Friday, February 17, 2012

Frustracja

Obrazek pochodzi ze strony  http://www.everwonder.com/david/tweety/color.html   
żeby nie było tak wesoło, to dziś będzie notka sfrustrowana. A raczej notka sfrustrowanej kobiety.

Latałam dziś po sklepach jak pies z wywieszinym z wywieszonym ozorem, szukając nietestowanego na zwierzakach proszku do prania. No i oczywiście dostawałam ataku spazmów.

Dobra, ok, ja rozumiem, że temat ten jest w Polsce jeszcze świeży, że dopiero zaczyna się o nim słyszeć, że to, że siamto. Widzę, że na portalach i blogach roi się od kosmetycznych propozycji wielkich testujących oligarchów. Ale normalnie mnie krew zalewa, że polskie firmy nie zrobią nic, żeby rozwiać istniejące wokół nich wątpliwości. Człowiek się w końcu zbierze w sobie, napisze grzcznego maila z pytaniem, ale odpowiedzi na politykę nietestowania (ani żadnych innych pytań, które nie zalatują kilogramem wazeliny) się nie doprosi. Oczywiście na stronie informacji zero, a na opakowaniu to już tylko pomarzyć idzie.

Jedna z polskich firm nie odpisała żadnej z dziewcząt na 15 już chyba maili, druga odpisała na mojego wylewnego maila 1 zdaniem (i to bzdurnym), trzecia się obraziła, że klienci nie mają zaufania do swojej marki (no śmiechu warte, słowo honoru), inna pisze o tym, że postępują zugodnie z prawem unijnym. Wszystko fajnie, ale prawo unijne to akurat takie znowu jednoznaczne nie jest, bo testować w ramach obowiązujących norm wciąż się da i nie udowadnia to czystych rąk żadnej polskiej marki. Firmom typu Essence czy Catrice jakoś nie przeszkadza umieszczenie oficjalnego stanowiska na stronie, ale przecież polskim firmom korona z głowy spadnie jeśli coś od siebie wymóżdżą. Bo w Polsce nie trzeba się przed klientami tłumaczyć, ani nawet w zasadzie nimi przejmować, najwyżej za spadek obrotów obwini się złą koniunkturę albo pracowników, a co.

Prawdę powiedziawszy tracę powoli serce do większych polskich marek. Albo straszą skierowaniem sprawy do sądu bo im się nie podoba, że się znaleźli na czerwonej liście (ale uraczyć kogoś sprostowaniem, wyjaśnieniem czy przyjemnym mailem to już nie łaska, w końcu lepiej się narazić od razu dziesiątkom osób) albo w każdym innym mailu piszą coś innego (typu nie testujemy na zwierzętach, w Unii nie wolno przeprowadzać żadnych testów na zwierzętach, a w kolejnym mailu zapewniają, że sprawdzają czy ich dostawcy na zwierzętach testują. No przecież jak 'nie wolno testować' to co tu sprawdzać? ). Gdzie tu logika? Jakaś polska organizacja typu Peta by się w Polsce przydała, z prawem przeprowadzenia wizytacji i sprawdzania jak się ma to, o czym firmy zapewniają, do rzeczywistości. Z prawdziwymi reperkusjami za nierzetelność. Może zapodała by, że się tak wyrażę rubasznie i metaforycznie zarazem, kopa w te firmowe tyłki. A może by tak, dla rozwiania wszelkich wątpliwości, postarać się o miejsce na jakiejś liście, choćby liście OK? Oczywiście pomijam kilka polskich firm, które mają informację o nietestowaniu na zwierzętach bądź profesjonalną obsługę klienta - ale takich firm jest, niestety, wciąż niewiele.

Jestem też coraz bardziej nieufna w stosunku do wszystkich wielkich korporacji, a nawet dużych niezależnych firm - ostatnio z listy Pety wyleciał Avon (ten to nawet z wielkim hukiem), Mary Kay, Estee Lauder i Yves Rocher. Za MK i EL nawet nie będę płakać, ale Avon wściekł mnie do granic możliwości ponieważ zostałam konsultantką 3 tygodnie wcześniej i wyraźnie podałam jako jeden z powodów ich politykę nietestowania na zwierzętach. Zrezygnowałam z uczestnictwa, ale niesmak pozostał. I to jaki. I pytanie na koniec co robić z markami podległymi Estee Lauder, a w grę wchodzą tęgie nazwy: Bobbi Brown, MAC, Smashbox czy Stila. Nie ma żartów.

No, to ja się wygadałam. Na ostatku i na poprawę nastroju napiszę, że w końcu udało mi się upolować nietestowany płyn do prania. Chociaż tyle. 

Thursday, February 16, 2012

Nie otynkowana, tylko pomalowana! Słówko o podkładach mineralnych.

O minerałach pisałam na moim poprzednim blogu, pozwolę sobie więc przekleić moje uwagi ogólne dla tych, którzy są ze mną od niedawna. Całą moją poprzednią notkę można przeczytać TUTAJ. Czyli najpierw ogólnie:

Minerały mają kupę zalet i kilka znaczących wad. Największe problemy z minerałami występują na początku ich używania, zazwyczaj jak się dopiero podejmuje decyzję o wypróbowaniu tego typu kosmetyków. Początki zawsze bywają trudne, a już zwłaszcza jak się jest zielonym w temacie jak szczypiorek na wiosnę.

Linie mineralne niemineralnych firm naprawdę rzadko są prawdziwymi kosmetykami mineralnymi! Najczęściej zawierają dodatki tych wszystkich zapychaczy, które dodają do form płynnych, ale że dodają też do kosmetyków minerał w jakiejś formie (najczęściej startej ;) ) to się szumnie ogłaszają jako mineralne. Nie dajmy się ogłupić! No to teraz słówko o problemach z prawdziwymi minerałami:

a) po pierwsze, większość firm mineralnych jest dostępna tylko online i to często trzeba zamawiać je ze Stanów bądź Wielkiej Brytanii (wyjątek: bardzo wysoko ocenione kosmetyki mineralne Pixie Cosmetics)

b) po drugie, ilość firm mineralnych jest przytłaczająca, czasami naprawdę nie wiadomo od czego zacząć

c) zanim zacznie się używać minerałów trzeba często zaopatrzeć się w odpowiednie pędzle

d) zanim nasza buzia zacznie przypominać buzię normalnego człowieka a nie ufo, często trzeba znaleźć własny 'sposób na minerał'. Dotyczy to głównie sposobu ich nakładania oraz bazy pod nie (minerały zachowują się inaczej na różnych bazach, dotyczy to także nałożenia na mokro)

e) nie są najłatwiejsze do użycia w podróży lub w ciągu dnia - mogą brudzić, wysypywać się no i wszędzie trzeba by taszczyć pędzelki ze sobą. I już sobie wyobrażam wielkośc mojej kosmetyczki podróżnej, gdybym musiała tachać ze sobą te wszystkie puzderka, pędzelki, woreczki strunowe, pudry, podkłady, korektory, róże, cienie...

Plusy używania minerałów:

a) efektu, jaki można osiągnąć minerałami, nie da się porównać z niczym. Naturalny wygląd, gładka buzia, ujednolicony koloryt

b) ponieważ podkłady i pudry istnieją w tylu formułach i w tylu odcieniach, można je dobrać idealnie do karnacji i rodzaju skóry

c) naturalnego składu nie trzeba chyba nawet wspominać

d) w przypadku cieni czy róży wybór kolorów jest obłędny

e) z powodu oferowanych próbek bardzo łatwo jest wypróbować ogromną ilość kolorów, niektórych nawet bardzo zbliżonych do siebie, ale odrobinę innych, bez wywalania niepotrzebnie pieniędzy w błoto jeśli kolor nam nie podpasuje

f) próbki starczają na naprawdę długo, więc ogólnie powiedziałabym, że są tańsze od tradycyjnach cieni podobnej jakości

g) kosmetyki mineralne (przynajmniej te prawdziwe mineralne) się nie przeterminowują - dobre dla takich chomików jak ja

h) większość z nich nie uczula i nie zapycha, ALE tu uwaga dla wszystkich osób, szczególnie z problemową cerą: uczulenia na naturalne składniki nie są rzadkością, czasami można być paskudnie uczulonym na któryś składnik. Tylko dlatego, że jakiś kosmetyk mineralny z konkretnym składem nas uczulił, nie trzeba od razu zakładać, że tak będzie z każdym mineralnym składnikiem. Czasami trzeba popatrzeć na skład i, drogą eliminacji, znaleźć ten nas podrażniający

i) na skórze minerały są praktycznie niewyczuwalne i niewidoczne (jeśli są prawidłowo dobrane)

j) wystarczy odrobina, by twarz wyglądała promiennie i zdrowo

k) nie ma niebezpieczeństwa, że zostawią na twarzy odznaczającą się linię (między na przykład podkładem a szyją). Wszyscy kochamy perypetie z widocznym podkładem, prawda? :>

l) skóra w podkładach mineralnych po prostu oddycha, czego nie mogę powiedzieć, żebym doświadczyła z podkładami płynnymi

ł) wiele minerałów zawiera naturalny filtr przeciwsłoneczny, dobre dla osób, którym się nie chce używać prawdziwych kremów z filtrami :> Nawet jeśli nie jest to to samo działanie to lepszy rydz niż nic.

Podkład Everyday Minerals w formule semi matte

Na zdjęciu używany przeze mnie podkład Everyday MInerals. Opakowanie zawiera 5.5g, kosztuje 12 $. Nie uważam tego za wygórowaną cenę. Opakowanie, w którym są sprzedawane pełnowymiarowe podkłady jest takie samo jak opakowanie do pełnowymiarowego różu. Okrągłe plastikowe pudełeczko ma około 6,5 cm średnicy i wyposażone jest w siteczko oraz dodatkowe zamknięcie tegoż siteczka. Zapobiega to wysypywaniu się produktu. Znacznie lepsze rozwiązanie niż przy opakowaniu próbek, z których nieopatrznie zawsze dziwnym trafem "wycieka" mi produkt.

Everyday Minerals Fair Neutral
Skład na zdjęciu powyżej. W opisie napisane jest, że zapewnia mocne krycie. Co prawda nie potrzebuję mocnego krycia, więc nie z takim zamierzeniem go kupiłam, jednak nie zauważyłam przy okazjonalnej niespodziance, żeby krył jakoś fantastycznie - pewnie zależy to od nałożonej ilości i stopień krycia można stopniować. Ja zawsze nakładam ilość minimalną. Najlepiej wygląda nałożony na mokro z hydrolatem (sposów na nakładanie zapożyczony od Emilki (pozdrawiam Cię Emilko :*), która mnie oświeciła jak zapewnić sobie brak pylistej maski na twarzy przy używaniu tego produktu). Nakładam pędzlem flat topem, również z EDM, spryskanym uprzednio odrobiną hydrolatu oczarowego. (Uwaga, aby można było używać tego podkładu w ten sposób, trzeba mieć bardzo dobry rozpylacz, zdecydowanie nie polecam tego ze strony Biochemii Urody, rozpyla za dużo produktu!). Następnie nakładam kolistymi ruchami, w razie potrzeby czynność powtarzam. Podkład na buzi jest kompletnie niezauważalny. Nic się nie odznacza, nie wyciera, nie wygląda nienaturalnie. Nie czuć go na twarzy.

Za co niezmiernie lubię firmę Everyday Minerals, to ich bardzo stanowczą politykę prozwierzęcą (są na wszystkich listach firm nietestujących na zwierzętach, wymagają od dostawców corocznych oświadczeń i dokumentów, że surowce, które skupują nie są testowane na zwierzętach), fachową obsługę klienta i bardzo częste promocje. Za każdym razem kupowałam coś od nich na promocji. Co mi się też bardzo podoba to fakt, że można zamówić próbki (5 próbek) w dowolnej grupie kolorystycznej. Sama zamówiłam już 10 próbek (jaśniejszy zestaw na zimniejsze dni i ciemniejszy na lato). Darmowe próbki poszczególnego zestawu (danego koloru, np. light albo fair albo medium) można zamówić raz. Każdy kolejny raz będziemy musieli za próbki zapłacić 5 dolarów. Tłumacząc jeszcze raz - jeśli chcemy wypróbować kolor fair, dostaniemy 4 czy 5 próbek formuł za darmo w tym właśnie odcieniu (kolor fair w formule original glo, semi matte, matte itp). Jeśli chcemy następnym razem zamówić wersję próbek light, bo fair nam nie odpowiadało, znów dostaniemy je za darmo. Jeśli po tym nie będziemy wciąż pewni, który kolor i formuła odpowiadajł nam najbardziej, możemy zamówić próbki w kolorze light czy fair jeszcze raz, ale tym razem płacąc za nie 5$. Uuuf ;)

Niestety nie jestem w 100% pewna jak to wygląda w Polsce, na pewno jednak ich amerykańska strona jest bardzo przyjemna.

Podkładu używam od około roku, acz sporadycznie. Uważam go za wydajny, bo mi wystarczy naprawdę odrobinka. Jestem z niego zadowolona, choć nie wiem czy jest to mój mineralny kosmetyk doskonały. Na razie próbowałam tylko podkładów z EDM i Lucy Minerals, te ostatnie okazały się dla mnie niewypałem. Czy polecam? Absolutnie, podkłady jak najbardziej warte wypróbowania.

Saturday, February 11, 2012

Nietestowany na zwierzętach dom

Nietestowane na zwierzętach środki czyszczące

Dziś się wyłamię nieco z mojej zasady i po raz pierwszy opublikuję produkty, opierając się na nie swoich własnych poszukiwaniach, a na poszukiwaniach Dziewcząt z wątku o Bezpiecznych Firmach (czyli nie testujących na zwierzętach) z wizaż.pl. Powodem jest fakt, że takie mini śledztwa przeprowadziłam już w Stanach i tam dokładnie wiem, których produktów mogę używać, a których mam bezwzględnie unikać. Dlatego dzisiejszy wpis dedykuję im (im- Dziewczętom z wątku) w podzięce za ich pracę i wytrwałość :* 


Na zdjęciu widać używane przeze mnie produkty chemii gospodarczej:

 a) uniwersalny płyn do mycia firmy Frosch, do dostania we wszystkich większych supermarketach. Używam go do mycia łazienki, podłóg, kafelek, zlewozmywaków. Dobrze czyści i ma przyjemny zapach.
 b) plyn do mycia naczyń Gold Drop, wersja eco. Droższy od normalnej wersji, także do dostania w większych supermarketach. Gold Drop jest polską firmą z Limanowej, z ekologicznym ukierunkowaniem.
 c) mydełko do odplamiania Dr Beckmann. Mydełko nakładamy na plamę i zostawiamy na jakiś czas zanim wypierzemy rzecz. Ja zostawiam na ok. 1 dzień. Szczerze mówiąc nie wiem gdzie można je znaleźć, zastałam je w łazience już po przylocie. Edit: dziś znalazłam je (oraz wiele pokrewnych produktów Dr Beckmann) w Piotrze i Pawle


Rzecz, którą zamierzam wypróbować: orzechy piorące. Słyszałam dużo sprzeczynych opinii na ich temat, myślę, że czas się samej o tym przekonać.

***************

Kochani, z powodu burzy, która rozpętała się ostatnio na blogach urodowych chciałabym wtrącić też swoje przemyślenia. Dla tych, którzy nie wiedzą o co chodzi, myślę, że najlepiej na swoim blogu ujęła sprawę Urban Warrior - klik.

Nie współpracuję z żadną firmą ani nie mam w planach żadnej współpracy. Nie założyłam bloga z takim zamysłem. Mój blog powstał w powodu rozgoryczenia niemożnością znalezienia czegokolwiek o kosmetykach nietestowanych na zwierzętach. 

Jestem osobą, która nie zgadza się z frontem wojujących (sporo osób w organizacjach praw ochrony zwierząt jest dość agresywnych w swoich poczynaniach) ani z frontem olewających (i tak sama nic nie zmienię, więc po co zaczynać). W związku z tym nie mogłam sobie za bardzo w blogowym internecie znaleźć miejsca. Założyłam bloga, bo miałam wrażenie, że brakuje takiej alternatywnej opcji w blogosferze. Chciałam pokazać, że wybieranie opcji nietestowanych na zwierzętach, ekologicznych (albo chociaż ekologiczniejszych), popierających idee Sprawiedliwego Handlu, omijających szerokim łukiem oligarchiczne molochy kosmetyczne (śmiejcie się, ale kilka koncernów trzyma w garści większość kosmetycznych rynków świata, mnie się to nie podoba) nie jest trudne ani bezsensowne. Nietrudno zauważyć, że na moim blogu prawie nie ma recenzji, bo nie do końca czuję się uprawniona do recenzowania produktów. Po prostu pokazuję aternatywne opcje.

 Nie będę się zarzekać, że nigdy, przenigdy nie przetestuję niczego co mi będzie ofiarowane do przetestowania, bo prawdę mówiąc różnie się w życiu toczy. Nawet jeśli coś takiego nastąpi, prawdopodobnie nie zdecydowałabym się na współpracę z firmami polskimi, bo po pierwsze nie podoba mi się to jak wiele z nich traktuje 'współprace' i w ogóle klienta, a po drugie nie wiem czy mogłabym współpracować z jakąkolwiek firmą, która nie jest otwarcie firmą nietestującą na zwierzętach, wyczerpująco odpowiadającą na wszelkie pytania zadane w mailach, umiejącą się wykazać dokumentacją że nie skupiają składników od jakichkolwiek labolatoriów testujących na zwierzętach i będącą dumną z takiego nastawienia (jak Lush czy Everyday Minerals, których odpowiedzi mailowe tym bardziej zachęciły mnie do zakupów). Na chwilę obecną takich firm w Polsce nie widzę (może poza kilkoma chlubnymi wyjątkami), a standard customer care (obsługi klienta) w Stanach postawił moją poprzeczkę niezwykle wysoko. 

No nic, to tyle ode mnie. Mam nadzieję, że post o dostępnych środkach chemii gospodarczej pomoże niektórym z Was :)

Thursday, February 9, 2012

Rzęsy godne mordu?

Ostatnio jestem strasznie zastresowana i mam sporo zmartwień na głowie. Kiedy jestem bardzo zastresowana to, żeby przestać myśleć w kółko o jednym,  idę na zakupy. Duże zakupy i wydane pieniądze też mnie stresują, ale na szczęście jest to inny rodzaj stresu - stres od adrenaliny zakupowej ;)

Chciałam Wam tylko na szybko pokazać co aktualnie testuję w kategorii tusze do rzęs.

Ten konkretnie tusz do rzęs Catrice, Lashes To Kill, obił mi się o uszy kilka razy podczas śledzenia niemieckich YT-berek. Podobno ma być to tusz zadziwiająco dobry jak na kosmetyk tak tani. Jak na razie spisuje się u mnie dobrze i zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Nie wiem czy bym za niego zabiła, ale o tym chyba przekonamy się później ;)


Na przetestowanie wciąż czekają moje inne tusze. Ja się chyba nigdy nie nauczę, żeby kupować coś kosmetycznego dopiero jak skończy się ich poprzednik. Jak na razie muszę jednak powiedzieć, że choć przetestowałam już w życiu masę maskar, niektórych naprawdę fajnych, dających super efekt i w ogóle haj lajf i którym nie miałam nic do zarzucenia, chyba żadna nie powaliła mnie na kolana. żadna poza jedną starą maskarą bardzo mało znanej firmy, której nikt inny nie lubił, w związku z tym została szybko wycofana z obiegu. Akurat po tym jak zdołałam się w niej zakochać na zabój. Poza tym tuszem jednak żaden z prawdopodobnie ok. 20-30 przetestowanych nie wywołał u mnie efektu: wow, już teraz nie zamierzam szukać dalej, to jest to!

A Wy? Udało Wam się osiągnąć stan tuszowego zadowolenia czy zadowalacie się półśrodkami?

Monday, February 6, 2012

Zimowe walki skórne

Po spędzeniu kilkunastu dni w temperaturach zamrażalnikowych stwierdzam posępnie, że moimi radami dotyczącymi pielęgnacji w zimie to ja mogę się co najwyżej za uchem podrapać Skype Emoticons  Człowiek się po prostu odzwyczaja od zimy jeśli mieszka przez jakiś czas w innym klimacie. W zimie to ja mogłam co najwyżej długie portki nosić (w przeciwieństwie do jesieni, w której nosiło się letnie sukienki), ale żeby mi kuperek odmarzał nieważne co bym robiła to już zupełnie inna bajka!

Fatalnie prezentował się też stan mojej skóry. Wyschłam jak sucharek i sama sobie nie potrafiłam pomóc. No ale czego to się spodziewać jak człowiek ma lekki kremik do rąk a balsamu w ogóle nie miał bo przecież miesiąc bez tego spokojnie przeżyję. Aha, przeżyć to może przeżyję, ale istnieje ryzyko że będę się drapać nie paznokciami, a otwartą dłonią, poniważ tak popękała mi skóra na rękach.

Kurację zaczęłam od podstaw, czyli wpakowania do szafy mamy drogeryjnych mydeł w płynie. Mówcie sobie co chcecie, ale takie mydła mi po prostu doprowadzają stan skóry do opłakanego stanu. Pierwsze co poszło w ruch, to zmiana mydła na Białego Wielbłąda Barwy (jest to roślinny odpowiednik Białego Jelenia). Konieczna jednak była bardziej zdecydowana interwencja. Do interwencji wybrałam sklep Matique.
Po pierwsze dużo o sklepie słyszałam i chciałam go wypróbować, po drugie mieli bardzo fajny balsam do skóry i promocję na pewien inny kosmetyk. Łącznie koszt samej przesyłki za 2 produkty wyniósł mnie 6,50 zł  (list polecony), co mnie przekonało do zakupu. Sklep zrobił na mnie miłe i profesjonalne wrażenie, przesyłka wysłana była dosłownie dzień czy 2 dni po złożeniu zamówienia, wszystko elegancko napisane w mailu. Paczka dobrze zabezpieczona, w środku próbki. Jak na razie naprawdę żadnych zastrzeżeń. A teraz co do zawartości samej przesyłki. Na pierwszy rzut poszło coś dla wołającej o pomoc skóry całego ciała:


Lavera jest firmą ekologiczną i nie testującą na zwierzętach. Posiadają certyfikat NaTrue (ale nie pytajcie mnie co dokładnie to oznacza, bo nie jestem wielką fanką systemu ich różnicowania stopni ekologiczności). Do zakupu zachęcił mnie różany zapach. Cena 33,90 zł za 150 ml. Na tle innych balsamów nie wyglądało to najgorzej. Kosmetyk nadaje się dla wegan.



Nie chcę tutaj zaczynać receznji tego kosmetyku ponieważ za krótko go używam, jednak muszę opisać swoje pierwsze wrażenia. A wrażenia są takie, że przepadłam z kretesem. Jestem jedną z tych osób, która nie używa balsamów (tylko na łydki po podrażnieniu i to jeśli muszę) bo ich nie znoszę. Konsystencji, uczucia lepkości, warstwy na skórze. Próbowałam wielu balsamów drogeryjnych i w sumie już kilku balsamów bardziej w kierunku wyższej półki lub naturalnych, próbowałam maseł, lotionów, a i tak nie mogłam znaleźć nic co by mi pasowało. Zostałam przy olejkach do ciała. Olejki jednak na taką zimę okazały się niewystarczające.
Tu jednak dostałam skórnego katharsis. Konsystencja tego kosmetyku jest cudowna, luksusowa, jakby miękka. Przypomina mi wszystkie stare reklamy telewizyjne Cocolino, z dużym puchatym misiem na tle puchatego prześcieradła czy białego ręcznika i uczuciem delikatności i lekkości. Zapach obłędny. Rozsmarowaniego  to czysta przyjemność, przy czym balsam wchłania się błyskawicznie, pozostawiając skórę zrelaksowaną i dopieszczoną. Ten produkt ma wszelkie szanse zostać moim kosmetycznym odkryciem roku 2012 ( i tak, naprawdę wiem, że mamy dopiero luty Skype Emoticons ). Nabrałam taką chrapkę na produkty Lavera, że pojęcia nie macie (jak i ja sama ledwie je mam, normalnie ślinka mi cieknie na sam widok ich kremów do rąk i dezodorantów.  Zaczynam podejrzewać, że dostałam pomieszania zmysłów w sensie dosłownym, zmysłu smaku ze zmysłem wzroku ;).

Dla zainteresowanych zdjęcie konsystencji:


Przy okazji pochwalę się próbeczką kremu, która była dołączona do paczki.


Za wiele o tej firmie na razie nie wiem poza tym, że ma EcoCert i że twierdzą iż ich produkty nie są testowane na zwierzętach. No i poza tym wiem też to, co wyniknęło z mojego 4krotnego użycia, bo jak zapewne widzicie, wycisnęłam z próbki wszystkie soki, pastwiłam się nad nią do ostatka Free Icons . Powiem tak: baardzo bardzo mnie ten krem zainteresował. Na moje zmasakrowane ręce pomógł od razu, ma również przyjemną konsystencję i ciekawy zapach. Chyba się bliżej przyjrzę tej firmie, bo kusi, aj kusi.

A tu jeszcze skład dla zainteresowanych:


Miłego wieczoru, idę się balsamować przed snem ;)

Sunday, February 5, 2012

Organix Skincare

Wreszcie jakaś recenzja. Dziś parę słów o jednym z moich ulubionych kosmetyków.


Producent: Znalezienie czegoś o firmie Organix graniczyło z cudem. Produkt nie ma swojej własnej strony. Po pewnym czasie zorientowałam się, że jest to marka B.4.U. (izraelskiej firmy kosmetycznej) i trzeba ewentualnie szukać czegoś o tym kosmetyku tam. Oto ich strona http://www.b4you.co.il/default.asp.

Polityka testowania na zwierzętach: rzekomo żadna ich marka nie jest testowana na zwierzętach. Rzekomo, ponieważ nie piszą o tym na stronie internetowej, a na maile odpisują dość lakonicznie. Jednak w mailu zaznaczyli, że ich produkty nie są testowane na zwierzętach, a ponadto są sprzedawani przez sklepy, które zaznaczają, że wszystkie sprzedawane w ich sklepie produkty nie są testowane na zwierzętach. Jednym słowem - raczej tak, ale 100% pewności nie mam. Kupiłam kiedy wydawało mi się, że zwykłe zapewnienie produkcenta o nietestowaniu wystarczy. Obecnie zaczęłam nabierać pewnych wątpliwości.

Opakowanie: całkiem wygodny w użyciu słoiczek. Niektórym może nie podobać się fakt, że trzeba w niego regularnie pchać łapy, mnie jednak podoba się takie ekologiczne szklane rozwiązanie (można po użyciu sobie zostawić na inny krem albo oddać do recyclingu).

Wydajność: trudno mi coś więcej powiedzieć, przy nieregularnyn stosowaniu mam go już z ponad pół roku.

Skład: rzekomo 98,75% składu jest pochodzenia naturalnego, jednak nie do końca wiem o co im z tą deklaracją chodzi. Podobno w Stanach nie ma regulacji przewidujących dokładnie co jest pochodzenia naturalnego a co nie, dlatego słowo 'natural' nie oznacza nic. Dopiero użycie 'organic' coś znaczy. Jak jest w Izraelu - niestety nie wiem. Posiadają natomiast certyfikat EcoCert (który rzeczywiście poświadcza naturalność kosmetyku, natomiast nie jest niestety dowodem polityki nietestowania na zwierzętach). Jednak kosmetyk ma bardzo długą datę ważności, dlatego z pewnością zawiera odpowiednią ilość konserwantu.


Działanie: jeden z najlepszych kremów do twarzy, jakie kiedykolwiek wpadły mi w ręce. Kremu używam od kilku miesięcy, być może nawet ponad pół roku, jednak nieregularnie. Jestem osobą, która nie używa codziennie kremu jeśli moja skóra się tego nie domaga. Zazwyczaj nie mam strasznych problemów z cerą i po preparaty pielęgnacyjne sięgam, gdy zaczyna się z nią coś dziać albo warunki atmosferyczne są wyjątkowo niesprzyjające. Ponieważ jednak mam cerą mieszaną, kiedyś z bardzo świecącym się czołem, oraz dość mocno wysuszone policzki, nie jest łatwo znaleźć mi krem, który by nie pogarszał mi stanu cery. Zazwyczaj  jakikolwiek użyty drogeryjny krem robił mi na gębuli jesień średniowiecza, więc po licznych próbach po prostu dałam sobie z kremowaniem spokój. Aż zaciekawiona trafiłam kiedyś na to cudeńko. I to był prawdziwy strzał w 10. Krem ma wspaniałą konsystencję (ja mam wersję na noc), świetnie się wchłania i pozostawia skórę gładką i nawilżoną. Nie zapycha i nie natłuszcza, ale poprawia stan przesuszonej skóry. Nie powoduje nadmiernej produkcji sebum! Jest to krem naprawdę świetny w zimie, kiedy nasza skóra potrzebuje dodatkowej ochrony i nawilżenia po ciężkim dniu i wystawianie jej na mrozy. Bardzo dobrze oddziałuje na skórę, na której mamy uczucie ściągnięcia po użyciu innego kosmetyku. Nadaje się także na lato, nie jest za ciężki.

Dostępność: podobno dostępny w niektórych polskich sklepach, sama widziałam go w jednej z wrocławskich mydlarni.

Cena: trudno mi powiedzieć dokładnie, ja swój kupiłam za połowę ceny (7$) na promocji w Stanach. W Polsce kosztuje chyba ok. 30 zł.

Ogólna ocena: 5/5. nie mam do kremu jak na razie absolutnie żadnych zastrzeżeń. Serdecznie polecam :)

Do tej pory był to jeden z moich ulubionych kremów pielęgnacyjnych, chociaż w zaufaniu powiem że chyba rośnie mu (naturalny) konkurent. No ale o tym na razie cicho sza ;)

Thursday, February 2, 2012

Certyfikaty o ekologiczności i nietestowaniu na zwierzętach

Od dawna interesuję się kupowaniem kosmetyków nietestowanych na zwierzętach, od niedawna interesuję się kosmetyką naturalną. A przynajmniej jak najnaturalniejszą. Czemu by nie połączyć jednego z drugim?



Szukanie kosmetyków nie testowanych na zwierzętach, a już zwłaszcza sprawdzanie czy nie ma o nich jakiś kontrowersji i czy nie zostały one aby na pewno wykupionego przez jednego z kosmetycznych dyktatorów może doprowadzić człowieka niekiedy do palpitacji serca (a bardziej niż nierzadko zeżreć mu kilka wieczorów). Czytanie etykietek kosmetyków także przypomina broczenie po omacku w obcym języku i tłumaczenie zawiłego tekstu, dlatego bardzo chętnie sięgam po zaufane listy i certyfikaty, które odwaliły cała brudną robotę za mnie i do tego jeszcze mają większą wiarygodność niż nierzadko pisane przez kompletnych laików strony internetowe. (I nie to, żebym uważała siebie za nielaika, broń Boże, ale przynajmniej staram się zawsze szukać, czytać i sprawdzać a nie tylko powtarzać zasłyszane przypadkowo informacje).

Na stronę o certyfikatach wpadłam przez przypadek, ale przypadła mi do gustu ze względu na to, że zgrabnie zbiera w 1 miejscu informacje o większości organizacji certyfikujących i że dla głodnych wiedzy podaje linka do strony tejże organizacji. Tym samym skraca mi to wydatnie proces szukania i porównywania.

Większość informacji w tej notce pochodzi ze strony http://www.zdrowe-kosmetyki.pl/certyfikaty.phphttp://www.bentleyorganic.pl/ecogarantie,136,l1.html,  oraz stron danej organizacji. Wszystkie pokazane na stronie certyfikaty są certyfikatami o ekologiczności kosmetyków, chociaż niektóre wymagania mają nieco inne.

Moimi ulubionymi certyfikatami są oczywiście te, które wymagają aby dany produkt nie był testowany na zwierzętach w żadnej fazie produkcji (ani gotowy produkt, ani ich formuły czy składniki). Takimi certyfikatami są BDIH oraz IHTK.



Największą pewność co do testowania na zwierzętach daje certyfikat IHTK. Zgodnie ze stroną http://www.zdrowe-kosmetyki.pl/certyfikaty.php, certyfikat ten wymaga:

  • od fazy projektowej poprzez produkcję, aż do gotowego produktu nie bę wykonywane żadne testy na zwierzętach
  • nie będą stosowne żadne surowce, które zostały po raz pierwszy przetesowane na zwierzętach po 01.01.1979
  • zastosowanie nie znajdą surowce, których zdobycie wiązało się z męczeniem zwierząt lub ich uśmierceniem (np. olej z norki, olej z kaszalota, olej z żółwia). Wyjętek stanowią substancje pochodzące od Žywych zwierząt: wosk pszczeli, miód, mleko, lanolina
  • zakaz współpracy z firmami, które przeprowadzają testy na zwierzętach lub zamawiają w innych laboratoriach.
Oich pozytywnej działalności na rzecz zaprzestania testowania na zwierzętach w kosmetyce można także poczytać trochę TU

Kolejnym certyfikatem, który z mojego punktu widzenia jest szalenie ważny i bardzo jakościowy, jest certyfikat BDIH. Jedne z najważniejszych dla mnie ich wymagań to to, żeby przez cały cykl produkcji żadne ze składników nie były testowane na zwierzętach, nie były stosowane substancje pochodzące z uboju zwierząt, proces wytwarzania produktu był bezpieczny dla środowiska i takie też były opakowania.


Listę wszytskich producentów posiadających wyżej wymieniony certyfikat można znaleźć TU.


Poza różnymi wymogami dotyczącymi ekologiczności produktów (takich jak przynajmniej 95% procent użytych surowców roślinnych musi pochodzić z upraw biologicznych, nie wolno stosować sztucznych barwników oraz substancji zapachowych, zakaz stosowania parabenów, PEGów czy sylikonów), o testowaniu na zwierzętach wspomina też COSMEBIO. Niestety strony internetowa cosmebio istnieje tylko w języku francuskim, w związku z czym nie byłam w stanie doczytać uszczegółowienia tych ogólnych wskazówek. Zainteresowanych odsyłam TUTAJ

Jednym z najbardziej znanych i popularnych certyfikatów jest certyfikat Ecocert. Pomimo, że cenię sobie tego typu certyfikat (którego dokładne wymogi można sobie doczytać TUTAJ), osobiście przeszkadza mi fakt, że dla zdobycia tego certyfikatu wystarczy aby końcowy produkt nie był przetestowany na zwierzętach. Przeszkadza mi to tym bardziej, że zdarzyło mi się kilka razy dostać odpowiedź mailową na odczepnego od producentów, którzy na pytanie o testowanie produktów i składników oraz na to, czy wymagają przedstawienia pisemnej dokumentacji od dostawców surowców, że surowce te nie są testowane na zwierzętach, odpowiedź: przecież mamy certyfikat EcoCert. No i, przepraszam bardzo, CO w związku z tym? Poza faktem że ewidentnie nie chce się panu odpowiedzieć na moje pytania? 


O nietestowaniu na zwierzętach wspomina także Eco Garantie. Zgodnie ze stroną http://www.bentleyorganic.pl/ecogarantie,136,l1.html, certyfikat ten jednym z najbardziej restrykcyjnych, regularnie sprawdzany i poświadczany przez belgijski Ecocert. Jednak po głębszym wczytaniu się w ich stronę internetową, bardzo trudno powiedzieć mi cokolwiek o ich restrykcyjności, jako że warunki wymienione na stronie są sprecyzowane co najmniej okólnikowo (maksymalizacja biodegradowalności? ograniczone użycie szkodliwych minerałów? użycie tak wielu organicznych roślin jak to możliwe?). Do tego po dokładniejszym wczytaniu się w ich politykę można dostrzec, że zakaz testowania na zwierzętach obejmuje tylko i wyłącznie końcowy produkt.  O tym można sobie doczytać TU Dla mnie jest więc to wątpliwej wartości certyfikat (przypominam, że zakaz testowania końcowych produktów obejmuje już wszystkie firmy unijne, nie tylko firmy ekologiczne).





Eco Garantie nie jest więc dla mnie żadną eko gwarancją. 


Ostatnim certyfikatem, który jest dość znany w środowisku osób używających kosmetyków naturalnych jest NaTrue. Na True jest moim zdaniem apoteozą chaosu. Ich system 3 różnych oznaczeń przy trzech różnych stopniach ekologiczności wprawia mnie w niemałe zakłopotanie i jak dla mnie wprowadza niepotrzebny bałagan. Ich stwierdzenie na stronie, że produkty nie mogą być testowane na zwierzętach także nie rozwiewa moich wątpliwości dotyczących etapu produkcji, tak więc jako wiarygodny certyfikat o nietestowaniu na zwierzętach odpada. 



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...