Monday, August 20, 2012

Elfickie opowieści

Jak to już ostatnio wspomniałam, postanawiam poprawę w kwestii bloga. Prawdę mówiąc to tyle bym chciała Wam na blogu pokazać i nie ma czasu. Chciałabym opowiedzieć o nowym miejscu, które, z mojego punktu widzenia, jest znacznie bardziej europejskie i przypomina mi zapachem w powietrzu Polskę. Chciałabym opowiedzić Wam o perypetiach związanych z moją dietą i o tym jak z beztalencia kulinarnego powoli zmieniłam się w uznaną odtwórczynię kulinarnych rozkoszy, a także o wielu nowych kosmetycznych odkryciach oraz bubelkach w pięknych opakowaniach. No cóż, na dziś nadgryzam temat odkrycia :)

Elf. Tyle słyszałam już o tej firmie, ale jakoś nigdy nie chciało mi się nic zamawiać od nich przez internet. Jednak niedawno Elf (i to ich linia studio, ta lepszej jakości) pojawił się w sklepach sieci Target i jakoś tak to wyszło, że jak miałam zły dzień to akurat poprawiałam sobie humor na zakupach. W związku z tym łapczywie wpakowałam do koszyka dosłownie wszystko, co mi się spodobało. W koszyku, niewinnie się poszturchując, wylądowały więc: róż, pomadka w ołówku, kremowy eyeliner, 2 cienie w kremie i takie cudeńko sztyft róż, cień i pomadka w 1. (Innym razem wylądował tam też zestaw cieni z dołączoną kredką do powiek, ale to już inna historia).

No więc dziś o cieniach w kremie.


Na zdjęciu cień o wdzięcznej nazwie candlelight. Cień jest bardzo jasny i delikatny, dlatego dobrze nadaje się do rozświetlania łuku brwiowego i kącików oczu po nieprzespanej nocy ;) Kolor i nasycenie (bądź w tym wypadku - jego brak) możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej:


Zdjęcie robione w pełnym słońcu, w związku z czym kolor wygląda na bardziej wyblakły niż jest, ale mam nadzieję, że dał Wam pewne rozeznanie. A tutaj jeszcze kolejny cień, tym razem dawn:


Ta sama historia, co powyżej - zdjęcie wykonane w pełnym słońcu, w związku z czym kolor wydaje się nieco bardziej wyblakły. I jeszcze swatch na dłoni:



Co myślę? Myślę, że absolutnie kocham te cienie! Trzask, prask, nakładam na całe oko, pomaziam czymś ciemniejszym w zaglębieniu powieki i makijaż gotowy - oszczędność czasu to jakieś 50%. Cienie fantastycznie sprawdzają się też jako baza pod inne cienie - wszystko się elegancko trzyma i nie blaknie. Nie zaobserwowałam rolowania się cieni, ani osadzania się w załamaniu powieki (niestety zaobserwowałam to w przypadku wielofukncyjnego sztyftu, ale o tym kiedyś indziej), ale jeszcze będę je obserwować. Kolory pasujące każdemu, naprawdę żałuję, że w Targecie jest ich dostępnych tylko kilka, z miłą chęcią sięgnęłabym po inne wersje kolorystyczne. Cena - 3$, czyli taniej niż przesyłka pocztowa z innych firm. Jak dla mnie nie ma na co narzekać. Oczywiście, żeby nie było tak różowo, to dodam, że cienie mają swoje wady:
- kolory dość delikatne, nie każdy polubi
- kolor delikatny, ale wykończenie już takie dość metaliczne, też nie każdemu podpasuje (ale ja normalnie nie lubię takich wykończeń, a mi nie przeszkadza, więc dramatu być nie powinno)
- słoiczek ładny, ale do bani (ile ja mam zabawy jak próbuję w niego wepchać palucha zakończonego normalnej długości paznokciem :>)
- dołączony do cienia pędzelek mnie tylko rozśmieszył

Z wszystkimi tymi wadami i tak polecam. Opakowanie to tylko opakowanie, z dołączonymi do kosmetyków pędzelkami w zasadzie zawsze jest problem, a delikatny kolor może być z łatwością uznany za zaletę ;)

**********

Update dotyczący diety:

Jak wiecie, Kochani moi, ostatnim razem jak zawitałam na bloga (no, może przedostatnim), dużo było mowy o diecie, gotowaniu, zdrowym żywieniu itd. Chciałabym Was zapewnić, że się na tym polu nie poddałam. Co prawda odchudzam się bardzo powoli, nie mam znacznego upadku wagi, jednak bardzo mnie to cieszy - są widoki na zmianę generalnie sposobu odżywiania i utrzymanie nowej, lżejszej wagi. Obecnie waga wskazuje ok. 2,5 - 3 kg mniej od czasu mojej poprzedniej notki. Zaczęłam także wchodzić w spodnie, z którymi miałam już niemało problemu. W dalszym ciągu jednak nie dopinam się w spodnie, które kupiłam zaraz po przylocie do Stanów, w związku z tym jest to mój kolejny cel. Kilka uwag:

- zawsze jem 4 posiłki dziennie, nawet jeśli ostatni jest bardzo późno, około 21-22. Raz odmówiłam sobie jedzenia, bo chciałam być taka odpowiedzialna i nie mogłam z głodu spać. Wkurzona na maksa i zmęczona do granic, wstałam w końcu o 3 nad ranem, odgrzałam sobie zupę... i po 15 min od jej zjedzenia spałam jak dziecko.

- Zawsze staram się dodawać do każdego posiłku tłuszcze roślinne według wskazań książki.

- Jeśli któregoś dnia czuję, że już nie mogę patrzeć na jedzenie zgodnie z dietą Flat Belly - robię przerwę. Nic na siłę. Szukam wtedy przepisów z innych książek i pilnuję, żeby mieściły się w granicach 400 kcal. Jak czuję, że jestem w stanie wkrócić do przepisów Flat Belly, to to robię.

- Jeśli mam 1 dzień grzeszenia, nie przejmuję się. Naprawdę się nie przejmuję, ponieważ generalnie dużo się ruszam i wiem, że nic wielkiego się nie stało. Kontynuuję dietę następnego dnia, ewentualnie 2 dni później. Najważniejsze to się nie zrazić.

- Jem słodkie. Sama piekę muffiny albo ciasteczka i pilnuję ilości kcal. Zawsze staram się, żeby były w nich orzechy bądź inne zalecane tłuszcze i jak najwięcej składników odżywczych. Czekoladowo- pomarańczowe muffiny z książki to jest po prostu HIT. Ale od czasu diety wypróbowałam już chyba z 10 różnych przepisów. Dzięki temu w zasadzie w ogóle się na diecie nie męczę.

- Dużo się ruszam, ale niewiele ćwiczę. Staram się wplatać ruch w codziennie życie - spacer z przystanku, spacer z rana, ruszanie się w pracy (akurat mam tymczasowo pracę, w której nie siedzę za biurkiem, więc sprzyja chudnięciu). Moim zdaniem jest to optymalne rozwiązanie.


A Wy? Jakieś przemyślenia, postępy, zastoje?

Thursday, August 16, 2012

Paczka z Polski



Z góry przepraszam za jakość zdjęcia, ale od czasu przeprowadzki kompletnie nie moge znaleźć odpowiedniego miejsca i światla. Patrzę na to kiedy udało mi się ostatnim razem zamieścić notkę na blogu i wierzyć mi siś nie chce. Oj, zaniedbałam bloga, zaniedbałam. Powodów mojej nieobecności było kilka, głównie jednak brak czasu i bycie bardzo zapracowaną.

Z dumą mogę powiedzieć już w czasie przeszłym, że przeszłam jedną z największych faz zwątpieniowych dotyczących nietestowanych kosmetyków (z powodu firm sprzedających kosmetyki w Chinach) i chyba wyszłam z tego mocniejsza, stapająca mocniej po ziemi. Jakiś czas przed ogłoszeniem Estee Lauder o sprzedawaniu na rynku chińskim dostałam kilka prezentów ich marek (Smashbox, Tommy Hilfiger, sama Estee Lauder) i początkowo przyjąłam z ciężkim sercem fakt, że wylądowały na czerwonej liście. Z czasem jednak zacząłam dostrzegać i dobre strony takiej sytuacji. Po pierwsze, miałam czas zaznajomić się z ich kosmetykami i muszę powiedzieć, ze mój zachwyt Estee Lauder systematycznie zmalał. Testowanie to jedna kwestia, ale stosunek ceny do jakości to jest kwestia zupełnie inna. Dlatego chciałabym wkrótce zamieścic notkę o tak zwanych kosmetykach z wyższej półki, które czasami niestety żerują głównie na reklamie i milionach dolarów wpakowanych w ładne modelki, a które poza pięknymi opakowaniami wcale nie mają tak wiele do zaoferowania. Druga rzecz to taka, że z pokorą wróciłam do kosmetyków mineralnych i odkrywam na nowo ich urok. Odkryłam także uroki kilku nowych firm, m.in. Andalou Naturals i Hydara Mar, dzięki ostatniej dostawy kosmetykowej w TJ Maxxie. Z pokorą wróciłam też do starego, dobrego i taniego Elfa, który ponownie zaskoczył mnie nowymi formułami i niesamowitą trwałością.  A teraz słów kilka o kosmetykach z Polski.

Jeśli chodzi o dwufazowy płyn do demakijażu z Bielendy, to od dawna poszukuję czegoś, co byłoby dobrym środkiem do zmywania wodoodpornego tuszu do rzęs i eyelinera, a byłoby mniej drogie od płynu do demakijażu z Urban Decay. Ba, wodoodpornego - szukam płynu do demakijażu, który poradziłby sobie chociaż zadowalająco z regularnym tuszem. Zobaczymy jak na dluższą metę poradzi sobie Bielenda, choć na chwilę obecną odczucia mam dość neutralne.
* Obecnie wykończyłam już opakowanie Bielendy i muszę powiedzieć, ze pozytywnie mnie zaskoczyła. Dobrze radziła sobie ze zmywaniem praktycznie wszystkiego, nie podrażniała oczu i byla łatwa w użyciu. Jedyne zastrzeżenia, jakie posiadam, to wydajność - bardzo szybko ją wykończyłam - i zostawianie delikatnie tłustej powłoczki na oczach po użyciu (jednak tragedii nie ma, to jej jestem w stanie wybaczyć). Ogólnie - polecam.

Pozostałe kosmetyki ciągle testuję. Jedyne, co mogę napisać już teraz, to oszałamiające zapachy. Masełka Organique oferują niesamowitą gamę zapachów, używanie ich to czysta przyjemność. Dla wszystkich zastanawiąjacych się nad polityką testowania Organique - według mojej najlepszej wiedzy firma ma czyste sumienie. Niestety, nie ma ich na żadnej oficjalnej liście, dlatego nie mogę tego stwierdzić ze 100-procentową pewnoscią, ale tak naprawdę nawet bycie na liście nie gwarantuje prawdziwości składanych przez firmę oświadczeń (patrz Avon), w związku z tym zawsze pozostaje ten margines niepewności. Mimo wszystko, 95% pewności musi mi na razie wystarczyć :)

A tu maly bonus z mojej udokumentowanej zdjęciami przeprowadzki:






Wednesday, June 27, 2012

Kosmetycznie, dietetycznie




Witam wszystkich, wciąż śledzących mojego bloga :*

Kochani, jak sami wiecie, ostatnio w kręgach CF nastroje bywały różne. nawet i mnie się udzielił powszechny niepokó i pytanie krążące niejako w powietrzu pt. Co dalej?

Sprawa wygląda tak,  że nic dalej. Moje zdanie na temat testowania kosmetyków ma zwierzętach się nie zmieniło, więc idę po rozum do głowy i powracam w znów optymistycznym humorze. Przyznam szczerze, że trochę mnie ostatnie tygodnie zmaltretowały; jak nie problemy w domu, to problemy z pracą, jak problemy z pracą, to problemy pieniężne, jak problemy pieniężne - to problemy z rodziną. Ale szczerze? Będzie dobrze, tego nauczyła mnie at,osfera w Stanach. Kocham tę mentalność! Co by się nie działo, to się w końcu przecież poukłada, trzeba tylko się nie załamywać.

Kiedy nie pisałam bloga, dokonałam zaskakującego odkrycia,  że wciąż przybywa mi czytelników. Jest to o tyle właściwie zaskakujące, że obecnie blogi pisze masa dziewczyn, które codziennie dodają notki, bardzo często robią rozdania i  łatwo się znudzić blogami, które tego nie robią. Tym bardziej Wam dziękuję za uwagę. Przy okazji odkryłam,  ze wiele z Was prowadzi lub zaczyna prowadzić własme blogi, na których wspominacie o testowaniu na zwierzętach - super, kibicuję Wam z całego serca.

Żeby zupełnie nie zbaczać z tematów kosmetycznych, to Wam powiem, że znów zaczęłam rozglądać się po mniejszych firmach kosmetycznych... i nie jest źle. W ogóle nie jest źle, zwłaszcza, że sporo takich firm nie testuje. Tak samo, jak nie testuje większość polskich firm. Z pewną pokorą wróciłam też do firm mineralnych.

Earth Science jest firmą naturalną, niezbyt tanią, ale nieprzyprawiającą cenami o palpitacje serca, interesującą. Oczywiście, jak przystało na firmę pojawiającą się tym blogu, nie testują swoich kosmetyków na zwierzętach. Na zdjęciu powyżej znajduje się ich maska do włosów olive&avocado. Jest to maska nad maskami, jedna z niewielu, które stawia moje kłaki na nogi nawet jak prawie spalę sobie włosy.... :> (Nie pytajcie o szczegóły, mały wypadek przy domowym farbowaniu.... :>) Ja widzę różnicę w kondycji włosów już po 3 użyciach, aczkolwiek ostatnim razem konieczne było potrzymanie jej na moim blondyńskim łbie aż godzinę :> No w każdym razie ja polecam wypróbować. Jak mnie na moją głupotę pomogła, to i Wam musi pomóc, rady nie ma ;) Maseczka jest dość przyjemna w aplikacji i ma bardzo delikatny zapach. Nie zawiera też parabenów.

Dziś notka nieco pomieszana, kosmetykowo - dietowa, z naciskiem na dietowa. Nie wiem jak Wy, ale Linusiątko to ma niestety taką przywarę, że jak ma dołek to zaczyna wcinać masowo jak małe prosiątko i to zazwyczaj wiele rzeczy, które mu wpadnie w łapki. Zwłaszcza rzeczy, które nie powinny być uważane za zjadliwe :> Na efekty takiego stanu co prawda nie musiało zbyt długo czekać, ale na łocy przejrzało dopiero jak próbowało udokumentować fotograficznie podróż przez kilka Stanów z Kalifornii do Midwest. Ło matko, to naprawdę JA? No więc - dieta. Tym razem nieco bardziej zaplanowana niż poprzednim razem. W ruch poszły znów moje ukochane książki z serii Flat Belly Diet (o których wspominałam w tej notce - KLIK!) i jeszcze raz stwierdzam to samo - ta dieta jest absolutnie cudowna, rewelacyjna i w ogóle niezastąpiona. Przede wszystkim - działa i to dobrze działa, jest zdrowa, jest sensowna i można ją stosować całe życie, bo jest po prostu zdrowszym sposobem odżywiania się. Ponieważ zwróciłam uwagę na to, że sporo z Was interesuje się dietami i sposobem na zdrowe odżywianie, chciałabym przytoczyć Wam kilka uwag, które mi się nazbierały po naprawdę milionie wypróbowanych diet (teraz myślę, że wiele razy moja potrzeba pójścia na dietę była kompletnie wyssana z palca jakąś bzdurną wymarzoną wagą :>)

Rady dotyczące sensownej  i skutecznej diety wg Linusiaczka:

a)  dieta musi być nie tylko urozmaicona, ale i różnorodna. Przez różnorodność rozumiem nie tylko dietę zbilansowaną, ale też eksperymentowanie z różnymi kuchniami świata (u mnie sprawdziło się świetnie). O dziwo, ja po kilku tygodniach na takiej diecie nie czuję tęsknoty za śmieciowym czy nawet wysokokalorycznym jedzeniem. Osobom szukającym interesujących książek kucharskich polecam skierować swoje oczy na zagraniczne strony typu ebay.com czy amazon.com. Szczególnie polecam to wegetarianom i weganom - wybór wegetariańskich ksiązek kucharskich w Polsce jest, jak dla mnie, po prostu zatrważający. Natomiast amazon aż roi się od ciekawych książek kucharskich tego typu.

Moje ostatnie odkrycia kulinarne (ogólne, niewegetariańskie) to:



Zawiera 500 przepisów dietetycznych, które są pyszne i po prostu trudno uwierzyć, że niskokaloryczne. Wśród nich przepisy na wypieki (np. jagodowo cytrynowe muffiny!), kanapki, zupy, sałatki, przystawki, dania bezmięsne i mięsne.

Oraz:

Zbiór przepisów z całego świata.


Do znalezienia przepisy afrykańskie, chińskie, japońskie, indonezyjskie, tajskie, hinduskie, bliskowschodnie, marokańskie, włoskie, hiszpańskie, francuskie, północnoamerykańskie, karaibskie, meksykańskie i kreolskie. Ślinka cieknie, co? :)

Obecnie leci do mnie wietnamska książka kucharska - potrawy wietnamskie to moje ostatnie odkrycie dzięki cudowniej (i taniej) knajpce w LA. Powinna być już jutro - normalnie zacieram łapki!

Czemu tak naciskam na różnorodność? Żeby dieta kojarzyła się z nowyki smakami, żeby do posiłków dietetycznych podchodzić z wypiekami na twarzy, a nie ciągle się katować myślą: jestem na diecie, jestem na diecie, tego mi nie wolno, tego nie mogę... Wierzcie mi, przechodziłam przez różne fazy: nawet gotowałam specjalnie niesmaczne jedzenie, żeby nie chcieć zjeść za dużo :> Tfu tfu! Do dziś mnie też ciarki przechodzą na myśl o zupie kapuścianej :o Ale tak serio serio - to to nie działa, po prostu nie działa. Dieta, jak durnie by to nie brzmiało, musi sprawiać przyjemność.

b) Ruch. Z tym ruchem to jest tak, że.... ruch jest ważny, temu zaprzeczyć się nie da. Ruch jest zdrowy. Ale ruch musi być przyjemnością i musi być naturalnym dodatkiem. Sprzeciwiam się zapisywaniu się na 10 treningów z róznych dziedzin jeśli nie jest to wasz typowy styl życia. Na diecie ruchu powinno być więcej, ale być tak rozplanowany, żeby można było kontynuować ćwiczenia bez nerwów i bez zbytniego obciążenia nawet i po skończonej diecie, czyli nawet jak spędzamy 10h w robocie czy w środku sesji. Dlatego też jak dla mnie półgodzinny rześki spacer (marszowym tempem) plus 10 min ćwiczeń z ciężarkami co 2 dzień (nie ja to wymyśliłam, to zalecenia Flat Belly Diet) brzmią jak plan możliwy do zrealizowania nawet jak nie będę miała prawie w ogóle czasu czy nawet (tfu tfu) ochoty.

c) Kalorie. Babki, nie głodzić się! Nie wierzyć w bzdury, że na diecie trzeba być głodnym, nie jeść nic słodkiego i wyeliminować całkowicie pewne rzeczy, to może prowadzić do zaburzeń. Zbyt małą ilością kalorii bardzo łatwo rozwalić sobie system trawienny (ta dam, zgadnijcie na czyich błędach Linus się tego nauczył? :> Prawie 2 lata zajęlo mi przywrócenie się do normalności, przez jakiś czas tyłam na naprawdę minimalnych porcjach jedzenia.) Nie róbcie tego sobie. Szczerze mówiąc, nie uważam, żeby można było zejść poniżej 1500 kcal i cieszyć się łatwością diety. (Oczywiście te uwagi nie tyczą się osób na diecie wegańskiej, szczególnie witariańskiej, ale te osoby to akurat rzadko szukają porad dotyczących zbędnych kalorii ;)

d) 4-5 posiłków dziennie - jak najbardziej ma sens. Nie doprowadzić się do napadów wilczego głodu.

e) Nie  iść na miasto ani do sklepu na głodnego! To się nigdy nie kończy dobrze. W razie wątpliwości dobrze jest mieć przy sobie coś zdrowego do przegryzania - osobiście polecam garść orzechów. (Ale garść, a nie 2 paczki ;)

f) Flat Belly Diet zaleca używanie do każdego posiłku tłuszczy roślinnych. Takimi tłuszczami są orzechy, pestki, oliwa z oliwek (bądź np olej z pestek winogron czy orzechów włoskich), ćwiartka awocado albo oliwki. Takim tłuszczem jest też gorzka czekolada. Oczywiście wszystko z umiarem - ilość orzechów w posiłku powinna się wahać między 2, a 4 łyżkami, ilość zalecanego avocado to ćwiartka, ilość czekolady to pewnie ok. 50 g. Jednak to wystarczy, żeby można było poczuć różnicę w poziomie głodu. Podkreślam jednak, że należy od czasu do czasu zjeśc coś słodkiego - oczywiście własnej roboty albo np własnie kawałek gorzkiej czekolady, żeby wiedzieć ile kcal się naprawdę zjada - żeby nie patrzeć maślanymi oczami na każdą pokusę w sklepie.

g) Nie wiem dlaczego to u licha działa, ale działa! Polecam Wam układać posiłki, które nie tylko smakują, ale także wyglądają apetycznie, najlepiej złożone z intensywnych kolorów - zielonych części warzyw, czerwonych i pomarańczowych warzyw oraz owoców, żółci niektórych zbóż. Ja nie wiem CZEMU, ale coś w tym jest.

Flat Belly Diet ma jedną zasadniczą wadę, a dla Was nawet dwie. Po pierwsze, zaleca przygotowywanie posiłków 4 razy dziennie. Może to być trochę czasochłonne i czasami trudno jest je sensownie rozplanować. Po drugie, książka opiera się na składnikach bardzo powszechnych w Ameryce, nie tak jednak łatwych do dostania (ani tanich) w Europie. Tak czy siak, jest to jedyna naprawdę skuteczna i sensowna dieta, którą z ręką na sercu mogłabym polecić każdemu.

Thursday, June 14, 2012

Halo?

Pragnę oświadczyć, że żyje i... no powiedzmy, że mam się dobrze. Przechodzę taką sobie fazę na zwątpienie, potęgowane systematycznie złymi wieściami na froncie nietestowania na zwierzętach. Powiem Wam, że zniechęca mnie to do przełamania tego blogowego marazmu i powrotu do blogowego świata. Co zaglądam na wątek o nietestowanych firmach to pojawiają się nowe wątpliwości - najlepsze jest to, że z każdej strony! Firmy próbują mi wcisnąć, że pomimo iż sprzedają kosmetyki na rynku chińskim to są firmami nietestującymi bo tak i koniec, ludzie niekiedy próbują mi wcisnąć że jakaś tam firma jest na pewno ok i oni za to ręczą (tylko dowodów brak, na listach nie ma a i sama firma milczy jak zaklęta), inni próbują mi wmówić, że testy na zwierzętach nie istnieją i jest to wymysł kilku internetowych świrów, ale na pytania o wytłumaczenia oczywiście nie odpowiadają. A mi ręce opadają i już nie wiem co mam komu odpowiadać. Albo czy w ogóle odpowiadać - bo po co?

Najpierw Avon, Mary Kay i Estee Lauder, później marki podległe Estee jak MAC czy Smashbox, Oriflame, a teraz Urban Decay. Niełatwo skupiać się na markach nietestujących w obliczu takich strat  (no ale się staram oczywiście).

Poza całym tym bałaganem przechodzę osobiste trzęsienie ziemi, przeprowadziłam się kolejny raz - i kolejny raz do innego stanu. Jak sobie pomyślę, że w ciągu ostatnich 4 lat mieszkałam na 2 różnych kontynentach, w 3 różnych państwach i w 3 różnych strefach klimatycznych to robi mi się z deka słabo. No w każdym razie oświadczam, że żyję, nie porzuciłam wcale na dobre blogowania ani używania kosmetyków CF i że niebawem powrócę. Mam nadzieję, że z lepszym nastawieniem i mniej bolącą głową. 

Wednesday, May 16, 2012

Ukręcanie własnych cieni - podejście pierwsze

.... i niezbyt udane ;) Chociaż ja osobiście nie narzekam, bo lubię cienie delikatne, których prawie nie widać.

Ale po kolei. Mówiłam Wam chyba w ostatniej notce, że łażąc po blogach daję się im inspirować. Hmm, w sumie to nie wiem czy to inspiracją należy nazwać czy po prostu brakiem własnego zdania, bo co rusz wpadam na nowy pomysł. Tak czy siak, ponieważ jestem stałą bywalczynią bloga Italiany (pozdrawiam Cię Italiano! :*), dałam się jej ostatnio nakręcić na własnoręcznie kręcone kosmetyki kolorowe. Tu jednak taki mały klops, ponieważ Italiana pokazywała nam jak kręcić własne  błyszczyki (od tego się zaczęło) i na te oto właśnie błyszczyki nabrałam dzikiej, zwierzęcej ochoty. Niestety fundusze nie pozwoliły mi na zakup wszystkiego, czego potrzebowałam do skombinowania jakiegoś fajnego błyszczyka, w związku z tym postanowiłam wreszcie zrobić użytek z posiadanych przeze mnie pigmentów firmy TKB Trading, o których pisałam TUTAJ. Od razu pragnę zaznaczyć, że w kwestii kręcenia zielona jestem jak mój szczypiorek na wiosnę, więc zabierałam się do tego bardzo niezdarnie i bardzo nieprofesjonalnie. Moim drugim wrogiem była wrodzona niecierpliwość i chroniczna, chorobliwa wręcz niechęć do odmierzania (nie pytajcie mnie skąd się to wzięło, jest to problem głęboko zakorzeniony w moim dzieciństwie..... :>)

Tak czy siak postanowiłam, że:

a) spróbuję z tymi cieniami własną, linusiaczkową metodą (czyli tzw. brakiem metody lub metodą 'bez ładu i składu na wariackich papierach' :D)

b) podzielę się z Wami wynikami, żeby nie było, że każdy kto zaczyna od razu robi rzeczy właściwie, dobrze i jest zadowolony z efektów :D




Tak mniej więcej wyszło. Nietrudno chyba zauważyć w jakich kolorach i odcieniach gustuję, prawda? :D



Zależało mi na kolorach jasnych, ciepłych, matowych bądź satynowych, ale nie aż tak błyszczących jak same miki. Do zrobienia cieni użyłam specjalnej bazy matowej do kupienia na stronie TKB Trading. Baza składa się z dwutlenku tytanu, białej miki i stearynianu magnezu. Duża paka takiej miki kosztuje 3$, czyli ok. 10 zł. Ogólnie baza jest super, ale zozjaśnia ciemne cienie, więc nie każdemu podpasuje.

A tu jeszcze kilka swatchy:

Cienie na bazie Kobo.

Czy jestem zadowolona z mojej pierwszej, własnoręcznie zrobionej serii? I tak i nie. Tak bardzo bałam się, żeby nie zrobić za ciemnych, zbyt napigmentowanych cieni, że chyba dodałam za dużo bazy do za małej ilości pigmentu. W sumie jestem zadowolona, bo bardzo chciałam wreszcie stworzyć kolekcję cieni niemetalicznych i delikatnych, odpowiednich do makijażu dziennego i do pracy. Jednak konsystencja cieni pozostawia trochę do życzenia, cienie niechętnie się mieszają i są dość toporne w aplikacji. Jeśli użyję ich jednak jako cieni rozświetlających po łuk brwiowy albo na całą ruchomą powiekę, a do zagłębienbia powieki użyję jakiś normalnych cieni to efekt jest taki, jaki chciałam: delikatny, dzienny, nadający mi świeży, nieprzesadzony wygląd. Ogólnie jestem zadowolona, ale nie mogę powiedzieć, żebym pobiła jakością cienie Stili albo Urban Decay, jeszcze muszę poświczyć :D

A Wy? Kręcicie coś? Macie jakieś doświadczenia bądź zabawne historyjki do opowiedzenia?

Sunday, May 13, 2012

W życiu piękne są tylko chwile - czyli Zakładam TAGA, nie ma żartów

Witam wszystkich :)
Ten post będzie kosmaty, zabałaganiony, flufaty i bez ładu i składu. Ten post ma na celu, między innymi, założenie TAGa.

Łażę ostatnio po blogach wszelkiej maści i daję samej sobie się tymże blogami zainspirować. Przez to wszystko zakupiłam kilka nowych olei i zaczęłam ponownie olejować włosy (wszystko wina Blond Hair Care, po zobaczeniu jej włosów na zdjęciu zapałałam do nich żywą miłością i postanowiłam czym prędzej wziąć się za moje blond kosmyki), zaczęłam trochę tworzyć własne cienie (Italiano! tu Ty jesteś winowajcą! - ona stale coś ukręca i miesza), doszłam do wniosku, że za mało piszę o testach na zwierzętach i akcjach przeciwko (poczciwa Pralka nie strzępi sobie języka na darmo), doszłam do wniosku, że czas wrócić do mojego stylu pisania sprzed emigracji, gdzie język lekki przenosił na kartkę papieru wszystkie myśli z lubością i łatwością (zakochałam się na amen w stylu pisania Olgi - wpadłam na jej bloga i wypaść nie mogę). Na koniec blog Mad Tea Party - źródło wszelkiego zła ;) i dzsiejszej notki. Bellablumchen pisze dosadnie, z sensem,, z ironią i z wielką spostrzegawczością. Notki zajeżdżają mi inteligentną babką na kilometr i dają wiele do myślenia. Ostatnio natknęłam się na jej notkę Lubię To! .... i postanowiłam założyć TAGa.

Z dedykacją dla Bella Blumchen. Jestem pewna, że coś podobnego już powstało, ale nie pamiętam, żeby mi się dokładnie takie coś rzuciło w oczy.



Zasady TAGa Lubię TO!:

1. Banerem jest wklejone zdjęcie.
2. Napisz kto Cię otagował.
3. Wypisz wszystkie drobne rzeczy, które przychodzą Ci do głowy, które lubisz, które czynią Cię szczęśliwą, te wszystkie drobnostki, dla których warto żyć. Szczególnie te najdrobniejsze i te, które wydają się zbyt banalne, by je wymienić, ale które poprawiają Ci humor.
4. Otaguj kilka osób.

No to zaczynamy. Lubię to!:

- fioletowoniebieski kolor (tzw. perrywinkle)
- jajecznicę
- zapach konwalii
- książki, których fabuła osadzona jest w Azji
- wielogodzinne pogaduchy z moją przyjaciółką
- planowanie nowych wycieczek (niekoniecznie same wycieczki :D)
- znajdowanie egzotycznych przepisów kulinarnych na necie
- uczenie się nowych języków i czytanie książek w tymże języku (na razie po angielsku i niemiecku, odrobinę po hiszpańsku)
- mój ogródek!
- białe wino do obiadu
- bawełniane sukienki
- ładne szpilki z niezawysokiem obcasem
- różowo-złote cienie do powiek
- fioletowe, niebieskie i seledynowe kredki :D
- sok ze świeżo wyciśniętach pomarańczy
- zapach granatu w kosmetykach
- czytanie interesujących blogów
- spacery
- własnoręcznie zrobioną ice tea
- lody orzechowe i malinowe
- egipską zupę z czerwonej soczewicy!
- sushi
- pustynię
- moje świnki morskie na kolanach
- śmiać się do łez w dobrym towarzystwie
- szaleć na parkiecie jak mam czas
- zgryźliwy humor
- zabawne notki
- dystans do samej siebie
- słońce
- umiarkowaną temperaturę
- robić porządek w szafie z ubraniami
- połączenie turkusu z szarością
- oglądanie jak małż gra na komputerze - on gra, a ja podziwiam grafikę :D

Niniejszym taguję:

1) Italianę 
2) W dobrym stylu eko
3) BloGosię ( a co, zbyt mało się znamy!)
4) Olgę (moje najnowsze odkrycie blogowe, mam wrażenie, że ona to coś odsmaruje z jajami ;)
5) Renię Kicię 
6) Sorbeta (downo już tu jej nie było, stękniłam się)
7) Zoilę ( a bo nigdy jej nie taguję wystarczająco często, a na pewno miałaby coś do dodania :P)

Tak wiem, że nie odpowiedziałam jeszcze na poprzedniego taga, ale naprawdę mam w planach! :D Wkrótce też czas na opublikowanie zdjęć zrobionych przeze mnie cieni. Na razie tylko zachmurzenie ni8e sprzyjało zdjęciom. Zapraszam Was wszytskie do skupienia się na tych wszystkich drobnostkach, które czynią życie takim pięknym :)

Friday, May 11, 2012

"Pamiętajcie o ogrodach, przecież stamtąd przyszliście..."

Copyright (c) http://www.123rf.com 123RF Stock Photos


"Pamiętajcie o ogrodach 

Przecież stamtąd przyszliście 

W żar epoki użyczą wam chłodu 

Tylko drzewa, tylko liście 

Pamiętajcie o ogrodach 

Czy tak trudno być poetą 

W żar epoki nie użyczy wam chłodu 

Żaden schron, żaden beton 



Kroplą pamięci 

Nicią pajęczą 

Zapachem bzu 

Wiesz już na pewno 

Świeżością rzewną 

To właśnie tu 



Pamiętajcie o ogrodach... 



I dokąd uciec 

W za ciasnym bucie 

Gdy twardy bruk 

Są gdzieś daleko 

Przejrzyste rzeki 

I mamy XX wiek" 


Fragment wiersza Jonasza Kofty. 


Jakiś czas temu w notce Naturalna rewolucja, czyli zdrowie z prostych rozwiązań zwierzyłam się Wam z moich przemyśleń dotyczących tego co my robimy źle, jak źle traktujemy siebie i świat (no dobra, aż tak poetycko to nie było) i jakie ma to konsekwencje później także dla nas. Powiedziałam Wam też, że mam kilka postanowień spowodowanych falą złych myśli. 

Co się zmieniło? Wszystko i nic. Wszystko jest tak samo i wszystko jest inaczej. Coli nie tknęłam od kiedy zagryzłam pośladki ;) i sobie obiecałam, że z nami koniec. Zaczęłam się faktycznie lepiej odżywiać (generalnie, czasami wpadnę na jakiś durny pomysł i potem odchorowuję w nocy) i zaczęłam regularnie chodzić na długie spacery (co generalnie trudne w Kalifornii nie jest, pogoda sprzyja). 

Ale to nie wszytsko. Jako że namolnie szukam pracy i nic z tego szukania jak na razie nie wynikło (aaaaaaaa!), zmuszona byłam z małżem pod pachą przeprowadzić się do domu jego rodziny na czas znalezienia wreszcie czegoś sensownego. Ma to swe dobre jak i złe strony (ekhem, nietrudno zgadnąć), ale... No i to jest właśnie to ale. Mamy ogródek. Duży, ładny, zapuszczony. Oto co Linuś z małżolem w nim nawyprawiali ostatnimi czasy :) 

Pozwólcie, że Wam przedstawię:

Kolegę koperka (po prawej stronie Mięta, trzymają sie wiecznie razem ;)



Koleżankę Kolendrę (swoją drogą, bardzo popularną tutaj!):


Państwo Szczypiorkowie :)


Bazylia:


Majeranek trzyma się już całkiem nieźle:


Po prawej stronie rosną nam bakłażanki, a z tyłu, z fioletowymi kwiatkami, tajska odmiana bazylii.

Gwiazda sezonu, Papryczka Chilli! (Mamy też papryczkę jalapeno, paprykę czerwoną i pomarańczową)


Już kwitnące cukinie (powiem Wam szczerze. że prędkość ich wzrostu mnie przeraziła, z niczego wykluły nam się trzy giganty):


Jeżyna (widoczne już pierwsze dojrzewające owoce! Yay! sasasasasa :D)


Dystyngowane pomidorki :D Wśród odmian pomidorów mamy też cherry tomatoes (te malusie), pomidory zielone (uwielbiam smażone zielone pomidory - fried green tomatoes!) i tzw. tomatilllos - specjalność kuchni meksykańskiej. Zobaczymy co z tego wyniknie :)



A tu jeszcze cebulka z czosnkiem:


No dooobra, wiem, że nie każdy ma w sobie krew ogrodnika... no ale musiałam się pochwalić, musiałam. Najbardziej lubię gotować sobie coś i wyjść do ogródka po np. szczypiorek. Jednak warzywa prosto z ogrodu to zupełnie inna bajka. Taaaaa... życie bezrobotnego ;) Zaznaczam, że wszystko nam tak urosło w przeciągu 2 - 3 miesięcy. To dopiero było zdziwienie! (Dla mnie, dla nikogo innego tu). 

Pochwaliłam się. Dobra, przyznawać się, kto jeszcze coś hoduje? ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...