim ulubionym tematem, czyli polityką nietestowania na zwierzętach i oficjalnego stanowiska w tej sprawie (przy tym podejściu do klienta i ewentualnych pytań, gdyż dla mnie to się niezaprzeczalnie ze sobą łączy). Cóż, od kilku lat/miesięcy firma idzie chętnie w zaparte, że nie testuje na zwierzętach, ale robi to zaskakująco mało przekonująco. Po pierwsze, cierpliwość nie jest zdecydowanie mocną stroną firmy. Odpowiedzi mailowe brzymią niekiedy jakby osoby odpowiadające były znudzone pytaniem, nawet zahaczają o opryskliwość. Po drugie, firma bardzo mętnie tłumaczy fakt nieposiadania znaczka o nietestowaniu na zwierzętach na opakowaniu oraz fakt, że nigdy nie starała się o miejsce na żadnej nietestującej liście - np. liście OK! Wymówkom nie ma końca, ciągle przewija się temat prawa unijnego i prawa zabraniającego czegoś tam i poszanowania prawa orzez firmę. Tyle że firma nie o poszanowanie prawa była pytana, a o pośrednie wspieranie labolatoriów testujących na zwierzętach, które a) mogą testować nowe, nieprzebadane wciąż w UE składniki b) mogą wszak być umiejscowione poza ramami Unii Europejskiej. Pomijam, że prawo unijne w żadnym miejscu nie zabrania firmom dbania o swoich klientów i zapewniania ich, że przestrzegają np. pewnych wymogów. O braku inicjatywy wejścia na listy nietestujących na zwierzętach firm nawet nie wspomnę, wszak firma sprzedaje swoje kosmetyki nie tylko w Polsce i certyfikat na pewno nie zaszkodziłby jej wizerunkowi. Kanu np. taki certyfikat posiada (lista OK - KLIKTutaj więc Ziaja zarobiła u mnie wielkiego minusa i niniejszym osobiście wstawiłabym ich na listę firm niepewnych

Saturday, February 18, 2012

A w bublolandii...

Wczoraj był wnerw, dziś znów notka na wesoło. Grunt to się nie dać wytrącić z równowagi i dalej robić swoje. Notka na wesoło, bo szukanie dobrego nietestowanego zmywacza do paznokci (a raczej czytanie ich etykietek) przyprawiło mnie jakiś czas temu o wybuchy dobrego humoru.

Drogą dygresji: zawsze byłam pełna podziwu czytając recenzje na blogach, gdzie Dziewczyny, po miesiącu używania (żeby można było porządnie ocenić działanie specyfiku) pisały, że kosmetyk do niczego się nie nadaje i że przyprawił je o pryszcze/bóle głowy/wysypkę. Kurcza, chylę kapelusza, mnie by na czyn takiej odwagi chyba stać nie było w imię uczciwej recenzji. Jak coś mi nie pasuje to już nie pasuje, rozstajemy się z delikwentem bez żalu (oddaje w chętne ręce) bądź odstawiam i używam tylko w przypadku ksometycznego SOS, jak już wszystko inne się skończy. Z panem na zdjęciu zawarłam wystarczająco długą znajomość, żeby wiedzieć, że to nie będzie ten jedyny. Zresztą nawet zapchajdziurą nie jest najlepszą, ale serca nie mam go tak już zupełnie zjeżdżać w nagłówku mojego opisu.


Buszując ostatnio po Drogeriach Natura, wpadł mi w oko ten oto cud kosmetyki. Naprawdę, kto by się oparł zapewnieniom producenta, że produkt ten "nawilża i pielęgnuje paznokcie oraz naskórek  wokół nich. Pozostawia świeży zapach owoców kiwi"? Do tego wszystkiego na opakowaniu widnieje wielki napisa AROMATHERAPY. Gdybym dopiero zaczynała w kosmetycznym świecie, normalnie pozbyłabym się wszystkich preparatów do skórek (plus może nawet owocowych wód toaletowych, w końcu mam pachnieć świeżymi owocami).

No to rozradowana przyniosłam zabawki do domu i jedziem ściągać z paznokci te ogryzki lakieru, które się tam ostały po podróży samolotem. Pierwsze wrażenia: okropny, przeohydny smród zmywacza. Czyli normalka. Bajki o aromaterapii można od razu zapomnieć, zresztą kto o zdrowych zmysłach odważy się umieścić coś takiego na pudełku od zmywacza? Na kiwi to ten zmywacz nawet nie rzucił okiem. Nic to, myślę i ochoczo zabieram się do właściwego zajęcia - zmywania rzeczonego lakieru.  I tutaj nie ma się czym zachwycać, robota jest jak oranie pola w czasach pańszczyźnianych - żmudna, trudno i za licho nieopłacalna. Można się tylko umorusać i namachać, a lakier i tak swoje. Zaliczyłam także marnotrawstwo zasobów, bo niezbędny był wacik za wacikiem i nasączalstwo od podstaw, bo ze zmywaniem to marnie, marnie. No i ten obiecany efekt pielęgnujący - chyba w ogóle pozostawię bez komentarza, ktoś się tam chyba naczytał jakiś opowiastek science - fiction. Zmywacza zmuszona jestem używać znacznie dłużej, niż bym sobie tego życzyła - brak zasobów, niestety - ale gdyby dało się tego uniknąć...

Przyczepię się też do polityki nietestowania na zwierzętach - jest na naszej wątkowej liście ( na wizaż.pl) jako firma nietestująca na zwierzętach, jednak po wejściu na stronę nie ma o tym ani jednego słowa. Domyślam się, że informacja pochodzi z korespondencji z  firmą, ale nie wiem jak mam się ustosunkować do ich słowa pisanego po przeczytaniu zapewnień o świeżych owocach kiwi. Taaa.

żeby nie było tak całkiem źle, to uczciwie napiszę, że nie jest to najgorszy zmywacz, jaki miałam, co najmniej kilka w podobnej kategorii już zaliczyłam, ale to chyba jedyne dobre, co mogę o nim powiedzieć. Zdecydowanie bardziej podszedł mi truskawkowy zmywacz Sensique, o którym pisałam w innej notce. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...