Monday, May 7, 2012

Relaks, relaks!

Nie wiem jak Wy, ale Linusiaczek lubi czasami odstawić myślenie o efektach pielęgnujących na półkę i czasami się po prostu trochę porelaksować. Zwłaszcza porelaksować w towarzystwie ładnie pachnących specyfików.



Peeling o zapachu pomarańczy z kokosem The Secret Soap Store to mój hit wyjazdu do Polski. Odpreża, relaksuje i nieziemsko pachnie. A takiego właśnie odprężenia po serii stresujących dni i trudnych decyzji potrzebowałam. Niestety nie pamiętam dokładnie kosztu, ale wydaje mi się, że to było w granicach 20 zł. Wydajność taka sobie, dość szybko go zużyłam, ale było warto. Czasami człowiek musi po prostu użyć czegoś dla czystej przyjemności. (Nie musi??) Co do efektu wyszczuplającego to go pominę litościwym milczeniem - po co, ja się pytam, firmy zamieszczają takie bajki na opakowaniach? (Swoją drogą była kiedyś taka bajka od braci Grimm o Trzech Pomarańczach mi się już coś kompletnie pomieszało ? ;)


Po otworzeniu opakowania oczom naszm ukazuje się taki oto widok. Brązowe elementy wyglądają na cząstki prawdziwej laski cynamonowej. Używanie produktu jest bardzo przyjemne: drobinki są dość duże, ale nie bardzo ostre i ładnie zmiękczają i wygładzają skórę, nie kalecząc jej przy tym.

Co prawda łatwo przyszło, łatwo poszło, bo zużyłam go w błyskawicznym tempie, ale i tak jest to mój zimowy poprawiacz humoru :) Swoją drogą, zabawnie myśleć o zimie jak się przebywa na pustyni (gdzie obecnie jestem), aż trudno sobie przypomnieć jakie to uczucie :D

Pozdrawiam Was spod drzewka Joshuego! :)

Thursday, May 3, 2012

Ulubione palety CF

Uwaga, obecnie (czerwiec 2015) Stila i Almay znajdują sie na liście firm testujących na zwierzętach (Peta)!

Zdaję sobie sprawę, że mieszkam w Stanach i inne kosmetyki są dla mnie dostępne - zarówno cenowo (amerykańskie kosmetyki kosztują tu ułamek tego, co w Europie), jak i ogólnie pod względem tego, że są w regularnej sprzedaży na sklepowych półkach. Ta notka nie ma na celu narobienie Wam smaka na którąkolwiek z palet, tylko pokazanie, że firm produkujących kosmetyki bez cierpień zwierząt jest wciąż dużo i wiele z nich ma naprawdę fantastyczne kosmetyki.

Chciałabym dziś podzielić się z Wami miłością do moich 3 palet nietestowanych na zwierzętach i napisać dlaczego są moimi ulubionymi.

1. Stila Dream in Full

Stila Dream in full color palette

Ta paleta jest najnowszą w mojej kolekcji, kupioną (jakże by inaczej) na promocji. Jest to paleta ze świątecznej edycji limitowanej. Od początku urzekła mnie swoim projektem, ale nie byłam do końca przekonana z powodu wielkości cieni. Dlatego nie byłam pewna czy warto ją kupić i zdecydowałam się na taki pazerny krok po zobaczeniu prawie 50% przeceny ;)

Paleta zawiera:
- 29 kolorów cieni
- 6 róży i 1 bronzer
- oprócz tego w zestawie był także wodoodporny kajal (kredka do oczu) w czarnym kolorze.





Pokochałam tę paletę miłością odwzajemnioną. Kolory są piękne i nadają się do noszenia na co dzień, chociaż oczawiście możliwym jest wymalowanie czegoś na wieczór. Ładnie się ze sobą lączą, podobno łatwo je też dobrać z odpowiednim różem (trzeba iść po odpowiednich 'płatkach' palety). Malutkie cienie (trójkątne najbliżej środka) świetnie się nadają jako kolory eyelinera (można je używać na mokro).

Zestaw jest piękny i cieszy oko. W łazience wygląda jak małe dzieło sztuki. Cienie są świetnie napigmentowane, dają się dobrze rozetrzeć i ładnie ze sobą współpracują. Kolry błyszczące nie dają taniego efektu na oku, drobinki nie wędrują po twarzy. Jakość porównałabym chyba do cieni UD. Pozytywnie zaskoczyły mnie też róże - nie są bardzo mocno napigmentowane, dzięki czemu nadają policzkom delikatny zarumieniony wygląd, ale trudno jest zrobić sobie nimi krzywdę. Naprawdę pozytywnie mnie ta paleta zaskoczyła, polecam każdemu kto ma możliwość jej kupienia.



2. UD Naked



Tej palety nie muszę chyba nikomu przedstawiać ;) W moim posiadaniu jest już od poprzednich świąt Bożego Narodzenia, ale bardzo długo wstrzymywałam się z wydawaniem jednoznacznej opinii o niej.  Miałam co do niej mieszane uczucia. Przede wszytskim kupiłam ją, ponieważ łudziłam się że będzie to paleta idealnie nadająca się do makijażu do pracy. Jednak tu poważnie się rozczarowałam. Znaczna większość cieni w tej palecie jest cieniami z wykończeniem metalicznym lub błyszczącym i ja na przykład nie czuję się w takim błyszczącym makijażu w pracy komfortowo. Jednak muszę przyznać, że po kilkumiesięcznej przerwie ponownie odkryłam zalety tej palety. Nawet jeśli nie do pracy samej w sobie, na co dzień fantastycznie się nadaje. Kolory są piękne. Zresztą, same popatrzcie (większość z Was prawdopodobnie widziała zdjęcia tej palety pewnie już na wszystkich blogach ;):

Urban Decay Sin, Virgin, Naked, Sidecar


Urban Decay Sidecar, Buck, Half Baked, Smog, Darkhorse

Urban Decay Toasted, Hustle, Creep, Gunmetal

Oczywiście moją ulubioną częścią palety jest część lewa ;) Tak czy siak, przyznaję - ta paleta to też takie małe, kosmetyczne, dzieło sztuki.

3. Almay intense-i-color

Mój osobisty hit. Pokochałam tę paletę od jej kupienia, chociaż nie spodziewałam się po niej cudów.

Almay intense-i-color
Niestety paleta ta została wycofana ze sprzedaży :( Ubolewam nad tym strasznie, bo jest to jeden z moich naj naj najukochańszych kosmetyków. Za co darzę ją takim uczuciem? Nie wiem jak i nie wiem dlaczego, ale makijażu przy pomocy tej palety nie da się skopać. Po prostu się nie da. Raz dwa trzy, nalożyć, nieco rozetrzeć... i zawsze wygląda to tak samo dobrze i zawsze uwypukla mój kolor oczu. Poza tym makijaż trwa 3 minuty i wygląda perfekcyjnie. Naprawdę nie wiem jak to się dzieje (czary mary? ;) i wszystko jest na swoim miejscu. Poza tym kosmetyk był tani (ok 7$, nawet chyba nie), wydajny (używam już od 2 lat i końca nie widać), oczywiście nie testowany na zwierzakach, hipoalergiczny i po prostu niezawodny. Jak tu go nie kochać?

Oto moja trójca - moi absolutni faworyci. Nie są to jedyne palety jakie posiadam, ale te są paletami, które bez wahania kupiłabym jeszcze raz (z Almayem to w zasadzie zrobiłam, kupiłam jedną na zapas ;) Zachęcam was do szukania ulubionych kosmetyków wśród firm nietestujących na zwierzętach, w końcu one są, istnieją i wcale nie jest ich tak mało. 

Tuesday, May 1, 2012

Włosy o zapachu kwinącej wiśnii

Uwaga: obecnie (lipiec 2015) firma Organix znajduje się na liście testujących firm Pety!

Wygląda na to, że są już pierwsze efekty mojego ograniczonego ostatnio kupowania kosmetyków! W ostatnim czasie wydawanie pieniędzy na kosmetyki ograniczyłam do minimum i wreszcie moje zapasy zaczynają topnieć. Oczywiście do pełnych zużyć jeszcze sporo mi brakuje, ale już do tego powoli dążę.

Na początek powiem, że z mojej listy kosmetyków do wykończenia (notka Kosmetikmord) jeden produkt mnie przerósł i jest to odżywka Hugo Naturals :/ Próbowałam używać, ale jakoś wybitnie nie mam do niej serca. Dość dobrze radzę sobie z mydłem Eart Therapeutics i systematycznie ubywa mi mleczka 3 w 1 Korres.

W ostatnim czasie zużyłam wreszcie kolejny produkt z serii Organix Haircare - tym razem o zapachu  kwitnącej wiśni i żeń-szenia. Skusił mnie obiecujący zapach oraz promocja (nabyłam 2 szampony w cenie 1, obecnie testuję wersję z olejkiem z drzewa herbacianego). Starczył mi na ok 3 miesiące regularnego używania (co 1-2 dni), przy włosach do ramion.



Konsystencja jak przy wersji kokosowej: glut ;) Jak ktoś nie lubi, to nie polubi. Szampon jest gęsty i nie lubi wychodzić z opakowania, wstydliwy taki ;) Natomiast plusem jest to, że trudno nabrać go za dużo albo na przykład wylać.

Zapach bardzo przyjemny, delikatny, nieprzytłaczający.

Działanie podobne do szamponu kokosowego, acz włosy po tym są zdecydowanie bardziej miękkie. Przypominam, że moją największą zmorą są włosy delikatne i oklapnięte - tzw. efekt "wymoczka" ;) Lubię szampony nadające włosom objętość, nawet za cenę szorstkości i trudności w rozczesywaniu. Ten na pewno należy do grupy nie nadającej mojej czuprynie przylizanego wyglądu i za to go bardzo lubię. Użyty razem z olejkiem do włosów Amli (olejek wcześniej ma się rozumieć, szampon tylko do zmycia) zapewnia efekt w miarę pośredni, włosy są dalej dość puszyste, ale nie aż tak sztywne.

Czy polecam? Zależy od typu włosów. Nie polecam osobom mającym problem z włosami suchymi, sianowatymi albo puszącymi się. Nic z tej kombinacji: włosy puszące się plus Organix dobrego nie będzie. Co najwyżej efekt szopy na głowie. Natomiast do włosów cienkiech i delikatnych będzie jak znalazł. Osobiście lubię szampony Organix i coraz częściej zaglądam w ich kierunku w sklepie :)

Sunday, April 15, 2012

Muszę to mieć?



Jakiś czas temu przyszedł do mnie TAG z dwóch blogów: Naturalne piękno oraz od Renii Kici. Przyznam szczerze, że bardzo się ucieszyłam, bo generalnie lubię jak inne blogowiczki o mnie pamiętają. Dziękuję Wam Dziewczyny za otagowanie.

Postanowiłam więc wziąć udział w zabawie...

TAG jednak trafił do mnie w dość niefortunnym momencie, jako że właśnie przerabiałam fazę na niekupowanie absolutnie niczego. Jestem obecnie w wirze szukania pracy, fazie, która trwa zdecydowanie dłużej niż bym chciała i bym się tego spodziewała. Poza tym wciąż jestem w fazie powyprowadzkowej, gdzie musiałam zapakować i rozpakować wszystkie te graty, kosmetyki i bibeloty, które nagromadziłam przez (zaledwie!) 2-3  lata mieszkania w Stanach (i, uwierzcie mi, jak się trzeba przebić przez wszystkie te szafeczki, zakamarki i nietknięte miesiącami pudła, to człowiek długo pamięta, żeby się znów nie zagracić).

Natomiast chętna do zmian postanowiłam zrobić sobie listę rzeczy, które chciałabym kupić (albo raczej - na które chciałabym roztrwonić pieniądze) jak już zacznę zarabiać. Przebiłam się przez chyba wszystkie strony producentów kosmetyków, którymi mogłabym być zainteresowana; od firm mineralnych i naturalnych poprzez Stilę, Urban Decay, Too Faced, Tarte oraz perfumy. Dokonałam przerażającego odkrycia: moje półki uginają się pod kosmetykami przeróżnej maści, kolorów kształtów i zapachów i, na chwilę obecną, absolutnie nie muszę mieć niczego! Natomiast odkryłam kilka rzeczy, które są związane pośrednio z kosmetyką i kilka rzeczy, które po prostu już od jakiegoś czasu chcę mieć i chyba wreszcie udało mi się skompilować listę. Oto ona:

1. Coś do organizacji kosmetyków w łazience:
Zdjęcie pochodzi ze strony  www.spacesaver.com    
Elegancka bambusow taca z metalową obwódką, idealna do mojej łazienki, gdzie na moim countertop stoi masa kosmetyków bez ładu i składu. W USA zlewozmywaki często są zabudowane, więc moją dookoła wbudowaną marmuroą płytę, na której można sobie postawić co się da. Eleganckie, ładne, pomogło by mi się zorganizować.

2. Organizator minerałów:

Zdjęcie pochodzi z www.organizedatoz.com

Prawdziwy must have dla minerałoholiczek. (Chociaż może nie dla takich minerałoholiczek z prawdziwego zdarzenia, bo może im miejsca nie starczyć :D,  ale na moją kolekcję minerałów taka skrzyneczka z przegródkami była by jak znalazł :)

3. Organizator pomadek:

Zdjęcie pochodzi z http://www.acrylichomedesign.com

Mieści nie tylko pomadki, ale i pędzelki oraz ewentualnie tusze do rzęs. Ponieważ znalezienie pomadki obecnie graniczy dla mnie z cudem, o przebiciu się przez tusze do rzęs nie wspominając, posiadanie takiego pudełeczka spędza mi ostatnio sen z powiek.

4. Thierry Mugler Alien

Zdjęcie pochodzi z www.perfume.com

Od czasu mojej ostatniej wizyty zapach Thierrego Muglera zawrócił mi w głowie i myślę, że jestem gotowa, żeby się z nim zmierzyć (oczywiście PO ewentualnej wypłacie, a nie przed :>). Po tym jak koncern Estee Lauder przeszedł na czerwoną listę, a wraz z nim sporo firm perfumowych (a przynajmniej część z nich, kilka jest niepewnych), miałam mały kryzys perfumowy. Cieszę się, że spodobało mi się coś Thierrego Muglera.

5. Urban Decay 24/7 Glide-On Pencil w kolorze 1999

Na koniec jeden zakup kosmetyczny, do którego przymierzam się już od jakiegoś czasu. Jest to przepiękny śliwkowy odcień ze złotymi drobinkami. Jest to jedna z tych rzeczy kosmetycznych, które naprawdę chciałabym wypróbować, zwłaszcza przy moich zielonych oczach. Mam już w posiadaniu tę kredkę w czarnym kolorze i jestem z niej bardzo zadowolona. 1999 "chodzi" za mną już od jakiegoś czasu. 

Sunday, March 18, 2012

Los Angeles w obiektywie

Jako że nieco poprawił mi się humor, za co należy "winić" Gunię i jako że czytam chętnie wasze komentarze (a w komentarzach pojawiła się prośba o fotki z Kalifornii), postanowiłam dziś rzucić kilka fotograficznych impresji ze słonecznego królestwa. Natomiast Gunia przedstawiła ciekawy link, ukazujący pozew przeciwko Estee Lauder za wprowadzanie klientów w błąd w sprawie testowania na zwierzętach, co przyczyniło się do mojej poprawy humoru.  Co prawda EL prawie na pewno sprawę sądową wygra bo przebiegle umieszczali cały ten czas formułkę "o ile nie wymaga tego ptrawo", to jednak cieszy mnie, że nie można już tak bezkarnie motać klientom w głowach.

No to kilka pejzaży z najprzyjemniejszych części LA (no bo tak sielankowo to tu niekoniecznie musi być i trzeba uważyć w której części LA się człowiek znajduje). Zdjęcia wykonane w okolicy Torrance i San Pedro.


Choć trudno w to uwierzyć, to nie jest żaden kurort nadmorski, tylko normalne miasto (a w zasadzie sieć miasteczek, nazywana wspólnie LA.)


Ten dach to zwykły dom, ktoś ma ładny nadmorski widok ;) Stawiam na producenta filmowego albo businessmana, a Wy?


Roślinność przyuliczna.


Więcej domów z widokiem na ocean.


No jeszcze trochę palm.

Mam nadzieję, że Wam się podoba. A na razie 

Friday, March 16, 2012

Listowe wywrotki, czyli czystki na liście Pety

O matko, to żem się rozleniwiła ostatnio. Nic mi się nie chce. Może to efekt szukania pracy, zmiany klimatu, a może po prostu rozleniwia mnie Kalifornia i wieczne lato. No właśnie - Kalifornia. Ojczyzna wysokiej jakości jedzenia, świeżych warzyw i owoców praktycznie przez cały rok, wielu firm fair trade i ekologicznych oraz przygniatającej ilości firm cruelty - free. Takich jak choćby: Alba Botanica, Arbonne, Avalon Organics, Beauty Without Cruelty, Biotone, Dermatologica, Desert Essence, Dr Bronner Magic Spa., Earth Science, Giovanni Cosmetics, Hard Candy, Jason Natural Products, Paul Mitchell, Nexxus, OPI, Orly, Phycisians Formula, Stila, Trader Joe's, Urban Decay. Jest w czym wybierać. No i nie ma na co narzekać jeśli się chce tu mieszkać i używać tylko kosmetyków nietestowanych na zwierzętach. Ale ja też nie zawsze będę tu mieszkać (ceny lokum zabijają, podatki jedne z najwyższych w Stanach, a o zakorkowanych autostradach i przepełnionych plażach nie będę nawet pisać) i lubię wiedzieć jakie alternatywy pozostają w innych częściach Stanów i ogólnie świata. No i alternatywy są, a pewnie, że są, tylko... Tylko że coraz więcej największych koncernów, które były łatwe do znalezienia na perfumerzjnych półkach, wypadają z listy Pety i powoli zaczyna mnie to już wkurzać. Ostatnio na tapecie jest wielki wypad Estee Lauder z listy. Ba, nawet gorzej, Estee Lauder wyleciała z dobrej listy i wpadła z wielkich hukiem na listę firm jednoznacznie testujących na zwierzętach. Podobny, acz nie ten sam los spotkał marki podległe Estee, a jest o czym mówić bo ten koncern to porządne nazwy na rynku kosmetycznym:

  American Beauty, Aramis, Aveda, Bobbi Brown, Bumble and bumble, Clinique, Darphin, Donald Trump, The Fragrance, Donna Karan Cosmetics (DKNY), Estee Lauder Companies, Flirt, good skin, grassroots, Jo Malone, Kiton, La Mer, Lab Series Skincare for Men, MAC, Michael Kors fragrances, Missoni fragrances, Origins, Prescriptives, Rodan+Fields, Sean Jean fragrances, Smashbox, Tommy Hilfiger products 

 Nieciekawie, tym bardziej, że sprawdzałam listę Pety i wszystkie podległe marki wyleciały z wielkim hukiem, co nie zawsze się zdarza (np. Burt's Bees i The Body Shop wciąż są na liście). Smutne, ale prawdziwe. Wykończę co mam i pożegnam się na zawsze z tym koncernem, o ile nie stanie się cud i marki wrócą z powrotem na listę. Tak, MAC nie jest już firmą cruelty - free, nie jest nią już Clinique ani Bobby Brown. Nie kupię już więcej perfum Tommy'ego Hilfigera, nie będę się ślinić do zapachów Michaela Korsa.

I co z tego, że kolejne ogólnodostępne firmy przestają dla mnie istnieć, rezygnować z kupowania kosmetyków wyłącznie nietestowanych nie mam w planach i jak dla mnie nic się nie zmienia. Ale czasami złość jednak trochę we mnie wzbiera.

Wednesday, March 14, 2012

Kosmetikmord

Uuuuuf, czas wreszcie wrócić do wirtualnego świata. Lot do Stanów, jet lag (zmiana czasowa), kompletna zmiana pogody (z zimowej na szorty i bluzkę), zmiana diety (dużo świeżych owoców, dużo warzyw i lekkie posiłki) odbiły się na moim samopoczuciu. Na domiar złego nie miałam w domu internetu i parę dni zajęło znalezienie odpowiedniej firmy zajmującej się tymi sprawami.

Ale już jestem i czas, kiedy mnie nie było wykorzystałam do granic możliwości na sprzątanie, układanie, pozbywanie się niepotrzebnych rzeczy i po prostu uwijanie gniazdka. To, co przeżyłam przy wypatroszaniu oudeł mnie po prostu przeraziło. Nigdy nie trzymajcie kosmetyków upakowanych gdzieś ciasno nie wiedząc co macie, bo ani się spojrzycie a będzie z tego niezła sterta. Dlatego postanowiłam założyć TAGa- zabawę. Tag tak właściwie nie został wymyślony przeze mnie, tylko jakiś czas temu szalał na niemieckim You Tubie. Jest to pewna forma projektu denko, ale odpowiednio zmodyfikowana (wersja dla prawdziwych chomików).



Kosmetik Mord

Zasady: w tej zabawie chodzi o to, żeby wybrać 10 produktów, które chcecie wreszcie wykończyć z powodu tego, że:

- nie lubicie go i bardzo trudno Wam go używać, w związku z tym wolałyście kupić mu już zastępstwo i używacie nowego produktu, a ten siedzi i się marnuje

- bardzo lubicie dany produkt, ale jakoś nie udało Wam się używać go do tej pory regularnie

- kupiłyście produkt, którego nigdy nie używałyście z postanowieniem, że wreszcie zaczniecie, ale oczywiście nic takiego się nie stało, a produkt grzeje miejsce na półce

- macie kilka produktów spełniających tę samą funkcję i przez to zrobił się straszny bałagan

- chcecie wreszcie spokojnie się przyjrzeć prawdziwemu działaniu kosmetyków bez interferencji ze strony innych używanych specyfików

Cały problem polega na tym, żeby postanowić sobie solennie, że do czasu wykończenia tychże 10 produktów nie można kupić nic, co spełniałoby tę samą funkcję co te właśnie produkty. Czyli nieważne jak bardzo lubimy naturalne mydełka, jeśli jedno z nich bierze udział w akcji Mord to do czysu wykończenia tego (bądź 2 lub więcej mydełek jeśli chcecie oba wykończyć) nie wolno kupić nowego mydła, nawet jakby był przeceniony/nasz ulubiony/był kuszącą nowością na rynku.

Do zabawy zapraszam osoby mające niewykończone zapasy kosmetyczne i problemy z ogarnięciem kosmetycznego rozgardiaszu - jeśli tylko ktoś ma na taki eksperyment ochotę. Można zgłaszać zarówno produkty pielęgnacyjne, jak i kosmetyki kolorowe.

No to zaczynam - 10 produktów do wykończenia ( dosłownie i przenośnie, w końcu rozchodzi się o kosmetyczny mord! ;))


1. Mleczko oczyszczające, mleczko do demakijażu i tonik 3 w 1 firmy Korres

Korres 3 w 1



































Mleczko kupiłam podczas pobytu w Polsce na wyprzedaży (prawie 50%-owa obniżka). Jest naprawdę świetne i bardzo lubię je używać, tylko jakoś zapomniało mi się podczas kupowania, że mam w domu kolejne 3 czy 4 mleczka i inne specyfiki do demakijażu. Postanowiłam, że muszę zużyć to, bo po pierwsze - jest lepsze od innych, po 2 - ma naturalny skład (ma co prawda w nim PEGa, ale niczego się poza tym strasznego nie doszukałam), a po trzecie było droższe od innych specyfików, które posiadam. Do czasu aż zobaczę denko nie daję się skusić żadnym innym kosmetykom tego typu.

2. Balsam do ciała Lavera


Laverze poświęciłam już jedną z moich pochwalnych notek. Kosmetyk bardzo przypadł mi do gustu i naprawdę chcę go wykończyć, tym bardziej, że nie był tani. Oczywiście po przylocie złapałam się za głowę widząc zapas przynajmniej 5 innych balsamów. Tamtych za bardzo ich nie lubiłam, więc kupiłam coś, co lubię - a półki dalej zawalone. Wykończenie chociaż tego to byłby bardzo dobry krok na początek, potem zacznę sięgać po inne balsamy. Trzymajcie kciuki, balsamy nie są mją mocną stroną, zdecydowanie wolę olejki.

3. Zmywacz do paznokci Sensique.


Kupiłam, obdarzyłam umiarkowaną miłością i jakoś nigdy nie skończyłam, szukając jakiegoś amerykańskiego odpowiednika cruelty - free. Po co mi taka resztka na półce?

4. Krem do twarzy Organix Cosmetics, którego recenzję można przeczytać TU


Uważam go za naprawdę dobry krem do twarzy i w sumie nie wiem czemu go do tej pory nie skończyłam. Służy mi już od kilku, o ile nie kilkunastu miesięcy. W ferworze wyszukiwania promocyjnych cen zdążyłam jednak kupić już dwa nowe kremy, podczas gdy miałam jeszcze inny otwarty (gdzie ja miałam oczy, że nie zauważyłam, że mam już 3?!). Obecnie mam w domu krem z Organixa, z Eco Cosmetics (Venus), Nature's Gate (z witaminą C) i kupiony o 70% przeceniony krem Weledy. Prawdę powiedziawszy załamałam się zupełnie jak to zobaczyłam.

5. Moja smrodliwa odżywka do włosów z Hugo Naturals, o której wspominałam kiedyś na moim poprzednim blogu.


Z uwagi na to, że zapas odżywek do włosów mam co najmniej tak imponujący jak zapas kremów do twarzy, postanowiłam wreszcie rozprawić się z nimi po kolei i raz na dobre. Właśnie po przylocie wykończyłam odżywkę z Alby Botanici (recenzja wkrótce) i odkryłam kilka innych napoczętych, co wywołało u mnie wybuch złości. Txym bardziej, że ta odżywka jest już do połowy zużyta.

6. Mydła peelingujące z Earth Therapeutics.


O nich też wspominałam jednym słowem w którejś z notek. Zakaz kupowania podobnych produktów dotyczy dla mnie nie tylko mydeł peelingujących, ale jakichkolwiek mydeł, szczególnie w kostce! Przede wsyzstkim te mydła są bardzo przyjemne w użyciu i lączą w sobie efekt mycia z efektem peelingującym. Prawdę powiedziywszy nie powinnam prawdopodobnie kupować też żadnego nowego peelingu zanim z nimi nie skończę.

7. Balsam do ust Wholefoods


Jeden z moich absolutnie ulubionych, a niewystarczająco używanych z uwagi na inne niedobitki balsamów walające się po domu. Nawet nie mogę w 100% stwierdzić jego skuteczności, bo od czasu do czasu używam jednego z innych 7, które leżą gdzieś na półce. Do przetestowania czeka też malinowy balsam JR Watkins. Kolejnym wyzwaniem jest to, że chyba nigdy nie udało mi się zużyć żadnego sztyftu do końca, każdy wcześniej mi się przeterminował albo roztopił na słońcu.

8. Tusz do rzęs Stila. (Uwaga: obecnie Stila znajduje się na liście testujących na zwierzętach firm- lipiec 2015)


Kupiłam go z parę miesięcy temu i wciąż czeka na swoją kolej. Naprawdę jestem ciekawa jak wypadnie w porównaniu do tuszu Tarte, UD i Pop Beauty. Poza tym chciałam jej spróbować od dawna, a zamiast tego kupiłam kilka tuszy do testów w Polsce. Czas ją wreszcie otworzyć i gruntownie przetestować.

9. Eeeeeech... masło do ciała c. Booth. (Sprzeczne informacje obecnie uniemożliwiają jednoznaczne określenie czy firma Booth jest firmą przyjazną zwierzętom - lipiec 2015)


Masło to jest dla mnie prawdziwym zgryzem. Kupiłam bo rzekomo Boots miał nie być testowany na zwierzętach. Poza tym mają także znaczek króliczka na opakowaniu, a kupiłam go wtedy, kiedy jeszcze wydawało mi się, że to wystarczy. Po jakimś czasie jednak zaczęłam czytać i... nie wiem, naprawdę nie wiem czy jest to firma przyjazna zwierzętom. Wpadł mi w ręce ich mail, w których pisali jakieś strasznie zawikłane wymówki odnośnie tego, dlaczego na amerykańskich opakowaniach mają króliczka, a na europejskich nie (bo w Europie żeby takiego króliczka umieścić muszą być pewni, że ich produkty nie były testowane - wybaczcie, ale wtf?? A w USA tak se po prostu mogą umieścić?). W związku z tym przez jakiś czas miałam do produktu spore uprzedzenia. Produkt jednak zakupiony został, siedzi w kuferku z kosmetykami i kusi zapachem. Poza tym jestem osobą, która nie przepada za masłami do ciała (albo wręcz ich nie znosi), w związku z tym stanowi to dla mnie duże wyzwanie. Do zużycia wciąż została ok. połowa opakowania, a poszukiwania odnośnie polityki nietestowania trwają.

10. Hydrolat oczarowy i różany.

Wciąż mam pół buletki jednego i drugiego, a data ważnoście się zbliża, zbliża.... Koniecznie muszę wygrać ten wyścig z czasem.

Tyle ode mnie na razie, a tymczasem idę się kłaść i powoli szykuję w myślach nowe notki :) 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...