![]() |
| Obrazek pochodzi ze strony http://www.everwonder.com/david/tweety/color.html |
Latałam dziś po sklepach jak pies z wywieszinym z wywieszonym ozorem, szukając nietestowanego na zwierzakach proszku do prania. No i oczywiście dostawałam ataku spazmów.
Dobra, ok, ja rozumiem, że temat ten jest w Polsce jeszcze świeży, że dopiero zaczyna się o nim słyszeć, że to, że siamto. Widzę, że na portalach i blogach roi się od kosmetycznych propozycji wielkich testujących oligarchów. Ale normalnie mnie krew zalewa, że polskie firmy nie zrobią nic, żeby rozwiać istniejące wokół nich wątpliwości. Człowiek się w końcu zbierze w sobie, napisze grzcznego maila z pytaniem, ale odpowiedzi na politykę nietestowania (ani żadnych innych pytań, które nie zalatują kilogramem wazeliny) się nie doprosi. Oczywiście na stronie informacji zero, a na opakowaniu to już tylko pomarzyć idzie.
Jedna z polskich firm nie odpisała żadnej z dziewcząt na 15 już chyba maili, druga odpisała na mojego wylewnego maila 1 zdaniem (i to bzdurnym), trzecia się obraziła, że klienci nie mają zaufania do swojej marki (no śmiechu warte, słowo honoru), inna pisze o tym, że postępują zugodnie z prawem unijnym. Wszystko fajnie, ale prawo unijne to akurat takie znowu jednoznaczne nie jest, bo testować w ramach obowiązujących norm wciąż się da i nie udowadnia to czystych rąk żadnej polskiej marki. Firmom typu Essence czy Catrice jakoś nie przeszkadza umieszczenie oficjalnego stanowiska na stronie, ale przecież polskim firmom korona z głowy spadnie jeśli coś od siebie wymóżdżą. Bo w Polsce nie trzeba się przed klientami tłumaczyć, ani nawet w zasadzie nimi przejmować, najwyżej za spadek obrotów obwini się złą koniunkturę albo pracowników, a co.
Prawdę powiedziawszy tracę powoli serce do większych polskich marek. Albo straszą skierowaniem sprawy do sądu bo im się nie podoba, że się znaleźli na czerwonej liście (ale uraczyć kogoś sprostowaniem, wyjaśnieniem czy przyjemnym mailem to już nie łaska, w końcu lepiej się narazić od razu dziesiątkom osób) albo w każdym innym mailu piszą coś innego (typu nie testujemy na zwierzętach, w Unii nie wolno przeprowadzać żadnych testów na zwierzętach, a w kolejnym mailu zapewniają, że sprawdzają czy ich dostawcy na zwierzętach testują. No przecież jak 'nie wolno testować' to co tu sprawdzać? ). Gdzie tu logika? Jakaś polska organizacja typu Peta by się w Polsce przydała, z prawem przeprowadzenia wizytacji i sprawdzania jak się ma to, o czym firmy zapewniają, do rzeczywistości. Z prawdziwymi reperkusjami za nierzetelność. Może zapodała by, że się tak wyrażę rubasznie i metaforycznie zarazem, kopa w te firmowe tyłki. A może by tak, dla rozwiania wszelkich wątpliwości, postarać się o miejsce na jakiejś liście, choćby liście OK? Oczywiście pomijam kilka polskich firm, które mają informację o nietestowaniu na zwierzętach bądź profesjonalną obsługę klienta - ale takich firm jest, niestety, wciąż niewiele.
Jestem też coraz bardziej nieufna w stosunku do wszystkich wielkich korporacji, a nawet dużych niezależnych firm - ostatnio z listy Pety wyleciał Avon (ten to nawet z wielkim hukiem), Mary Kay, Estee Lauder i Yves Rocher. Za MK i EL nawet nie będę płakać, ale Avon wściekł mnie do granic możliwości ponieważ zostałam konsultantką 3 tygodnie wcześniej i wyraźnie podałam jako jeden z powodów ich politykę nietestowania na zwierzętach. Zrezygnowałam z uczestnictwa, ale niesmak pozostał. I to jaki. I pytanie na koniec co robić z markami podległymi Estee Lauder, a w grę wchodzą tęgie nazwy: Bobbi Brown, MAC, Smashbox czy Stila. Nie ma żartów.
No, to ja się wygadałam. Na ostatku i na poprawę nastroju napiszę, że w końcu udało mi się upolować nietestowany płyn do prania. Chociaż tyle.















.jpg)





